PiS i prawica górą? Pytamy, co o debacie sądzą eurodeputowani z różnych frakcji

Szansa na przebudzenie
Europosłowie zwykle nie szczędzą złośliwości, ale podczas wtorkowej debaty w Parlamencie Europejskim zachowywali się dość powściągliwie. Wielu z nich krytycznie ocenia to, co mówiła Beata Szydło.
Unia Europejska/Flickr, CC by 4.0

Debata w Parlamencie Europejskim na temat sytuacji w Polsce to bardzo smutne wydarzenie – powiedział we wtorek przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. Fakt że przedstawiciele polskich władz muszą bronić swoich racji, które są kwestionowane w Europie, na świecie i w Polsce, to raczej nie jest powód do zadowolenia.

Opinie polityków PiS, także zasiadających w rządzie, również zdominowała narracja, że swoje brudy powinniśmy prać w domu, a do debaty w Parlamencie niepotrzebnie w ogóle dochodzi. Winą za to politycy PiS obarczali eurodeputowanych z PO. Ci jednak niezmiennie powtarzali, że to nie z ich inicjatywy Parlament Europejski chciał rozmawiać na temat sytuacji w Polsce.

Już po wtorkowej dyskusji w Strasburgu zebraliśmy opinie eurodeputowanych, którzy śledzili ją z ław poselskich w Strasburgu.

Agnieszka Kozłowska-Rajewicz z Europejskiej Partii Ludowej też uważa, że debata raczej nam szkodzi, niż wpływa dobrze na wizerunek Polski: – Już sam fakt, że do niej doszło, jest dowodem na słabnącą pozycję Polski w UE i powinno postawić na nogi nasze służby dyplomatyczne – uważa posłanka. Tym bardziej, że nie posunęliśmy się w debacie ani o krok do przodu i każdy pozostał przy swoim stanowisku.

Poza tym, jak zauważa Janusz Zemke z Grupy Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów, dyskusja niebywale ożywiła wszystkich eurosceptyków, którzy w obecnym polskim rządzie dostrzegli kogoś, z kim trzeba się utożsamiać i kogo trzeba wspierać. – Skutki tego ożywienia – twierdzi Zemke – nie będą dla nas dobre, nie poprawią naszej pozycji, tylko zmarginalizują nasz kraj.

Jednak z drugiej strony, jak mówi Lidia Geringer de Oedenberg, też z grupy Socjalistów i Demokratów, debata daje szansę na przebudzenie. Może rząd w kraju wreszcie dostrzeże, że to, co się dzieje w Polsce, to nie jest tylko kwestia Polaków, bo przecież nasz kraj przyjął prawo unijne, są traktaty, które musimy respektować, a inni Europejczycy patrzą nam na ręce, tak jak my patrzymy na ręce im. – To nie jest tak, że każdy jest w swojej piaskownicy, i może sobie budować zamki, jakie tylko mu się podoba i burzyć je, kiedy mu się to podoba – przekonuje Geringer de Oedenberg.

Polska pod lupą

Również Róża Thun z Europejskiej Partii Ludowej podkreśla, że właśnie po to kraje wchodziły do Unii Europejskiej, żeby się wzajemnie pilnować i sprawdzać, czy wszyscy przestrzegają zasad praworządności. – To jest nasz obowiązek. I zawsze jak posłowie widzą, że w jakimś innym kraju łamie się prawo, chcą o tym rozmawiać – przekonuje Thun.

Potwierdza to też Rebecca Harms z frakcji Zielonych przypominając, że Parlament Europejski jako najważniejsza demokratyczna instytucja Unii Europejskiej jest głównym miejscem do dyskusji na temat rozwoju wydarzeń w jednym z państw członkowskich. –Szczególnie w sytuacji, gdy niektóre krajowe działania polityczne postrzega się jako odstępstwo od europejskich praktyk demokratycznych. Wówczas PE musi działać. Nie broniąc krajowych i europejskich zasad konstytucyjnych naraża spójność całej Unii.

Niemiecka eurodeputowana dostrzega też, że korzyści z debaty odniesie cała Europa, ponieważ wzrośnie świadomość elementarnych norm demokratycznych, na których opiera się Unia. A o tym nigdy za wiele przypominania. Jej węgierski kolega z grupy Socjalistów i Demokratów Peter Niedermuller uważa, że oceny debaty nie należy sprowadzać do tego, czy przyniosła ona jakieś korzyści czy nie:

Jeśli to, co dzieje się w Polsce, budzi nasz niepokój, to Parlament Europejski ma moralny obowiązek przeprowadzenia podobnej debaty i omówienia wątpliwości – tłumaczy Niedermuller. I dodaje, że gdyby podobne rzeczy działyby się np. w Holandii, Parlament powinien zareagować tak samo. Niedermuller przypomina też, że jeszcze niedawno z podobnych powodów eurodeputowani rozmawiali na temat sytuacji na Węgrzech.

Stonowana pani premier, stonowani posłowie

Premier Beata Szydło była dobrze przygotowana i miała najdłuższe wystąpienia. Niemiecki eurodeputowany z Grupy Socjalistów i Demokratów Knut Fleckenstein podkreśla, że nawet jeśli wielu członków Parlamentu Europejskiego nie zgadza się z polską premier w ocenie sytuacji, to dobrze, że posłowie mieli okazję poznać stanowisko rządu. – Pierwszy krok został zrobiony – twierdzi Fleckenstein.

A Lidia Geringer de Oedenberg podkreśla, że bez względu na to, jak można określić treść wystąpienia pani premier, to jednak w obecnej sytuacji ważne było również to, że szefowa polskiego rządu mówiła w stonowanym tonie, nie padły z jej ust zaczepne słowa, nie było niepotrzebnie jątrzących zwrotów albo wręcz ataków na poprzedników.

Premier Beata Szydło pomogła też atmosfera debaty. Posłowie potrafią być bardzo krytyczni i nie szczędzą złośliwości. Szczególnie szefowie grup lubią bon moty, które potem chętnie podchwytują media. Jednak we wtorek posłowie wypowiadali się znacznie spokojniej niż zwykle, nie było mocnych ataków.

Jan Olbrycht, który przemawiał w imieniu Europejskiej Partii Ludowej, mówił krótko i raczej ogólnie. Nie wyciągał niewygodnych szczegółów i unikał otwartej krytyki. Najostrzejszy zdawał się Guy Verhofstadt, ale i on przycisnął panią premier tylko raz w sprawie komisji weneckiej. Generalnie nie wiało chłodem.

Nawet przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz nikogo nie upomniał w kwestii przekroczonego czasu, a zazwyczaj bardzo tego pilnuje. Przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej, Manfred Weber, Niemiec z Bawarii, oddał nawet możliwość wystąpienia swojemu zastępcy, który jest Hiszpanem, żeby nie zaogniać sytuacji i nie sprawiać wrażenia, że on jako Niemiec będzie pouczał Polaków czy żądać wyjaśnień.

Czesław Siekierski z Europejskiej Partii Ludowej uważa nawet, że to pani premier zdominowała ton tego spotkania. A fakt, że mówiła o wartościach i cały czas podkreślała, że jest Europejką, wytrącał jej przeciwnikom argumenty z rąk. Agnieszka Kozłowska-Rajewicz widzi to inaczej, uważa, że pani premier mówiła to, czego od niej w takim miejscu jak Parlament Europejski oczekiwano.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną