Połajanki Trumpa w NATO mają niewiele wspólnego z polityką obronną USA

Jak Trump w składzie z sojusznikami
Gdy Trump beszta sojuszników, Pentagon przygotowuje wysłanie do Europy jeszcze większych oddziałów wojsk z jeszcze lepszym uzbrojeniem.
Donald Trump
NATO/Flickr CC by 2.0

Donald Trump

Donald Trump zachowywał się tak, jakby przyjechał do Brukseli po hołd. Najboleśniej odczuł to premier Czarnogóry. Kiedy Duško Marković próbował stanąć w pierwszym szeregu podczas zwiedzania nowej siedziby NATO, został odepchnięty przez Trumpa, który najwyraźniej musiał odpowiednio ustawić się do kamer. Inna scenka pokazała widoczne niezadowolenie Trumpa, gdy idący z naprzeciwka prezydent Francji zignorował jego wyciągniętą rękę i najpierw przywitał kanclerz Angelę Merkel. Szarpnięcie, którym obdarzył potem Emmanuela Macrona zamiast uścisku dłoni, mogło być bolesne – Francuz aż się zachwiał.

No i te ustawiczne połajanki. Trump ma rację – Europa nie wydaje na obronę tyle, ile powinna, i ma zaległości. Ale sama o tym wie, mało tego, zaczyna nadrabiać. Jednak to nie powstrzymało prezydenta USA przed wytknięciem sojusznikom ich zaniedbań w uroczystej chwili. Trump przyjechał do Brukseli z niezwykłym podarunkiem – symbolizującym sojuszniczą jedność fragmentem ruin World Trade Center. Tylko raz w historii, właśnie po zamachu na Amerykę, NATO przywołało artykuł 5. Traktatu Waszyngtońskiego i formalnie stanęło do walki u boku zaatakowanego kraju. Jednak Trump nie wspomniał o klauzuli kolektywnej obrony, co robili wszyscy jego poprzednicy odwiedzający kwaterę główną. Dziennikarze i część polityków odebrała to za afront, w najlepszym razie niezręczność.

Trump to jedno, polityka obronna USA – drugie

Na szczęście prócz świata słów i gestów – lub ich braku – jest świat czynów. W tym samym czasie, gdy Trump beszta sojuszników, Pentagon przygotowuje wysłanie do Europy jeszcze większych oddziałów wojsk z jeszcze lepszym uzbrojeniem. A Biały Dom w imieniu departamentu obrony wnioskuje do Kongresu o 40-procentowe zwiększenie środków na odstraszanie Rosji na wschodniej flance NATO. Paradoks? Nie, dowód na to, że polityczna retoryka prezydenta to jedno, a realna polityka obronna USA to drugie.

To zabezpieczenie amerykańskich interesów, rozumianych lepiej w Pentagonie, Radzie Bezpieczeństwa Narodowego i Departamencie Stanu niż w kierownictwie Białego Domu, nakazuje zwiększać – a nie wycofywać – amerykańską obecność wojskową na świecie. Nakazuje też tak negocjować z sojusznikami, by wspierali operacje na Bliskim Wschodzie i Afganistanie, co ostatecznie na szczycie NATO się udało. Nakazuje nie wymuszać przyspieszenia decyzji budżetowych, które z uwagi na kalendarz polityczny i stan gospodarek części krajów europejskich są i tak nierealne. To też nie nastąpiło w Brukseli, mimo werbalnych połajanek Trumpa.

Oczywiście to nie zmienia faktu, że Donald J. Trump odgrywa rolę głównodowodzącego. Nikt nie przeciwstawi się jego woli. Już pierwszy dowód był dobitny – podyktowana impulsem wzburzenia decyzja o odwecie za atak chemiczny syryjskiego reżimu na dzieci została wykonana bez mrugnięcia okiem, mimo że jej wojskowy sens był co najmniej wątpliwy. Nie o to jednak chodziło. Prezydent chciał spektakularnie zaistnieć, a wojsko jego wolę spełniło. 59 pocisków Tomahawk uderzyło w prawdopodobnie opustoszałą syryjską bazę lotniczą. Skutek wojskowy żaden, ale dwa tygodnie medialnego szumu skutecznie odwróciło uwagę od niepowodzeń prezydenta na krajowej niwie.

Zachowanie Trumpa oczywiście będzie komentowane w Europie. Już miny przywódców, gdy po raz kolejny wypominał im obronne sknerstwo, mówiły wiele. Ale czy decydenci będą opierać się wyłącznie na słowach i gestach, czy raczej wezmą pod uwagę czyny Ameryki jako sojusznika, nie tylko jej przywódcy?

Najprawdopodobniej czeka nas czas, kiedy prezydent Trump będzie mówił swoje, a firmowana jego marką administracja będzie swoje robić. Będzie to czas niezręczności, gaf, może nawet słownych potyczek – ale ani Europa, ani Ameryka nie wyobrażają sobie na razie zerwania wzajemnych więzów, zwłaszcza w dziedzinie bezpieczeństwa. Poziom nieufności do amerykańskiej polityki po brukselskim spotkaniu nieco spadł, do amerykańskiego prezydenta mógł niestety wzrosnąć. Na szczęście nawet jako głównodowodzący nie podejmuje decyzji w odosobnieniu.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną