Miasta przyszłością świata

Burmistrzowie wszystkich miast, łączcie się!
Wiele miast stara się dziś robić to, czego nie potrafią państwa. Stały się wielkim tyglem nowych idei i inicjatyw społecznych, wylansowały odmienny gatunek polityków.
Pittsburgh
Mihai Andritoiu/Creative/Alamy Stock Photo/BEW

Pittsburgh

Barcelona
Alamy Stock Photo/Getty Images

Barcelona

audio

AudioPolityka Aleksandra Lipczak - Burmistrzowie wszystkich miast łączcie się

Kiedy Donald Trump na początku czerwca ogłosił swoją decyzję o rezygnacji z udziału w porozumieniu paryskim dotyczącym globalnego ocieplenia, bo „został wybrany, żeby reprezentować obywateli Pittsburgha, nie Paryża”, odpowiedział natychmiast Bill Peduto. „Jako burmistrz Pittsburgha zapewniam pana, że pozostaniemy wierni ustaleniom porozumienia, dla naszych ludzi, gospodarki i przyszłości”.

W jego ślady poszło 250 innych amerykańskich głów miast: Nowego Jorku, San Francisco, Chicago, Atlanty. „To sztylet wymierzony prosto w serce Nowego Jorku” – mówił burmistrz NYC Bill De Blasio, przypominając o podnoszącym się poziomie morza i sztormach, których skutki odczuwa też Manhattan i Brooklyn. „To przykre, bo Donald Trump sam pochodzi z Nowego Jorku. Powinien to wiedzieć”.

Spięcie dotyczące walki z globalnym ociepleniem to tylko ostatni z wielu epizodów walki, jaką amerykańskie miasta prowadzą z administracją Donalda Trumpa, choćby w sprawie polityki imigracyjnej. W obecnych zagmatwanych czasach to burmistrzowie i burmistrzynie coraz częściej stają się głosem rozsądku nie tylko w USA, ale także pod innymi szerokościami geograficznymi. Coraz mocniej wybrzmiewa pytanie: czy to miasta mogą dziś ratować nie tylko klimat, ale demokrację w ogóle?

Miasta nieustraszone

Zmarły w kwietniu amerykański politolog i filozof Benjamin Barber pisał w swojej przedostatniej książce „Gdyby burmistrzowie rządzili światem”: „Państwo narodowe było doskonałym narzędziem uzyskania wolności i niepodległości przez autonomiczne społeczeństwa. Ale absolutnie nie pasuje do naszego nowego świata, nastawionego na budowanie współzależności. Jednocześnie miasto, które było zawsze naturalnym siedliskiem ludzi, miejscem, gdzie rodziła się wspólnota, we współczesnym zglobalizowanym świecie staje się znowu jedyną nadzieją demokracji”. Czas na zmianę myślenia o sposobie sprawowania władzy – przekonywał. – Pozwólmy miastom zrobić to, czego państwa nie potrafią.

Po dojściu do władzy Donalda Trumpa kontynuował ten sam tok myślenia: „Opór wobec Trumpa będzie miał charakter lokalny” – pisał w „The Nation”.

W entuzjastycznej refleksji Barbera, postulującego utworzenie światowego parlamentu burmistrzów, było dużo myślenia życzeniowego. Ale rzeczywiście, gdy rzucić dziś okiem na polityczną mapę Europy, USA czy Ameryki Łacińskiej, jeśli osłabiona demokracja dostaje gdzieś nowy zastrzyk siły i energii, to właśnie w miastach. Nie chodzi o inicjatywy miejskie spod znaku tzw. ścieżek rowerowych – skądinąd niepotrzebnie skarykaturyzowanych – ale okrzepłe ruchy polityczne z sukcesami na koncie, które rządzą lub przynajmniej determinują kształt politycznych agend w swoich miastach.

Przedstawiciele „nowego municypalizmu” z całego świata spotkali się niedawno w Barcelonie na szczycie Fearless Cities – Nieustraszone Miasta. Byli wśród nich uczestnicy powstałych w ostatnich latach lewicowych miejskich koalicji z Włoch, Francji, Grecji i Bałkanów, byli radni z Nowego Jorku, Filadelfii, Belo Horizonte i Rosario, wywodzący się ze studenckiego ruchu protestów burmistrz chilijskiego Valparaíso Jorge Sharp, autonomiści z kurdyjskiej Rożawy i przedstawiciele partii Demosisto, wyrosłej na gruncie tzw. rewolucji parasolek w Hongkongu. A także polscy aktywiści z różnych miast, którzy staną do samorządowych wyborów już w przyszłym roku.

Przez weekend dyskutowali o feminizacji polityki, gentryfikacji, mieszkalnictwie, ekologii, uchodźcach, dobrach wspólnych, wzroście nacjonalizmu i tym, jak zbudować z sukcesem miejską platformę. To nie przypadek, że międzynarodowe spotkanie odbyło się właśnie w Barcelonie, gdzie od dwóch lat na czele urzędu miasta stoi Ada Colau, polityczka z zupełnie nowego rozdania.

Była działaczka ruchu lokatorskiego, squaterka i aktywistka, która do niedawna blokowała własnym ciałem eksmisje, doszła do władzy na fali frustracji tradycyjną polityką i dzięki hasłom demokratycznej odnowy. – Kiedy mówię o feminizacji polityki, mam na myśli to, że można ją robić, nie będąc silnym, pewnym siebie mężczyzną, który wszystko wie, odpowiada na wszystkie pytania, nigdy nie ma wątpliwości – zapewniała, kiedy ubiegała się jeszcze o fotel burmistrzyni.

Sukces formacji Barcelona en Comú nie jest odosobnionym przypadkiem. Ekipy kojarzone w mniejszym lub większym stopniu z ruchem Oburzonych (zwanych tu ruchem 15-M) rządzą dziś w Saragossie, La Coruńii, Kadyksie, Walencji, Santiago de Compostela. Także Madryt ma burmistrzynię daleką od politycznej konwencji: 73-letnią emerytowaną sędzię Manuelę Carmenę, która mówi o sobie, że nie jest antysystemowa, tylko chce lepszego systemu.

Choć w Hiszpanii rządzi tradycyjna, prawicowa Partia Ludowa na czele z Mariano Rajoyem, nowe miejskie ekipy z „iberyjskiego laboratorium”, jak nazywa je włoski politolog Beppe Caccia, oddolnie próbują prowadzić politykę partycypacyjną, łagodzącą społeczne skutki ekonomicznego kryzysu, wspierającą ekonomię społeczną. Aktywiści zasiadają dziś w radach wielu miast we Włoszech, Grecji i Francji, a ostatnio także w Zagrzebiu. W Brazylii i Argentynie to miejscy politycy i polityczki stanowią często przeciwwagę dla skorumpowanej kasty politycznej na ogólnokrajowym poziomie. Ale politykę „bliższą ludziom”, często w kontrze do tej krajowej, prowadzą dziś też bardziej tradycyjne urzędy miast.

– Mamy dużo narzędzi do naszej dyspozycji i nie zawahamy się ich użyć – mówił burmistrz Nowego Jorku Bill De Blasio, kiedy Donald Trump wygrał wybory.

Miasta azylu

W wydanej w zeszłym roku książce „El poder de lo próximo. Las virtudes del municipalismo” (Siła tego, co bliskie. Zalety municypalizmu) barceloński socjolog i politolog Joan Subirats opisuje zjawisko, które określa mianem neomunicypalizmu. Z jednej strony mogłoby się wydawać, że w coraz bardziej zglobalizowanym świecie to, co lokalne, traci na politycznym znaczeniu – pisze Subirats. W sferze europejskiej mamy do czynienia z prawie całkowitym monopolem państw jako politycznych aktorów. Najważniejszym światowym rozgrywającym są globalne instytucje, zwłaszcza finansowe.

Ale jest też równoległa odwrotna tendencja. „Globalność i bliskość grają ze sobą w symultaniczny sposób” – pisze Subirats. W miarę jak postępuje technologiczna i ekonomiczna globalizacja, rosną zupełnie lokalne niepokoje i lęki: dotyczące pracy, mieszkania, dostępu do podstawowych dóbr, jakości życia.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną