Macron zapowiada, że najważniejsze reformy będzie wprowadzać dekretami
Obecne realne poparcie społeczne dla projektu Macrona i En Marche! można ocenić, podwyższając jego wynik w pierwszej turze (23,75 proc.) o jakieś 5–10 procent.
To będzie dziwna prezydentura.
mat. pr./Facebook

To będzie dziwna prezydentura.

W moim przekonaniu Macron wygrał te wybory przede wszystkim znakomitym wystąpieniem w ostatniej przedwyborczej debacie. To był genialny mecz porównywalny do Pucharu Europy w 2008 roku, kiedy Hiszpania wygrała z Niemcami dzięki piekielnie inteligentnej strategii. W pierwszej połowie Macron „męczył” przeciwniczkę, ustępował jej pola i prowokował do wyłożenia wszystkich kart na stół. W drugiej nie tyle przedstawiał własny projekt, ile punktował niedostatki, a wręcz zwykłą pustkę programu Le Pen. W Polsce powiedzielibyśmy: populizm.

Macron nie skupił się na tym, że wybór Le Pen oznaczałby dla Francji miernego prezydenta z tendencjami do faszyzmu, tylko wykazywał, że byłaby to katastrofa gospodarcza. I to właśnie przeważyło: zmobilizowało niezdecydowanych, przypomniało światu pracy, że gospodarcza recesja zawsze najpierw odbija się na pensjach. Oraz zagwarantowało Macronowi wygrane wybory.

Jakie szanse Macrona w wyborach parlamentarnych?

To będzie dziwna prezydentura. Choć cieszę się z powstrzymania Le Pen, to wciąż nie jestem optymistką. Obecne realne poparcie społeczne dla projektu Macrona i En Marche! można ocenić, podwyższając jego wynik w pierwszej turze o jakieś 5–10 procent. To wbrew pozorom raczej mało, ponadto młodziuteńka i niekonwencjonalnie budowana formacja nie może zagwarantować trwałości tych postaw.

Wybory parlamentarne to ciągle jedna wielka niewiadoma. Wciąż nie znamy nawet wstępnych kształtów list wyborczych. En Marche!, efemeryczna partia Macrona, może cieszyć się zainteresowaniem i hipotetycznym poparciem, ale w rzeczywistości w okręgach jednomandatowych głosuje się na nazwiska i żeby zrobić przyzwoity wynik, Macron w wielu okręgach po prostu musi zdać się na podkradanie co bardziej centrowych kandydatów z lewa i prawa (proces ten z całą pewnością trwa już od wielu miesięcy).

Sęk w tym, że osią programu Macrona jest, po pierwsze, reforma gospodarki, którą oprotestuje lewica, a po drugie – ów sławetny projekt europejski, którego centroprawicowcy nie wytrzymają nerwowo. Posłowie – owe nazwiska – będą zmuszeni dbać o swoją reputację.

Macron już wie, że o dyscyplinie klubowej będzie sobie mógł tylko pomarzyć, dlatego też zapowiada, że najważniejsze reformy będzie wprowadzać dekretami. Legitymizuje to w ten sposób, że swój osobisty wynik wyborczy w drugiej turze interpretuje jako głosy poparcia, a nie jako głosy przeciwko FN. Ale to jest oczywistym blefem.

Wszystko wskazuje na to, że Macron będzie Francję reformował odgórnie, rola parlamentu będzie się z dekretu na dekret kruszyć, a Francuzi oddolnie będą blokować funkcjonowanie kraju, tak jak to robili we wszystkich poprzednich kadencjach, kiedy władza chciała wdrażać nieakceptowane korekty. I, co więcej, protestujący przeciwko demontażowi demokracji będą mieli rację. Dalszy ciąg tego scenariusza jest Polakom dość dobrze znany: Le Pen, tak jak PiS, pójdzie do kolejnych wyborów pod hasłem przywracania demokracji – i tak dalej, i tak dalej.

Macron nie wybrał jeszcze swojej europejskiej rodziny

Projekt europejski Macrona to równie ciekawe zagadnienie. Tak naprawdę wcale nie jest taki znowu realistyczny. Po pierwsze, różne rzeczy można kształtować dekretami, ale raczej nie stanowiska francuskich europosłów. Po drugie, Macron wciąż nie wskazał swojej europejskiej rodziny politycznej (prawdopodobnie będzie to liberalne ALDE, znacznie słabsze od chadeków i socjalistów), a to właśnie ta przynależność załatwia lub blokuje wiele kwestii, również w Komisji czy Radzie Europejskiej. Potencjalny pewny sojusznik za Renem, Angela Merkel, pomału traci pozycję – także dlatego, że forsowane przez nią stanowisko w sprawie uchodźców, jedyne możliwe w Niemczech, jest kompletnie nie w smak pozostałym europejskim chadecjom.

Filarem „integracji dwóch prędkości” (a tak naprawdę każdego projektu integracyjnego) w Europie musi być stworzenie europejskiego budżetu na wzór budżetów państwowych, a nie tylko funduszy strukturalnych – i właśnie o to wszystko się rozbijało do tej pory. Wstydliwe realia są takie, że Unia ma kłopoty nawet z utrzymaniem wypłacalności minimalnego budżetu Komisji Europejskiej. Jakim cudem Macron chce to przeskoczyć? Też dekretami? Na razie nie wiadomo.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną