Będzie Brexit. To już pewne
51,9 proc. Brytyjczyków opowiedziało się za wyjściem z Unii, 48,1 chce w niej pozostać.
Londyn, poranek 24 czerwca. Pomnik Winstona Churchilla w pobliżu parlamentu, w tle Big Ben.
Toby Melville/Reuters/Forum

Londyn, poranek 24 czerwca. Pomnik Winstona Churchilla w pobliżu parlamentu, w tle Big Ben.

Mimo korzystnych dla zwolenników Brexitu sondaży przeprowadzonych niedługo przed referendum taki wynik jest szokiem dla Europy. Oznacza on, że jeden z najbogatszych krajów Unii Europejskiej, jej członek od 46 lat, w najbliższym czasie opuści Wspólnotę.

David Cameron zapowiedział rano, że będzie premierem do października, później w Wielkiej Brytanii odbędą się przyspieszone wybory: „Negocjacje z UE muszą rozpocząć się pod przewodnictwem nowego premiera”.

Skutki decyzji Brytyjczyków trudno przewidzieć i chyba nikt nie potrafi dziś tego zrobić. Pewne jest jedno – to czarny dzień dla Europy, w której zwyciężają narodowe egoizmy, a myślenie wspólnotowe odchodzi w głęboki cień. Przyszłość całej unijnej konstrukcji rysuje się w bardzo ciemnych barwach. Dobitnie wyraził to wicekanclerz Niemiec Sigmar Gabriel, publikując na Twitterze krótki wpis: „Cholera. Zły dzień dla Europy”.

Brexit stanie się paliwem atomowym dla antyunijnej międzynarodówki, od Holandii przez Francję po Polskę, Węgry i Grecję. 23 czerwca to najczarniejszy z czarnych dni Europy – śmiem napisać, że od września 1939 roku.

Zły dzień dla Europy i zły dzień dla Wielkiej Brytanii, która – tak jak UE – nie wiadomo w jakim kształcie przetrwa. Być może to ostatnie dni Zjednoczonego Królestwa w kształcie, który znamy. Z Irlandii Północnej, gdzie tak niedawno zakończył się wieloletni krwawy konflikt, już słychać głosy, które odmawiają uznania zwierzchnictwa Londynu, jeśli Wielka Brytania znajdzie się poza UE.

Niewykluczone, że Wielką Brytanię czekają teraz wstrząsy, jakich nie doświadczyła od dziesiątek, jeśli nie od setek lat. A na początek – wybory parlamentarne, które z pewnością jeszcze bardziej umocnią polityków pokroju Nigela Farage’a (przyszłego premiera Wielkiej Brytanii?) i jego partię niepodległościową.

W tej sytuacji trudno nawet poświęcić więcej miejsca brytyjskiemu premierowi Cameronowi, który swoją krótkowzroczną decyzją z 2013 roku dołączył do mało chlubnego grona tych brytyjskich polityków, którzy źle zapisali się w historii. Towarzystwo Nevilla Chamberlaina, paktującego z Hitlerem autora aktu monachijskiego, wydaje się dla niego dziś najwłaściwsze. Trafi na śmietnik historii, ale cóż nam z tego, skoro UE straciła jednego z najważniejszych swoich członków?

Zły dzień dla Europy, zły dla Brytanii, zły dla Polski. To dla nas chyba najmocniejsze ostrzeżenie, jak destrukcyjny może być nacjonalizm i czym kończy się nieodpowiedzialna gra w „dobrych patriotów i złych biurokratów z Brukseli”. Mam jednak wątpliwości, czy ten sygnał zostanie właściwie odebrany. Inaczej – jestem niemal pewny, że słowo Polexit stanie się w kręgach okołopisowskich bardzo popularnym hasłem.

Ale może się mylę? W pierwszych komentarzach polityków PiS, m.in. szefa MSZ Witolda Waszczykowskiego, przebija zaskoczenie i rozczarowanie wynikiem brytyjskiego referendum. Ale jak wiadomo, to nie oni piszą nuty do melodii, którą wyśpiewuje pisowski chór.

Na koniec spójrzmy na wschód. Tam strzelają korki od szampanów.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną