Świat

Wasza i nasza

Bolesne rozliczenie w 150-lecie Kanady

Premier Justin Trudeau z szefem Narodowej Rady Metysów Clementem Chartierem (pierwszy z lewej), przewodniczącym organizacji Inuitów Natanem Obedem (drugi z lewej) i głównym wodzem Stowarzyszenia Pierwszych Narodów Perrym Bellegarde’em (pierwszy z prawej) podczas obchodów Dnia Pierwszych Narodów w Ottawie Premier Justin Trudeau z szefem Narodowej Rady Metysów Clementem Chartierem (pierwszy z lewej), przewodniczącym organizacji Inuitów Natanem Obedem (drugi z lewej) i głównym wodzem Stowarzyszenia Pierwszych Narodów Perrym Bellegarde’em (pierwszy z prawej) podczas obchodów Dnia Pierwszych Narodów w Ottawie Chris Wattie/Reuters / Forum
Kanada świętuje swoje 150. urodziny. Ale ogólnonarodowej zgody nie ma: jedni będą wznosić toasty, inni opłakiwać stratę.
Rodzina Inuitów, około 1930 r. Inuici należą do grupy Pierwszych Narodów Kanady.Edward S. Curtis/Wikipedia Rodzina Inuitów, około 1930 r. Inuici należą do grupy Pierwszych Narodów Kanady.

W kuchni Jonathana Kaya, do niedawna redaktora naczelnego magazynu reporterów „Walrus”, krząta się niania. – Przyjechała tu z Filipin kilkanaście lat temu. Kupiła dom, wykształciła dzieci, przyjęła obywatelstwo – opowiada Kay. – Jest wielką kanadyjską patriotką i na pewno ma co świętować – mówi. – Ale czy powinna się również biczować za krzywdy wyrządzone rdzennym mieszkańcom Kanady?

W przededniu jubileuszu w Kanadzie rozgorzał spór, na którego fali w ciągu paru dni stanowiska stracili redaktorzy naczelni kilku mediów. Pretekstem była dyskusja o czerpaniu z innych kultur: czy i na ile biali artyści mogą wykorzystywać dorobek pierwszych, rdzennych mieszkańców Kanady. Stąd był już tylko krok do właściwego, ogólnonarodowego tematu: nierozliczonej historii i krzywd, jakich z rąk Europejczyków doznali tu autochtoni: Pierwsze Narody, Inuici i Metysi.

Kolonizacja i wysiedlenia, przymusowa asymilacja i odbieranie dzieci przez państwo pod rękę z Kościołem, zabójstwa kobiet wzdłuż ciągnącej się przez Kanadę Autostrady Łez, plaga samobójstw wśród zmarginalizowanej rdzennej młodzieży – tematów przy urodzinowym stole nie zabraknie. Ale czy każdy ma prawo o tym opowiadać?

Zaczęło się od niszowego magazynu literackiego „Write”, którego majowy numer poświęcono twórczości kanadyjskich autochtonów. Redaktor naczelny Hal Niedzviecki napisał we wstępniaku, że są oni mało widoczni i słabo wynagradzani. Dodał, że każdy powinien mieć prawo pisać na dowolny temat. Dlatego kanadyjscy pisarze, „w większości biali i pochodzący z klasy średniej”, powinni zacząć przyjmować nowe perspektywy. „Piszcie o tym, czego nie znacie. Niestrudzenie odkrywajcie życiorysy ludzi, którzy są różni od was”, apelował Niedzviecki. Zażartował, że warto ustanowić nagrodę dla tych, którzy odważą się wyjść poza własne środowisko. Kiedy numer trafił na półki, Niedzviecki z hukiem wyleciał z pracy.

Dlaczego tak się stało? Z perspektywy europejskiego tygla kultur, w którym prądy, idee i tożsamości swobodnie się przenikają, propozycja Niedzvieckiego to inspirująca zachęta. Ale Kanada jest mozaiką: spójną, lecz jej elementy są od siebie wyraźnie oddzielone. Dlatego tutaj te słowa zostały odebrane jako wezwanie do przetwarzania i zawłaszczania cudzych kultur (cultural appropriation). Niedzviecki przeprosił za brak wrażliwości, ale został oskarżony o „strukturalny rasizm” i „kulturowe ludobójstwo”.

Wziął go w obronę Steve Ladurantaye, szef najpopularniejszego programu informacyjnego publicznej telewizji CBC, który napisał na Twitterze, że wesprze nagrodę zaproponowaną przez Niedzvieckiego. Następnego ranka został zmuszony do przeprosin, ale to i tak nie pomogło, bo stracił posadę. Decyzją firmy przymusowe wakacje spędza, studiując dziedzictwo rdzennych mieszkańców Kanady. Na antenę zapewne już nie wróci.

Głos zabrał też Jonathan Kay, naczelny „Walrusa”. Skrytykował zdławienie dyskusji o tym, komu i o czym w Kanadzie wolno pisać. Rozmowa o zapożyczeniach „to debata, którą powinniśmy odbyć”, oświadczył. „Osobiście staję po stronie swobody wypowiedzi”, dodał, po czym w atmosferze skandalu zrezygnował z pracy.

Kanadyjczycy, oburzeni postawą dziennikarzy, mówią, że nie chcą ograniczenia wolności słowa, lecz jedynie brania za nie odpowiedzialności. Znaczenie ma jednak nie tylko to, co zostało powiedziane, ale też przez kogo. Trzej redaktorzy, którzy w ciągu kilku dni stracili pracę, to egzemplifikacja tego, jak wyglądają tu mainstreamowe media: są białymi, wykształconymi, dojrzałymi mężczyznami. Zdaniem wielu tacy jak oni nie mają prawa opowiadać cudzych historii, a w szczególności historii Pierwszych Narodów.

Pod koniec maja stowarzyszenie kanadyjskich dziennikarzy (CJF) zorganizowało panel poświęcony roli mediów w czasach postprawdy i rządów Donalda Trumpa. Gwiazdą miała być pisarka Naomi Klein, której twarz przyciągała ludzi gotowych zapłacić kilkadziesiąt dolarów za wysłuchanie dyskusji. Ale na ostatniej prostej Klein się wycofała. Powód? Panel był zbyt mało różnorodny. Jak możemy dyskutować o wpływie polityki Trumpa bez tych, których dotyka ona najmocniej, pytała Klein. Organizatorzy ratowali twarz, dopraszając dziennikarkę pochodzącą z Kenii i publicystę z Meksyku, ale publiczność Royal Thomson Hall, odpowiednika Sali Kongresowej, świeciła pustkami.

Granice zawłaszczenia

O ile Europejczycy szczycą się dopuszczeniem do dyskusji różnych głosów, o tyle w Kanadzie to nie wystarcza. Funkcjonuje tu głębokie przeświadczenie, że należy nie tylko oddać głos, ale też samemu zamilknąć.

Pozostaje więc pytanie, kto ma prawo mówić. Dziś za autorów historii najczęściej uznaje się tych, którzy ją spisali, a nie tych, którzy przez tysiąclecia ją przechowywali. Tymczasem ustna tradycja to dla wielu Pierwszych Narodów Kanady, które pozbawiono ziemi, języka i tożsamości, jedyny dowód na istnienie. Natomiast świat Zachodu opiera się na słowie pisanym. Co więcej, opowieści nie da się odłączyć od figury autora. – Ryszard Kapuściński nie był jedynym dziennikarzem, który odwiedził Iran czy Etiopię, ale jedynym, który potrafił tak o tym napisać – mówi Jonathan Kay. – Kapuściński, Orwell, Szekspir – przez subiektywną relację autora otwieramy okienko do jego geniuszu. Jednak przedstawiciele autochtonicznych kultur uważają, że to nie uchylanie okienka, ale wyważanie drzwi, przez które łatwiej się plądruje.

Dyskusja o granicach kulturowego zawłaszczania nie toczy się tylko na łamach kanadyjskich mediów. Zdarza się, że z galerii wycofuje się prace białych artystek, które wzorują się na sztuce autochtonów. Przekłuwa się balony „rdzennych pisarzy”, którzy koniec końców okazują się zbyt mało rdzenni, by być uprawnionymi do zabierania głosu w sprawach Pierwszych Narodów. W wielokulturowej Kanadzie ludzie czasem krzywią się, gdy biała dziewczyna zakłada sari, a chłopak zapuszcza dready. Dla was to kostium i modne przebranie, dla nas element naszej tożsamości, mówią ci, którzy czują się okradzeni.

Czy to znaczy, że Kanada rozważa ograniczenie wolności słowa? Bynajmniej, chodzi o wyznaczenie granicy między cytatem a kradzieżą, między inspiracją a przywłaszczeniem. Tylko jak to w kulturze rozpoznać? Większość Kanadyjczyków uważa, że najważniejszy jest element zgody i wymiany korzyści. Jeżeli kanadyjska firma chce produkować sari i zatrudni do tego projektantkę z Indii, która zagwarantuje autentyczność wzorów, jest to dozwolone zapożyczenie z dalekiej kultury. Ale jeżeli ta firma skopiuje wzór z muzealnej wystawy i wypuści swoją linię ubrań „inspirowaną pierwotnymi kulturami”, bez udziału (także finansowego) oryginalnych twórców, będzie to kradzież. Przybywa konsumentów świadomych tych subtelności. Nie kupują pamiątek made in China.

Nie jest to fanaberia. Pochodzenie ma dla twórców fundamentalne znaczenie. Wywodzący się z plemienia Odżibwejów (Ojibwe) Jesse Wente, jeden z szefów Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Toronto i filozof kultury, podczas niedawnej rozmowy w publicznym radiu oświadczył, że „zawłaszczanie to kamień węgielny Kanady”. Dotyczy to nie tylko kultury, ale wszystkiego, co pochodzi od rdzennych mieszkańców. A szczególnie – ziemi. „Żądamy uznania naszych praw. Jesteśmy na własnym terenie, ale domagamy się tego w narzuconym nam obcym języku”, mówił Wente. W czasie rozmowy nie krył łez: „Moje emocje nie są moją słabością, lecz siłą. Oto łączę się z moimi przodkami, czuję, że siedzą tu dziś obok mnie”.

Przodkowie Jessego nie rozpoznaliby swojej ojczyzny. Połowa mieszkańców największego miasta, Toronto, urodziła się poza Kanadą. Nawet ci, którzy przyszli na świat już tutaj, mają rodziców, dla których Kanada jest ojczyzną z wyboru. Na ulicach Toronto można usłyszeć 140 języków i dialektów, spotkać ludzi ponad 200 narodowości. Ale Pierwszych Narodów już tu właściwie nie ma.

Cztery brytyjskie kolonie

1 lipca 1887 r. decyzją królowej weszła w życie Konfederacja Kanady, która wiązała ze sobą cztery brytyjskie kolonie. Ale do stołu nie zaproszono nikogo z rdzennych mieszkańców, którzy żyli tu od 12 tys. lat. Próżno szukać w dokumentach ich podpisów. Za to w 1886 r. dostali oni tzw. Ustawę o Indianach (The Indian Act), której celem była przymusowa asymilacja tubylczej ludności.

Ustawa pozwoliła na całkowitą kontrolę życia Pierwszych Narodów. Nie tylko odebrano status kobietom, przesiedlono i zamknięto miejscowych w rezerwatach. Odebrano też ziemię pod budowę dróg i kolei albo w nagrodę dla powracających z Europy weteranów wojennych. Zakazano również używania języków narodowych i nakazano używanie angielskich nazwisk. Odebrano prawo głosu, zabroniono aktywności politycznej. Nie wolno było nosić tradycyjnych strojów i ozdób w miejscach publicznych, modlić się po swojemu. Zdelegalizowano tradycyjne ceremonie i sporządzono listy produktów, których rdzennym mieszkańcom nie wolno było kupować.

Brzmi to jak historia wymazywania, którą w Europie słyszeliśmy w przeszłości już nie raz. Ale w Kanadzie nie są to odległe czasy. Mimo wielu zmian w niektórych prowincjach Ustawa o Indianach nie przestała obowiązywać. Symbol opresji, tzw. residential schools, zamknięto dopiero w 1996 r. To finansowane z federalnego budżetu szkoły z internatem, prowadzone przez Kościół (głównie katolicki, ale i protestancki). Stanowiły ośrodki brutalnej asymilacji ok. 150 tys. dzieci zabranych przemocą z rodzin Pierwszych Narodów. Budynki były często przypadkowe i w opłakanym stanie, łatwo szerzyły się w nich choroby – wiele dzieci nie dożywało końca szkoły, niekiedy wykorzystywano je seksualnie i regularnie bito. Oderwane od rodziny, miały zapomnieć, kim są. Jeśli nadal mówiły w ojczystych językach, wlewano im klej do buzi, okładano pasami i uczono, że mowa ich matek pochodzi od diabła.

Zmiany następowały powoli. Począwszy od lat 50., stopniowo ujawniano prawdę o szkołach, ale trudnych tematów jest więcej. To choćby nierozliczona Autostrada Łez, wzdłuż której zaginęło lub zostało zamordowanych kilkadziesiąt kobiet, albo łapanka lat 60. (Sixties Scoop), która trwała do późnych lat 80. Polegała na przymusowym przekazywaniu do adopcji lub umieszczaniu w kanadyjskich i europejskich sierocińcach ok. 20 tys. dzieci. Zresztą nie są to historie zaprzeszłe – tuż przed wakacjami wybuchł skandal w Quebecu wokół skargi grupy kolorowych kobiet na długotrwałe molestowanie seksualne przez mężczyzn w policyjnych mundurach.

W 1996 r. Królewska Komisja ds. Rdzennych Narodów stwierdziła: nie można budować państwa, żyjąc w kłamstwie. Ale dopiero opublikowany w 2015 r. Raport Komisji ds. Prawdy i Pojednania, który ujawnił skalę krzywd wyrządzonych kanadyjskim autochtonom, był dla kraju szokiem. Rząd przyznał się w nim do „kulturowego ludobójstwa”. Przeprosinom nie ma końca i władze zabiegają o nadrobienie lat opresji.

21 czerwca, z okazji Dnia Pierwszych Narodów, na wielu kanadyjskich ratuszach zawieszono ich flagi – mają tam wisieć nie od święta, ale na stałe. Premier Justin Trudeau ogłosił, że jego siedziba w stołecznej Ottawie – Langevin Block – zmieni nazwę. Hector Louis Langevin, jeden z Ojców Konfederacji, był bowiem pomysłodawcą systemu residential schools. Jednak nadal wiele jest do zrobienia, nie tylko w sferze symboli. Jak grzyby po deszczu wyrastają kancelarie prawnicze specjalizujące się w ochronie praw człowieka, a dokładnie w sporach z rządem federalnym o odzyskiwanie zagrabionych ziem.

Do tego – jak mówi prof. Peter Kulchyski z Uniwersytetu Manitoba – „Kanadyjczycy kochają Indian na śmierć”. To znaczy, że uwielbiają oglądać festiwale, plemienne tańce i zapraszają do uświetniania ceremonii otwarcia olimpiad. Ale bardziej niż ich prawo do życia na ziemi przodków kochają rurociągi naftowe. I choć Kanada jest jednym z najbogatszych państw świata, nie wszyscy jej mieszkańcy tego doświadczają. Oblężenie przeżywają banki żywności, a rząd federalny próbuje zmierzyć się z falą samobójstw – to nie choroby czy wypadki, ale właśnie odebranie sobie życia jest najczęstszą przyczyną śmierci wśród Pierwszych Narodów.

Czerwony liść na białym tle

Większość mieszkańców hucznie i z radością będzie obchodzić tegoroczny Canada Day. Przez cały 2017 r. w kraju trwają rocznicowe uroczystości i imprezy. Prawdziwe żniwa mają też producenci gadżetów z napisem „Canada 150” i czerwonym klonowym liściem na białym tle. Na każdym kroku można kupić kapcie, apaszki i mydła z symbolem Kanady, ale też śpioszki, smycze i lukrowane ciastka. W supermarketach kilometrami ciągną się biało-czerwone regały, można na nich znaleźć nawet cukrowe posypki do deserów w kształcie maleńkich klonowych listków.

Jednak to oprawa, bo z okazji 150. urodzin Kanada podarowała sobie osobliwy prezent: trudną rozmowę o winie i pojednaniu. Szykując się na jubileusz, widzi, jak wiele ma powodów do świętowania, ale i wiele krzywd do opłakania. Bo gdy jedni Kanadyjczycy wznoszą toasty, inni nadal są w żałobie. Choć na przyjęcie zaproszeni są wszyscy, tylko dla niektórych to radosna rocznica. Dlatego w poczuciu solidarności i narodowej dumy Kanada nie roi o wstawaniu z kolan, tylko pochyla czoło.

Joanna Gierak-Onoszko z Toronto

Polityka 26.2017 (3116) z dnia 27.06.2017; Świat; s. 47
Oryginalny tytuł tekstu: "Wasza i nasza"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska jako jedyna w Unii nie udostępnia szczepionki HPV

Szczepionka, którą od 12 lat uznaje się na świecie za wybawienie od raka szyjki macicy, w Polsce jest nadal moralnie podejrzana. Wyparowała też z naszego rynku, za co sami jesteśmy sobie winni.

Paweł Walewski
26.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną