Czego nas uczy żona prezydenta Francji?

Czas Brigitte
63 lata, o pokolenie młodszy mąż i rola pierwszej damy Francji. Czy Brigitte Macron to nowa Brigitte Bardot? Symbol kolejnej rewolucji obyczajowej, która już się dzieje, a jedynie potrzebowała ikony?
Brigitte jest wierna wszystkim kobiecym wartościom, jak macierzyństwo, miłość; zrealizowała wszystkie możliwe kobiece skrypty, łącznie z pielęgnowaniem urody.
Franck Castel/Maxppp France/Forum

Brigitte jest wierna wszystkim kobiecym wartościom, jak macierzyństwo, miłość; zrealizowała wszystkie możliwe kobiece skrypty, łącznie z pielęgnowaniem urody.

Związek Macronów idealnie trafił w ważny dla Francuzów mit kulturowy.
Vincent Isore/IP3

Związek Macronów idealnie trafił w ważny dla Francuzów mit kulturowy.

Niezależnie od tego, jakie plany ma pani Macron, rolę „drugiej Brigitte” ma już zapewnioną.
Chesnot/Getty Images

Niezależnie od tego, jakie plany ma pani Macron, rolę „drugiej Brigitte” ma już zapewnioną.

audio

AudioPolityka Martyna Bunda - Epoka Brigitte

Już dawno nic tak nie chwyciło. Przez kilka tygodni w portalach społecznościowych – tylko ona. „Pierwsza babcia”, „matka stanu”, „ta mumia”. „Wolna kobieta, taka, której nie da się do końca kontrolować; niebezpieczna, bo może mieć wymagania, skoro sama wymaga od siebie”. „Panie Macron, niech pan coś zrobi z tą Brigitte!”. Komentatorki, aktorki, celebrytki – jak Eliza Michalik, Paulina Młynarska, Anna Dryjańska, Kataryna; żony przy mężach i matki z głównej roli życiowej – jak Małgorzata Terlikowska; dziennikarze, publicyści – wszyscy o Brigitte. A pod każdym felietonem dziesiątki, setki wpisów. Nawet w memach – ona. Przerobiony dowód osobisty, z datą urodzenia dodającą jej (kolejnych) 10 lat jak burza poszedł po sieci.

W koleinie

To paradoks, bo Brigitte Macron zupełnie nie zapowiadała się na rewolucjonistkę. Dużo młodsza od pięciorga rodzeństwa – i jedyna urodzona po wojnie w rodzinie fabrykantów czekolady, dorastała w Amiens (na północ od Paryża). Miasteczku zniszczonym przez wojnę i wciąż pełnym baraków tkwiących w miejscach domów, których nie odbudowano, za to pod najwyższym wówczas europejskim drapaczem chmur, wieżą Perret, bo „w tych trudnych czasach trzeba było dać ludziom trochę amerykańskości”. Rodzina była tradycyjna, dumna z prowadzonej od XIX w. manufaktury. A domy w Henriville, zwanym złotym kwartałem lokalnej burżuazji – gdzie mieszkali – wszystkie do siebie podobne.

Tak też – po mieszczańsku – wychowywano Brigitte: edukacja u jezuitów, wakacje w pobliskim le Touquet nad morzem, wśród konserwatywnych sąsiadów zjeżdżających na lato. Klasyczny podział ról, typowe kobiece zajęcia. W czasie gdy Francja w najlepsze pławiła się w rewolucji seksualnej firmowanej nazwiskiem imienniczki Brigitte – Bardott (Brigitte z Amiens urodziła się dokładnie wtedy, gdy Bardot stawała się supergwiazdą), przyszła prezydentowa kraju weszła w inny model. Jako zaledwie 21-latka została żoną. To wcześnie, nawet jak ja Henriville. W rok po ślubie urodziła pierwsze z trojga dzieci. W czasach gdy Bardott ogłaszała, że „świat jest tak mały, że wszyscy spotkamy się w łóżku” i pozowała do rozbieranych zdjęć dla „Playboya”, Brigitte Auziere pojechała za mężem do Strasburga. Jedynym odstępstwem od mieszczańskich norm było, że wyszła nie za chłopaka z któregoś z dobrych miejscowych rodów (jak siostry i sąsiadki), ale za kogoś z Paryża, w dodatku urodzonego poza Francją. Bankowca.

Gdy dzieci podrosły, a kontrakt w Strasburgu się skończył, Brigitte wzięła posadę nauczycielki literatury w szkole Providence w Amiens. Ów jezuicki kompleks od lat, od przedszkola aż po liceum, kształcił kolejne pokolenia dzieci lokalnych wyższych sfer. Mimo tradycyjnych korzeni Pro – jak nazywano szkołę – dawała uczniom trochę swobody; np. nauczyciel filozofii lubił prowadzić zajęcia w jednej ze śródmiejskich kawiarni, gdzie sadzał uczniów kołem na podłodze – lecz w końcu takie były czasy. Nauczycielka literatury, Brigitte, była żywiołowa, ale nie niekonwencjonalna.

Po szkole prowadziła zajęcia teatralne. Z jednym z uczniów, równolatkiem córki zaangażowanym w teatr, na jego prośbę zaczęła pisać sztukę. O miłości. W piątki spotykali się w jej domu, położonym niedaleko jego domu w Henriville, by pracować nad tekstem. Uczeń nazywał się Emmanuel Macron. Wszystko, co dziś mówią o swoim związku, sprowadza się do zapewnienia, że nim Emmanuel nie wszedł w pełnoletniość, nic niewłaściwego pomiędzy nimi nie zaszło.

Zmiana zmiennych

Rzeczywistość, w jakiej funkcjonują Polki, jest nie mniej konserwatywna niż dzielnica Henriville w Amiens. Jednak też mamy swój paradoks: – Polki w poglądach są nie mniej liberalne niż inne Europejki. Rezygnują jedynie z przekucia światopoglądu we własną rzeczywistość – tłumaczy Katarzyna Pawlikowska, ekspertka zachowań społecznych i konsumenckich kobiet.

Mamy swoje pełzające rewolucje, dla których Brigitte jest wymarzoną ikoną. Począwszy od związków z młodszymi. Od pokoleń trudno znaleźć panny dla kawalerów ze wsi, bo kobiety żyją w innych miejscach niż mężczyźni – wiadomo. Jednak dziś problem okazuje się palący. W dużych miastach mamy większy niż kiedykolwiek deficyt mężczyzn (do tego stopnia, że niemożność znalezienia właściwego partnera to główny powód bezdzietności i dotyczy aż jednej trzeciej Polek!). Mieszkanki największych ośrodków zwyczajnie nie miały szans wejść w tradycyjny model (względnie wejść w nowe związki, jeśli rozczarowane wyszły z poprzedniego przez rozwód). Kiedyś tych kilkadziesiąt tysięcy pełnych życia czterdziestek i pięćdziesiątek skazanych byłoby na samotność. Dziś mają internet i portale randkowe.

Równolatków nawet nie szukają; ci chcą młodszych kobiet, względnie zasiedzieli się przed telewizorami i do reszty rozczłapali kapcie. Okazuje się jednak, że czterdziestki oraz pięćdziesiątki mają wzięcie u 30-latków. Są dla nich atrakcyjne także w sensie fizycznym; na zachowawcze: „no wiesz, dziesięć lat”, oni pytają: „ale o co ci chodzi?”. – Kobieta w pewnym wieku plus młodszy mężczyzna to jedna z niezauważonych, a zrealizowanych w praktyce rewolucji społecznych – zauważa Katarzyna Pawlikowska. Dla tych kobiet Brigitte Macron jest żywym dowodem, że nie tyle łamią one jakieś normy, ile są pionierkami życiowej niezależności.

Co więcej, po Brigitte, pozującej w objęciach z młodszym o ponad 20 lat mężczyzną, widać wiek. Nawet do tego stopnia, że gdy do sieci wpuszczono skan dowodu ze zmienioną datą, publiczność uwierzyła w fałszywkę. Brigitte nie udaje dwudziestki. A 60-latki to kolejna pełzająca społeczna rewolucja. Ageizm, dyskryminacja ze względu na wiek, jest w Polsce, zdaniem badaczy, silniejszy niż gdziekolwiek w Europie. W kobiecych gazetach bohaterki tekstów muszą być przed czterdziestką. W serialach w zasadzie nie ma ról dla kobiet 40 plus, które miałyby osobowość oraz – o zgrozo! – seksualność. Wiek uchodzi ekspertkom, specjalistkom, o ile trzymają się roli. Maryli Rodowicz wolno biegać w ekscentrycznych kreacjach po scenie, z kalendarza nikt nie rozlicza posłanki Krystyny Pawłowicz, wypomina się jej różne przywary, ale akurat nie to, ile ma lat. Obie kobiety są starsze od Brigitte Macron. Każda jest jednak w swojej roli. Skryptu dla aktywnej życiowo i miłośnie związanej z młodszym mężczyzną kobiety w tym wieku – brak.

Rzeczywistość dawno odskoczyła od tych obrazów. W realności wiek powoli, ale konsekwentnie przestaje warunkować role społeczne. Bez oceniania, czy to dobrze czy źle, ale konkretne wydarzenia życiowe, do tej pory zarezerwowane dla poszczególnych etapów życia, zaczynają być możliwe dużo później – diagnozuje Katarzyna Pawlikowska.

Zachodni biznes i moda zaczęły już to rozumieć. W jednym z popularniejszych dziś seriali, „Grace and Frankie”, Jane Fonda (lat 79) gra aktywną seksualnie producentkę gadżetów erotycznych – opowiada Katarzyna Pawlikowska.

Teraz „dojrzałe kobiety”, jak się je eufemistycznie nazywa, mają swoją bohaterkę. W dodatku Brigitte, ta uprawiająca seks z młodszym o pokolenie mężczyzną babcia siedmiorga wnucząt, nosi szpilki i sukienki! I jakże ona wygląda na okładce „Paris Match” w kostiumie kąpielowym! To, wbrew pozorom, również ważny składnik tworzącego się mitu Brigitte.

Szukając szans na wydarcie mężczyznom trochę zagarniętych zasobów, feministki długo przekonywały kobiety, że nie wolno im stawiać się w rolach paprotek. Szpilki, szminki – precz. Kobieta jest człowiekiem! Ale kobiety chciały szminek. Może zbyt dobrze rozumiały, że atrakcyjność seksualna to jeden z nielicznych dostępnych kobietom atrybutów władzy, wikłający je, ale na pewno skuteczny. Poza tym pielęgnacja urody jest przyjemna – nie mniej niż pielęgnacja ogrodu; czy jest jakaś kultura, która nie ceni piękna? Powszechne kobiece odczucie rozjechało się tu z postulatami feministek.

Nie chwycił też forsowany od lat 90. wśród kobiet przepis na sukces po męsku. One masowo odmawiały pięcia się w męskich strukturach korporacyjnego świata. Głównym powodem było nie lenistwo, brak ambicji czy kompetencji, nawet nie nawał domowych obowiązków. Jednostka społeczna mężczyzny to „ja”, kobiety – zawsze „my”. Pięcie się w tych strukturach, jakie dzisiaj mamy, zawsze oznacza rolę samotnego lidera. Kobiety, jak potwierdzają psychologowie, źle się czują w tej roli. One są tak samo zdolne, wydajne w rolach pracowników, ale genetycznie, hormonalnie – inne. (W stresie mózgi kobiet i mężczyzn reagują inaczej – to pierwsza z kostek domina). Pytanie, jak miałby wyglądać sukces, powodzenie, władza w wydaniu kobiecym, długo było otwarte. I oto jest Brigitte.

Jest i widać ją (co potwierdzają okładki „Paris Match”). To kolejny istotny wątek opowieści. Przed laty pisarka Olga Tokarczuk użyła w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” słowa niewidzialność – a termin wszedł do języka. Pisarka mówiła o specyficznym mechanizmie dotykającym kobiety. W wieku poprokreacyjnym niemal z dnia na dzień stają się przeźroczyste. Niezauważalne i dla mężczyzn, i młodszych kobiet. To bardzo frustrujący kobiety mechanizm. Brigitte być może ukształtowała inna kultura; we Francji nawet o Simone de Beauvoir, pisarce, jednej z pionierek feminizmu – a przy okazji wielbicielce strojów ze słynnymi turbanami – mówiono, że „jak widać, egzystencja poprzedza esencję” – lecz co z tego? Brigitte jest wierna wszystkim kobiecym wartościom, jak macierzyństwo, miłość; zrealizowała wszystkie możliwe kobiece skrypty, łącznie z pielęgnowaniem urody. Trafia w wątki ważne i dla babek, i matek, i córek. Ma sukces. I jest wolna. Idealna na symbol.

Pół kroku za rewolucją

Nawet dla państwa Macron nie było jednak jasne, czy Brigitte nie okaże się dla męża wizerunkowym obciążeniem. On zostawał zastępcą sekretarza generalnego, a potem ministrem, ona przez ponad trzy lata siedziała w ukryciu. Wszystko, co pojawiało się w internecie na temat ich prywatnego życia, natychmiast czyszczono. Macronowie byli osiem lat po ślubie, a w rządzie spekulowano, że Emmanuel jest gejem. W końcu któreś z nich – podobno właśnie Brigitte – zdecydowało, że wystarczy tej dyskrecji. W 2015 r. przyszła prezydentowa zjawiła się wraz z ministrem na kolacji z hiszpańską parą królewską.

Okazało się, że – poza paroma kąśliwymi głosami o geriatrii, pierwszej babci, a nawet Emmanuelu jako amatorze kuguarzyc (jak w internecie nazywa się społeczność kobiet szukających znacznie młodszych partnerów seksualnych), jak był uprzejmy wyrazić się François Hollande – związek Macronów idealnie trafił w ważny dla Francuzów mit kulturowy. Tym, czym dla Polaków jest „Lalka” Bolesława Prusa (czyli opowieść o miłości niemożliwej oraz o budzącym politowanie romansie ze starszą dla pieniędzy), tym dla Francuzów – „Adolf” Benjamina Constanta. Oparta na autentycznych doświadczeniach XIX-wieczna powieść o miłości bez wieku: ona, starsza, wprowadza go w świat, ułatwia kontakty, przedstawia właściwym ludziom, przy okazji jest fantastyczną przewodniczką ars amandi. Francuzem był też Honoré Balzac, a w słownik kultury weszło pojęcie (atrakcyjnej) kobiety w wieku balzakowskim.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną