Świat

Samarytanin z doliny Roya

Jak francuski rolnik pomagał uchodźcom

Cédric Herrou stanął przed sądem w Nicei za ułatwianie nielegalnego pobytu obcokrajowcom we Francji. Cédric Herrou stanął przed sądem w Nicei za ułatwianie nielegalnego pobytu obcokrajowcom we Francji. Eric Gaillard/Reuters / Forum
Czemu pan to robił? – pytał sędzia. – Jestem przecież Francuzem – odparł oskarżony, który pomagał imigrantom. Tą odpowiedzią zawstydził rodaków.
Miejscowa społeczność stanęła w obronie Herrou.Forum Miejscowa społeczność stanęła w obronie Herrou.

Artykuł w wersji audio

Gwałtowne zderzenie dewizy Republiki z paragrafami prawa. Cédric Herrou gospodaruje w dolinie rzeki Roya, na dawnym historycznym szlaku z Lazurowego Wybrzeża w głąb Francji, w pobliżu granicy z Włochami. 37-letni rolnik rozwoził po okolicy nie tylko miód z własnej pasieki, oliwę z oliwek i jaja, ale zbierał po górskich drogach uchodźców, zwłaszcza kobiety z dziećmi, tych, którzy przez zieloną granicę z Włoch usiłują się przedostać przeważnie do Wielkiej Brytanii. Mniej pilnowanymi szlakami przewoził ich do siebie lub sąsiadów. Nawet założył nielegalny obóz dla kilkudziesięciu uchodźców w opuszczonym ośrodku wakacyjnym, dawniej eksploatowanym przez kolej. Pierwszy raz, w lecie ubiegłego roku, kiedy na przewożeniu uchodźców nakryła go policja, prokurator umorzył sprawę. Teraz Herrou stanął przed sądem rejonowym w Nicei za ułatwianie nielegalnego pobytu obcokrajowcom we Francji. Przestępstwo zagrożone karą 5 lat więzienia i 30 tys. euro grzywny.

Na rozprawie Herrou niczemu nie zaprzeczał. Tak, przez kilka miesięcy przewiózł około 200 osób, uciekinierów z Erytrei i Sudanu; tak, żywił ich u siebie w dwóch przyczepach kempingowych i w namiotach; tak, zainstalował 57 uciekinierów na górskim dworcu kolejowym.

– Widziałem dzieci przestraszone, odwodnione, na poboczu drogi, w nocy w górach, to co miałem zrobić? – mówił przed sądem Herrou. Prokurator przyznał, że działania oskarżonego są „szlachetne”, ale prawa trzeba przestrzegać. Zażądał 8 miesięcy więzienia, „oczywiście w zawieszeniu” – podkreślił. Sąd rozprawę odroczył. – Dalej goszczę u siebie uchodźców. Uważam, że powinienem tak robić. Dewiza Republiki mówi o braterstwie, prawda? – tłumaczy nam Herrou czekający na wyrok, który zostanie wydany 10 lutego.

Dolina rzeki Roya, skądinąd malownicza, i inne doliny wokół niej mają tradycje pomocy uciekinierom. Podczas okupacji ukrywano tu Żydów i uciekinierów spod Vichy. Dziś nie tylko Herrou, ale wielu jego sąsiadów udziela schronienia biedakom. Jeden z mieszkańców podał, że inna wioska, licząca 300 mieszkańców, udziela schronienia 30 uchodźcom. Wspólnota obywatelska doliny Roya prowadzi stronę internetową wzywającą do składek pieniężnych i konkretnej pomocy. Możecie czasem przetransportować uchodźców? Kliknijcie tutaj. Możecie czasowo ich przechować? Kliknijcie na ten znaczek. 4 tys. czytelników lokalnej gazety „Nice-Matin” wybrało Herrou na człowieka roku Lazurowego Wybrzeża – ku publicznemu niezadowoleniu lokalnych władz.

Przewodniczący regionu PACA (Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże) potępił działania „stowarzyszeń nieodpowiedzialnych aktywistów”, lokalny poseł republikanów mówił o rzucaniu wyzwania władzom, o „fałszywej szczodrości” i „próbie narzucania polityki sprzecznej z interesami Francuzów”, a nawet zniewadze policjantów, żandarmów i celników, którzy pilnują granicy. W październiku ub.r. rada departamentalna – w której większość mają republikanie – uchwaliła sprzeciw wobec przyjmowania uchodźców. Nad doliną unosi się więc duch obywatelskiego nieposłuszeństwa.

W początkach stycznia przed sądem stanął oceanograf z Uniwersytetu w Nicei Pierre-Alain Mannoni, złapany na przewożeniu kilkorga Erytrejczyków, którym chciał udzielić schronienia. Prokurator żądał 6 miesięcy w zawieszeniu, ale sąd nie wymierzył żadnej kary. Sam jego proces zmobilizował kadrę naukową uniwersytetu do wystosowania uroczystego listu do prezydenta Republiki w obronie kolegi, a przy okazji w obronie licznych obywateli, którzy świadczą pomoc uchodźcom w tym granicznym regionie. Naukowcy nie stronili od wielkich słów. Ściganie gestów humanitarnych depcze fundamentalne wartości Republiki, prawo azylu i prawa człowieka w ogólności – pisali. Zwracali też uwagę, że przepisy o karaniu za pomoc nielegalnym przybyszom miały uderzać w siatki przemytnicze, a nie w obywateli, którzy dobrowolnie i bezinteresownie pomagają potrzebującym.

Przestępstwo solidarności

Istotnie, władze mają kłopot z tymi przepisami. Jeszcze w 1995 r., kiedy mnożyły się procesy Francuzów pomagających sans-papiers, przybyszom bez dokumentów, czyli nielegalnym, nazwano takie postępowanie „przestępstwem solidarności”. Po zwycięstwie wyborczym Hollande’a w 2012 r. Manuel Valls, ówczesny minister spraw wewnętrznych, obiecał zniesienie przestępstwa solidarności, ale ostatecznie skończyło się na rozszerzeniu grona osób niepodlegających karze: w zasadzie nie powinno się ścigać nikogo, kto działa bezinteresownie, a pilnie potrzebna pomoc polega na dostarczeniu żywności, mieszkania czy leków.

Tymczasem nie tylko policja nęka kontrolami, ale kilka osób zostało ukaranych grzywną bądź aresztem w zawieszeniu. Dlaczego więc Herrou czy wspomniany wykładowca w ogóle są ścigani? Bo państwo dąży do uszczelnienia granic i nasilenia kontroli – a ci romantycy to utrudniają nie tylko na poziomie praktycznym, ale przede wszystkim ideologicznym, powołując się w dodatku na świętości republikańskie – braterskie i chrześcijańskie – pomocy i miłosierdzia.

Chociaż liczby wskazują, że wśród emigrantów we Francji przeważają Europejczycy (na 5,5 mln osób z krajów europejskich przypada tylko 3,6 mln osób z Maghrebu), to oczywiście w debacie publicznej na wszelkie sposoby odmienia się słowo „islam”. Wielkie zamachy terrorystyczne, które wstrząsnęły krajem – w tym także w Nicei, gdzie odbywa się proces Cédrica Herrou – narzuciły władzom, a częściowo także ludności od dawna nieobecne we Francji kategorie sécuritaire. Trudno to przetłumaczyć i wyrazić. Może najlepiej przytoczyć ostrzeżenie polityka, do niedawna przodującego w sondażach, byłego premiera Alaina Juppé. „Trzeba koniecznie złagodzić klimat panujący we Francji. Zwykłe słowo »muzułmanin« wywołuje nieproporcjonalną histerię” – powiedział polityk w wywiadzie dla dziennika „Le Monde”.

Jest to niemały problem dla środowisk katolickich. Zwycięstwo François Fillona w prawyborach prawicy i centrum zwróciło uwagę na popierające go aktywne organizacje katolickie. Fillon, prawdopodobny przyszły prezydent Francji, akcentuje zresztą swoje przywiązanie do Kościoła. Tymczasem francuscy katolicy przeżywają poważne rozdarcie: słuchają apeli papieża Franciszka o przyjmowanie imigrantów, a z drugiej strony tyrad o jakoby zagrożonej tożsamości, już nie wiadomo dobrze jakiej – narodowej czy chrześcijańskiej. W zeszłym roku, po publikacji wstrząsającej fotografii małego martwego Aylana na tureckiej plaży, konferencja biskupów Francji zaapelowała „do wszystkich katolików i ludzi dobrej woli” o pomoc imigrantom.

Francuz czy katolik

Chociaż katolicy bardzo nie lubią przedstawiać swoich sporów na forum publicznym, to akurat teraz ukazały się dwie książki, których same tytuły ilustrują dobrze problem: Laurenta Dandrieu – „Kościół i imigracja, ogromny niepokój. Papież i samobójstwo cywilizacji europejskiej” oraz Erwana Le Morhedeca – „Swojskość, ziomalizm, zły duch chrześcijaństwa” (podajemy tytuły we własnym tłumaczeniu). Ten pierwszy oskarża Kościół i papieża o to, że chcą spisać na straty europejskość czy „prawdziwą tożsamość” wiary i skłonić swe owieczki do pogodzenia się z „islamizacją Europy”. Dandrieu mówi, że jest rzecznikiem tych katolików, od których się wymaga, by wybrali „między przywiązaniem do Chrystusa i przywiązaniem do ojczyzny” i że protestuje przeciw narracji Kościoła, zmuszającej jakoby do „wyboru między wiarą a patriotyzmem”.

Z kolei Le Morhedec pokazuje, jak skrajna prawica, a zwłaszcza kręgi akcentujące „prawdziwą tożsamość francuską”, wykorzystuje niepokój katolików wobec wzrostu islamu w kraju do celów politycznych. Sprawa doraźnej pomocy na miejscu nie ma charakteru politycznego. – Są ludzie, którzy – jak widzą nieszczęście, to pomagają, inni nie. Przecież były też akcje lokalnej pomocy w dżungli Calais (obozie koczujących obcokrajowców usiłujących się przedostać do Anglii) – mówi Dominique Roque, inżynier z Normandii.

Sprawa imigrantów nie miała dawniej tak ideologicznego charakteru. Bogata Francja, historycznie związana z Afryką, w okresie powojennych „trzydziestu wspaniałych lat” nie tylko sama ściągała do pracy tanich robotników z Maghrebu – zwłaszcza w przemyśle samochodowym – ale nie była w stanie zatamować napływu takich, którzy się przedostawali przez granicę na własną rękę, bez pozwolenia. Od lat 70. ubiegłego stulecia właściwie wszystkie partie uważały, że należy imigrację ograniczać. „Francja nie jest krajem imigracji i powinniśmy się wyposażyć w środki prawne oraz narzędzia administracyjne, by prowadzić imigrację na poziomie zero” – mówił prawicowy prezydent Valery Giscard d’Estaing. „Francja nie jest już i nie może być ziemią nowej imigracji. Jakakolwiek byłaby nasza szczodrość, nie możemy przyjąć całej nędzy świata” – mówił lewicowy premier Michel Rocard. „Więcej jest lekarzy z Beninu praktykujących we Francji niż takich lekarzy pracujących w swoim kraju”– oburzał się kolejny prawicowy prezydent Nicolas Sarkozy. I są to wypowiedzi z czasu urzędowania tych polityków.

Największe emocje budził jednak los emigrantów nielegalnych. W historii współczesnej rękę do nich wyciągali socjaliści – po zwycięstwie Mitterranda w 1981 r. zalegalizowano pobyt 130 tys. owych sans-papiers, później lewica – za premiera Lionela Jospina – znów dała dokumenty 80 tys. nielegalnych. I przy tym na trwałe pozyskała u prawicy opinię niezdyscyplinowanej, ideologicznej, a nie pragmatycznej administracji państwowej, zbyt miękkiej wobec tych kwestii. I kiedy do władzy doszedł François Hollande, rząd podjął decyzję zezwalającą na przyznanie praw zaledwie 30 tys. starających się o pobyt. Droga do uzyskania odpowiednich dokumentów, a potem do obywatelstwa, stała się dużo trudniejsza.

Dziś do masy ludzi bez dokumentów – Marine Le Pen twierdzi, że jest ich pół miliona – dochodzi 85 tys. starających się o azyl. Rzetelna ocena postępowania władz jest niemożliwa do przeprowadzenia: łagodne są czy nie? Telewizja pokazuje czasem bulwersujące reportaże z pracy policji, która – na podstawie decyzji administracyjnych – wydala z kraju osoby przebywające bez wiz.

Premier Manuel Valls podkreślił w minionym tygodniu, że jego rząd panuje nad polityką imigracyjną, i zestawił Francję z Niemcami. „Mamy we Francji 85 tys. starających się o azyl, a w Niemczech jest ich półtora miliona” – powiedział. Co do Niemiec bardzo przesadził, licząc widocznie wszystkich przybyszów, razem z rekordowym 2015 r. Ale wychodzi na to, że Valls niczego by nie zmieniał w dotychczasowej francuskiej praktyce. Jego konkurent w wyborach prezydenckich François Fillon – który zresztą odwiedził posterunek graniczny w Menton, czyli właśnie w regionie, o którym piszemy wcześniej – przypomniał swoje propozycje: kontyngenty imigracji uchwalane przez parlament, weryfikacja „możliwości integracji” przybyszów poprzez sprawdziany znajomości języka i przywiązania do wartości republikańskich, wypłata zasiłków socjalnych dopiero po dwóch latach pobytu, ograniczenie pomocy medycznej.

Prezydent i imigranci

Nie ulega wątpliwości, że sprawa imigracji będzie jednym z ważnych tematów kampanii wyborczej tej wiosny. Propozycje Fillona mogą się wydawać zdecydowanym zaostrzeniem kursu, ale dopiero Marine Le Pen sięga po głosy ksenofobów. Po pierwsze, głosi ona – wbrew wyliczeniom ekonomistów – że imigracja kosztuje Francję 12 mld euro rocznie i że wszystkie podstawowe służby publiczne w kraju, szpitale i szkoły są przeciążone, a miejsc pracy nie wystarcza dla Francuzów, nie można więc akceptować żadnych dodatkowych imigrantów. Postuluje przywrócenie kontroli granicznej, wprowadzenie wiz i środki doraźne, na przykład likwidację bezpłatnej szkoły dla dzieci nielegalnych imigrantów.

Czy Francja jest krajem przyjaznym uchodźcom i imigrantom, czy zamyka się przed nimi? W Paryżu, w Palais de la Porte Dorée, zbudowanym w 1931 r. dla pomieszczenia Wystawy Kolonialnej, urządzono współcześnie wspaniałe Muzeum Historii Emigracji. Nie kryje ono zresztą nędznego zazwyczaj życia przybyszów z różnych epok, ale podkreśla wielki wkład imigrantów w życie kraju.

Inaczej niż w większości krajów europejskich, w tym w Polsce, jeszcze od Kodeksu Napoleona obowiązuje tu „prawo ziemi” – a nie „prawo krwi” – a więc każde dziecko urodzone na terytorium francuskim staje się obywatelem kraju na mocy samego prawa. Jeśli wziąć pod uwagę tylko grupę najbardziej aktywnych zawodowo (25–54 lata), uwzględniając dwa pokolenia potomków emigrantów – to w takim zestawieniu Francja jest na pierwszym miejscu w Unii. Tak powiązani z emigracją stanowią 26 proc. populacji kraju. Z kolei według statystyk ONZ Francja z 7,4 mln mieszkańców urodzonych za granicą (11,6 proc. populacji) plasuje się lekko poniżej średniej największych krajów Europy Zachodniej.

W połowie 2016 r., jeszcze przed zamachem w Nicei, instytut sondaży opinii IPSOS Global przedstawił badania, z których wynikało, że więcej niż połowa Francuzów uważa, iż jest obecnie zbyt wielu imigrantów w kraju. A tylko 11 proc. sądzi, że mają korzystny wpływ na rozwój Francji. Co do uchodźców, czyli szczególnej grupy imigrantów, nasiliły się lęki i niechęć. 67 proc. badanych Francuzów odpowiadało, że terroryści wkradają się do masy uchodźców, 54 proc., że większość uchodźców nie zasługuje na to miano i że nie będzie się integrować. Wygląda na to, że oskarżony Cédric Herrou i cała jego dolina w górach należą do mniejszości.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak nie skrzywdzić swoich dzieci

Anna Górska o tym, jak radzić sobie z przekonaniem o niesprawiedliwym traktowaniu w dzieciństwie.

Joanna Cieśla
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną