Na cel naprowadzał senator Dmitrij Sablin z ruchu o wiele mówiącej nazwie Antymajdan, strzelało ministerstwo sprawiedliwości. Według Sablina, wojownika o czystość rosyjskiego patriotyzmu, Centrum Lewady przeprowadza badania sondażowe „zgodnie z linią ministerstwa obrony USA i na zamówienie Uniwersytetu w Wisconsin”. Urzędnicy ministerstwa przeprowadzili w biurach socjologów przeszukania i kontrole. Wykryli „zagraniczne źródła finansowania”, chociaż nikt ich przed nimi nie ukrywał – Centrum prowadziło regularną sprawozdawczość. Ministerstwo podjęło decyzję o wpisaniu centrum Jurija Lewady na listę „agentów zagranicznych”. Sondażownia zapowiedziała apelację od tej decyzji, a od tego, jaka ostatecznie w tej sprawie zapadnie, będzie zależeć znacznie więcej niż tylko los tej instytucji.
Jeśli Lewada pozostanie „zagranicznym agentem”, to będzie koniec – mówi „Nowej Gaziecie” dyrektor ośrodka Lew Gudkow. Chodzi o to, że według przepisów każde pytanie sondażowe będzie musiało być poprzedzone informacją, że zadaje je „agent zagraniczny”. A więc – wiadomo – zdrajca, wróg, szpieg. Dla Rosjan, i bez tego coraz bardziej nieufnych wobec wszelkiego rodzaju sondaży, zwłaszcza dotyczących ich opinii o władzy, sytuacja będzie jednoznaczna. Dla świętego spokoju lepiej odmówić. Z punktu widzenia socjologów takie badania nie będą miały większej wartości.
Strzał w stopę
Polowanie na agentów Zachodu trwa w Rosji od dawna, ale organizacje pozarządowe stały się celem w 2012 r., gdy pojęcie „agenta zagranicznego” trafiło do odpowiedniej ustawy. Taką etykietę przylepia się organizacji, która otrzymuje pieniądze z zagranicy i prowadzi działalność polityczną. Przy czym zarówno pojęcie „działalności politycznej”, jak i „finansowania” jest tak nieprecyzyjne, że krytykowana od początku ustawa, zgodnie z przewidywaniami, stała się wygodnym instrumentem wycinania niewygodnych organizacji.