Świat

Nieznośny ciężar dobrobytu

Czy to koniec państwa opiekuńczego?

Państwo dobrobytu było cichym bohaterem dwóch największych kryzysów ostatnich lat: finansowego i zadłużeniowego. Państwo dobrobytu było cichym bohaterem dwóch największych kryzysów ostatnich lat: finansowego i zadłużeniowego. Stringer/Reuters / Forum
Państwo dobrobytu, które dotąd broniło zachodnie demokracje przed samozagładą, dziś – w dobie mediów społecznościowych i populizmu – może je doprowadzić do upadku.
System państwa dobrobytu opierał się na założeniu, że sektor prywatny będzie się rozwijał wystarczająco szybko, aby to państwo sfinansować.jcbprod/PantherMedia System państwa dobrobytu opierał się na założeniu, że sektor prywatny będzie się rozwijał wystarczająco szybko, aby to państwo sfinansować.

Artykuł w wersji audio

Aby utrzymać się w tym samym miejscu, trzeba biec ile sił – powiedziała Czerwona Królowa do Alicji. Ten cytat z książki „Po drugiej stronie lustra” w latach 70. zainspirował pewnego chicagowskiego biologa do postawienia hipotezy o ewolucyjnym wyścigu zbrojeń między żywymi organizmami. Ofiary drapieżników muszą ewoluować co najmniej tak szybko jak drapieżniki, bo inaczej wyginą. Na tej samej zasadzie układ odpornościowy człowieka musi się udoskonalać nie wolniej niż patogeny, które wciąż ewoluują, by go dopaść. Aby przetrwać, trzeba się zmieniać.

Autor tej hipotezy, Leigh Van Vallen, miał na myśli żywe organizmy. Ale jest ona równie trafna w przypadku ich społecznych odpowiedników. Skomplikowane organizacje społeczne, takie jak państwo, muszą wciąż ewoluować, aby nie paść ofiarą stale doskonalących się grup interesów. Przez dziesięciolecia taki wyrównany wyścig zbrojeń trwał również w państwach demokratycznych. Coraz skuteczniejsze metody mobilizacji społecznej były równoważone otwieraniem się systemu i socjalnymi bonusami – w ten sposób demokracje na nowo się legitymizowały i wypierały z polityki elementy antysystemowe. Ale coś się w końcu zacięło.

1.

Demokratyczne państwo zawsze miało w sobie pierwiastek samozagłady i tu niewiele zmieniło się od czasów starożytnych Greków. Demokratyczny sposób wyłaniania władzy może się skończyć zwycięstwem przeciwnika demokracji, jak to było w klasycznych przypadkach Mussoliniego i Hitlera. Dlatego elity, którym bliska jest demokracja, próbowały zablokować takim politykom drogę, proponując masom kolejne, ulepszone wersje kontraktu społecznego. Im większą sprawność mobilizacyjną osiągali przeciwnicy systemu, tym dalej szły propozycje kolejnych kontraktów. Wiele się zmieniało, aby nie zmieniło się nic…

Tę licytację symbolicznie rozpoczął niemiecki kanclerz Otto von Bismarck, gdy w 1880 r. wprowadził pierwszy w świecie rządowy program ubezpieczeń społecznych. Tym samym wytrącił inicjatywę z rąk rodzącej się niemieckiej lewicy oraz skrajnych ruchów korzystających na upowszechnieniu praw wyborczych. Podobny charakter miał Rooseveltowski Nowy Ład (New Deal) z lat 30. XX w. Dealem, któremu jednak demokracja w największym stopniu zawdzięcza swoje przetrwanie, jest bez wątpienia projekt państwa dobrobytu.

Ten model kontraktu społecznego w latach 60. zdominował Europę Zachodnią. I wchodząc pomiędzy „dziki kapitalizm” w wersji amerykańskiej i państwowy socjalizm po sowiecku, odniósł oszałamiający sukces. Przez następne dziesięciolecia w wolnej Europie dominowało przekonanie, że państwo dobrobytu zapewnia obywatelom to, co najlepsze z obu wojujących systemów zimnej wojny, a mianowicie gospodarczą wydajność i społeczną sprawiedliwość.

Państwo dobrobytu poza funkcjami podstawowymi (bezpieczeństwo zewnętrzne i wewnętrzne) ma ambicję zagwarantować obywatelom coś więcej. Przede wszystkim bezpieczeństwo socjalne: pomoc na wypadek starości, choroby, niepełnosprawności, braku pracy, a także ochronić ich przez skutkami cyklów gospodarczych. Modelowe państwo dobrobytu poprzez redystrybucję dochodów rozprasza więc ryzyko, na które są narażone jednostki w gospodarce rynkowej. I w końcu last but not least stara się wyrównywać ekonomiczne szanse obywateli (poprzez m.in. darmową opiekę dla dzieci, edukację, budownictwo socjalne), a czasem również rezultaty ich ekonomicznych decyzji.

Co ważne, państwo dobrobytu nie tylko ma obywatela wyciągnąć z biedy, ale również z jej dziedziczenia. Zastępując tradycyjną rodzinę w jej podstawowych funkcjach, wyrywa jednostkę z kontekstu społecznego, w którym znalazł się nie ze swojego wyboru. Daje mu ten wybór. Przede wszystkim jednak ma na celu podwyższenie standardu życia obywateli, aby w ten sposób zaimpregnować ich przed radykalnymi ideami, które mogłyby wywrócić demokratyczny system.

Tyle teorii. W praktyce państwo dobrobytu było cichym bohaterem dwóch największych kryzysów ostatnich lat: finansowego i zadłużeniowego. I tym samym, wbrew dobrym intencjom jego zwolenników, przyczyniło się do dzisiejszej eksplozji antysystemowego populizmu na Zachodzie, czego symbolem będzie wkrótce Donald Trump w Białym Domu.

2.

W 1994 r. administracja Billa Clintona ogłosiła wielki i charakterystyczny dla państwa dobrobytu plan pod hasłem dom dla każdego. Chodziło o zwiększenie liczby Amerykanów poprzez obniżenie wymagań wobec kredytobiorców i minimum kapitału własnego oraz wpompowanie pieniędzy w rynek budowlany. W rezultacie ceny domów i mieszkań w USA poszybowały, a na rynku nieruchomości powstała bańka rekordowych rozmiarów. Gdy pękła po podniesieniu stóp procentowych, zeszła lawina: spadek cen mieszkań, wywrócenie się instrumentów pochodnych opartych na rynku kredytów hipotecznych i niewypłacalność instytucji finansowych, ze swoją kulminacją w bankructwie Lehman Brothers we wrześniu 2008 r. Wszystko zaczęło się od dobrych intencji, a skończyło globalnym kryzysem gospodarczym, z którego niektóre państwa do dziś nie mogą się otrząsnąć.

Tu modelowym i nieszczęśliwym przypadkiem jest Grecja, którą kryzys zastał w rozkwicie ery dobrobytu. Thomas Friedman napisał wtedy w „New York Timesie”, że kraj ten po przystąpieniu do Unii Europejskiej w 1981 r. stał się czymś na podobieństwo bliskowschodniego petropaństwa – tyle że zamiast pól roponośnych miał Brukselę, która bez opamiętania pompowała do Aten subsydia rolne i pomoc strukturalną. Później, dzięki euro w 2002 r., pożyczanie stało się dla Grecji zbyt łatwe i tanie – nastąpił długi boom gospodarczy oparty na tanim kredycie. To doprowadziło do jej zadłużenia na poziomie 170 proc. PKB. Co gorsza, pożyczone pieniądze w większości nie poszły na oszczędności czy inwestycje, tylko obfite programy socjalne. Gdy nadszedł kryzys 2008 r., Grecja w praktyce zbankrutowała.

Oba przypadki, amerykański i grecki, pokazują, że demokracja uzbrojona w ideę państwa dobrobytu przestała ewoluować w swojej formie i dziś broni się przed drapieżnikami już wyłącznie na zasadzie ekspansji – więcej pieniędzy dla bezrobotnych, więcej na emerytury, na opiekę zdrowia, na zakup mieszkań. Zwolennicy państwa dobrobytu z założenia nie są jednak w stanie przelicytować antydemokratycznych populistów, którzy w swoich obietnicach nie kłopoczą się matematyką.

Populistom sprzyja również fenomen mediów społecznościowych, który pozwala na mobilizację wyborców w czasie rzeczywistym i blokowanie często niezbędnych, choć bolesnych, prób reform systemu. Tak jak to miało miejsce w Grecji. Przedstawiciele wyborców są poddani permanentnej kontroli społecznej, co nazywane jest czasem triumfem demokratycznych ideałów – zupełnie nieprawdziwie, skoro o politycznym zwycięstwie lub porażce nie decyduje już opinia większości, tylko zdolność do mobilizacji mniejszości, co nierzadko oznacza katastrofę (również finansową) dla tych, którzy nie potrafili się zmobilizować. Drapieżnik dopadł więc ofiarę i już raczej jej nie wypuści.

3.

Państwo dobrobytu – tak jak demokracja – ma w sobie również zalążek samozagłady. Swoje cele realizuje na dwa zasadnicze sposoby. Po pierwsze, bezpośrednio angażuje się w grę rynkową, stając się właścicielem fabryk, kopalni, firm handlowych itd. Klasyk powiedziałby, że wchodzi w posiadanie środków produkcji. Drugi sposób na realizację celów ma charakter interwencyjny i polega na kształtowaniu rynku za pomocą państwowych regulacji. Jego zwolennicy wychodzą z założenia, że sam rynek nie jest w stanie wygenerować społecznie pożądanych rezultatów, trzeba mu więc pomóc.

Problem w tym, że taka interwencja ze swojej natury jest kontrproduktywna. Intencją państwa dobrobytu jest tu zwiększenie dostępności pożądanego towaru dla biedniejszych obywateli. Ale jeśli jego wymuszona cena jest niższa od rynkowej, to owego towaru powstanie mniej – producenci będą próbowali ograniczyć straty. W efekcie dostępność nie wzrośnie, ale zmaleje. Państwo dobrobytu ma jednak tendencję do dzielnej walki z problemami, które samo tworzy, i jeśli powyższe interwencje nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, to oznacza, że były zbyt słabe.

Efektem takiego rozumowania jest sekwencja kolejnych interwencji. Na końcu tej drogi gospodarka, w której własność prywatna jest formalnie utrzymana, ale jednocześnie sparaliżowana gąszczem przepisów i regulacji, które mają na celu „optymalizację społeczną” tejże gospodarki.

Zwolennicy takiego interwencjonizmu zakładają przy tym, że istnieje niemal nieograniczona rezerwa bogactwa, którą należy zmobilizować do finansowania państwa dobrobytu. Takie założenie ma według nich zarówno moralne, jak i polityczne podstawy. Dystrybucji bogactwa domaga się wszak sprawiedliwość społeczna, a garstka bogaczy nigdy nie przegłosuje szerokich mas, które skorzystają na takiej redystrybucji.

System państwa dobrobytu opierał się więc na założeniu, że sektor prywatny będzie się rozwijał wystarczająco szybko, aby to państwo sfinansować. Świat zachodni ma jednak strukturalny problem z tym wzrostem. W latach 70. w państwach, które w przyszłości utworzą strefę euro, przeciętny wzrost PKB wyniósł 3,4 proc. W latach 80. – 2,4 proc., w 90. – 2,2 proc. Pierwsza dekada XXI w. przyniosła eurostrefie średni wzrost już tylko na poziomie 1,1 proc., a bieżąca może się skończyć uśrednionym wynikiem grubo poniżej 1 pkt proc.

Państwo dobrobytu zdaje się jednak nie podlegać takim ograniczeniom. Gdy zabrakło pieniędzy z bieżących podatków, sięgnęło po przyszłe. Dostęp do nich umożliwiła sprzedaż państwowych obligacji, czyli w praktyce pożyczki z tak odległym terminem spłaty, że bieżące pokolenie, a już na pewno bieżący rząd, nie musi się martwić o ich spłatę. Życie na kredyt, z permanentnym deficytem budżetowym, stało się w Europie Zachodniej stylem bycia. Czymś tak naturalnym, że gdy zadłużenie kolejnych krajów przebijało w ostatnich latach symboliczny poziom 100 proc. wartości PKB (Grecja, Włochy, Portugalia, Irlandia, Cypr, Belgia i Hiszpania), nie budziło to już praktycznie żadnych emocji.

Europejczycy zaczęli postrzegać państwo jako niewyczerpane źródło pieniędzy i gwaranta wszelkich praw socjalnych. I co jeszcze bardziej niebezpieczne, ich demokratyczne państwa zaczęły czerpać swą podstawową legitymizację z idei państwa dobrobytu.

4.

Demokracja w swoim pierwotnym i podstawowym zastosowaniu pozwala społeczeństwu na korygowanie polityki rządu zgodnie z dominującymi oczekiwaniami społecznymi, a później (przy urnach) – na rozliczanie polityków z realizacji postulatów. Problem zaczyna się wówczas, gdy skutecznie zmobilizowana część społeczeństwa, nierzadko mniejszość, zaczyna traktować demokrację jako mechanizm wymuszający na państwie transfery bogactwa, np. pod postacią coraz szerszych gwarancji bezpieczeństwa ekonomicznego w ramach państwa dobrobytu.

W reakcji na taki popyt pojawia się podaż w postaci polityków, którzy z kolei państwo zaczynają traktować jako narzędzie do budowy bazy wiernych wyborców. Mówiąc prościej, kupują ich i tym samym wywołują licytację, w której muszą wziąć udział również bardziej racjonalni politycy, bo inaczej przegrają. Efekt takiej politycznej korupcji nie jest trudny do przewidzenia – odpowiedzią na spiralę oczekiwań socjalnych jest erupcja państwa dobrobytu, czemu nie przeciwstawią się ani politycy, ani jej beneficjenci.

Wszystkie te problemy z państwem dobrobytu wymagają dyskusji, ale jest ona utrudniona. Dla wielu jego zwolenników stało się ono najwyższym produktem zachodniej kultury politycznej i jako takie nie podlega racjonalnej ocenie. Dla nich liczą się tylko (dobre) intencje. Te są co prawda istotne przy ocenie działań ludzkich, ale w przypadku instytucji podstawą oceny powinny być efekty ich działalności. Ale takie postawienie sprawy spotyka się najczęściej z następującym kontratakiem: jeśli ktoś kwestionuje (dobre) państwo dobrobytu, musi mieć złe intencje, czyli jest złym człowiekiem, nieczułym na ludzką niedolę. A zatem nie warto go słuchać.

Państwo dobrobytu w obecnym kontekście politycznym jest nie do utrzymania. A nawet gdyby przetrwało, nie impregnuje już przed zwycięstwem antysystemowego populizmu. Dlatego zachodnie demokracje popełniają ciężki błąd, wiążąc z nim swój los.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

A gdyby internet przestał działać...

Z internetu korzysta już prawie połowa ludzkości. Co by się stało, gdyby pewnego dnia przestał działać?

Edwin Bendyk, Piotr Rutkowski
16.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną