Trump mięknie? Nie, po prostu ewoluuje. O tym świadczą jego pierwsze decyzje
Wypowiedzi Donalda Trumpa po wyborach i jego pierwsze nominacje wskazują, że pragnie przynajmniej pokazać się z innej strony niż w kampanii wyborczej.
Donald Trump
Bill B/Flickr CC by 2.0

Donald Trump

Nie bójcie się mnie, nie jestem taki straszny, jak to przedstawiają media – powiedział w pierwszym wywiadzie telewizyjnym w niedzielę. Dał do zrozumienia, że nie będzie deportacji 11 milionów nielegalnych imigrantów, a tylko 2–3 mln (czyli tylu, ilu deportował Obama), zakazu wjazdu muzułmanów do USA, a tylko lustracja osób wybierających się do USA z krajów islamu, a Hillary Clinton może się raczej nie obawiać specjalnego prokuratora do zbadania jej skandalu z mailami.

Dla Hillary miał wyrazy współczucia, dla Obamy – same komplementy. Złagodził nieco swoje stanowisko w sprawie jego reformy ubezpieczeń zdrowotnych, która miała być w całości odwołana; chce pozostawić jej niektóre postanowienia, jak nakaz ubezpieczania osób chorych (chociaż Republikanie w Kongresie i tak zadbają, by z Obamacare nic nie zostało – blokując fundusze na realizację jej najważniejszych przepisów, jak subwencje na polisy dla osób niezamożnych).

Głównym strategiem prezydenta elekta został wprawdzie Steven Bannon, oskarżany o rasizm czołowy ideolog prawicowego populizmu i natywizmu, którego ideologię zagrożenia białej większości w USA Trump głosił w kampanii. Bannon był szefem tej kampanii i głównym architektem jego sensacyjnego zwycięstwa, więc trudno było oczekiwać, że porzuci swego przyjaciela i rozczaruje fanów.

Nominację na szefa kancelarii prezydenckiej dostał jednak Reince Priebus, przewodniczący Krajowego Komitetu Republikańskiego (RNC), ucieleśnienie establishmentu, polityk bliski spikera Izby Reprezentantów, Paula Ryana, z którym Trump darł koty. Szef kancelarii ma ogromną władzę, kontroluje dostęp do prezydenta i zwykle jest głównym łącznikiem między nim a Kongresem.

Jakim prezydentem będzie Donald Trump

Wszystko to sugeruje, że Trump pragnie harmonijnie współpracować z Republikanami w Kongresie, których wcześniej atakował. Częściowo z konieczności – dzięki utrzymaniu większości w obu izbach, czego też się nie spodziewano, są oni teraz bardzo mocni, a prezydent elekt nie ma zbyt długiej ławki rezerwowych, by formować swą ekipę wyłącznie z dotychczasowych egzotycznych doradców, głównie ze świata biznesu. Ale można też przypuszczać, że sam z siebie będzie starał się być prezydencki, i może nawet postara się wyciągnąć rękę do opozycji.

Rządzenie ma inne prawa niż kampania wyborcza. Tym razem problem polega na tym, że Trumpa wyniosła do władzy potężna fala społecznego buntu, ruch niezadowolonych, którzy widzą w nim męża opatrznościowego. Wielu z nich może mu nie wybaczyć, jeśli wejdzie w stare koleiny i będzie prowadził politykę zgodnie z życzeniami waszyngtońskiego establishmentu.

Ale w sojuszu z Republikanami Trump ma szansę zaspokoić konserwatywnych Amerykanów takimi posunięciami jak idące po ich myśli nominacje do Sądu Najwyższego czy uwolnienie gospodarki z gorsetu regulacji rządowych znienawidzonych przez biznes.

W każdym razie oczekujmy z jego strony olbrzymiej elastyczności – jako pragmatyk nie będzie więźniem ideologicznych zasad.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną