Świat

Bananowa sprawiedliwość

Fair trade po ekwadorsku

Jedna z pracujących w systemie fair-trade bananowych kooperatyw w El Guabo Jedna z pracujących w systemie fair-trade bananowych kooperatyw w El Guabo Josef Polleross/Anzenberger / Forum
Dopiero na dalekim Południu można przekonać się, czy fair trade – sprawiedliwy handel – to ruch, który zmienia życie ubogich, czy tylko fanaberia hipsterów z Europy.
Symbol certyfikatu FairtradeWikipedia Symbol certyfikatu Fairtrade

Artykuł w wersji audio

Banany są wszędzie. Sklepiki, stragany, reklamy. Banany na koszulkach, plecakach, billboardach. Jak każdy owoc, mają swoje odmiany: cavendish, filipino, baby banana. Pierwsze i drugie idą na eksport, banany baby – malutkie – z których miejscowi robią bananowe frytki, zwane patacones, sprzedaje się tylko na rynku wewnętrznym. Mój hotel też „bananowy” – nazywa się Puerto Banana.

Gdziekolwiek się ruszyć poza miasteczko El Guabo w południowo-zachodnim Ekwadorze wzdłuż szosy ciągną się kilometrami plantacje bananowe. Granice między nimi są na pierwszy rzut oka niewidoczne. Pewną podpowiedzią, czy mijamy dużą bogatą czy małą niebogatą plantację, są latające nad nimi awionetki rozpylające owadobójcze chemikalia. Tam gdzie robią opryski, plantacja z pewnością nie jest ekologiczna. Te ekologiczne prowadzą dziś zarówno mali, jak i wielcy producenci. Byłoby błędem sądzić, że jak producent wielki, to od razu nieekologiczny. Wielcy zorientowali się, że przestrzeganie standardów eko to także dobry biznes. Wielu konsumentów w bogatych krajach Północy chce kupować tylko taką właśnie, tj. ekologiczną, żywność.

Wyjaśnijmy od razu: nie należy mylić produkcji ekologicznej z handlem fair trade. Czasem idą w parze, czasem nie. Produkcja ekologiczna (organic) oznacza rezygnację z używania rozmaitych chemikaliów. Niektórzy duzi producenci przyjmują ekologiczne zasady, ale nie dbają o warunki pracy. Ich banany mogą ubiegać się o etykietki organic, lecz nie fair trade, gdyż oni nie są fair wobec pracowników.

Do tej najprawdziwszej republiki bananowej – bez żadnych politycznych metafor – pojechałem jako wolontariusz jednej z organizacji promujących sprawiedliwy handel i odpowiedzialną konsumpcję w krajach Północy. Chciałem przekonać się, czy osławiony fair trade to tylko luksusowa zabawa działaczy z Europy, USA i Kanady, względnie poprawianie sobie samopoczucia, czy jednak ruch i idea, które realnie zmieniają los drobnych producentów z dalekich nam krajów. Oto co usłyszałem i zobaczyłem.

Holender opisał piekło

– Przez dwa lata pracowałem na konwencjonalnej plantacji bananów – opowiada Galo Carrasco, 38 lat. – Praca od świtu do zmierzchu, źle opłacana, wykańczająca. Brakowało odzieży ochronnej. Od pestycydów rozchorowałem się na żołądek. Galo zaczął szukać plantacji, która przestrzega standardów pracy i nie używa szkodliwych chemikaliów. Tak trafił do spółdzielni San Vicente, będącej częścią ASOGUABO, stowarzyszenia 125 małych producentów bananów, których naczelną zasadą jest fair trade, a drugą – ekologia. Wszystkie banany eksportowane przez stowarzyszenie mają etykietkę fair trade, połowa – ekologiczną.

Pomysły na solidarną ekonomię przynieśli tu w połowie lat 90. Holendrzy z organizacji pozarządowej Solidarność. Przekonywali, że bez zorganizowania się i wspólnego gospodarowania drobni rolnicy nie mają szans konkurować z potentatami. W Ekwadorze – światowej rezerwie bananowej – biznes ten jest od zawsze zdominowany przez gigantów, takich jak Chiquita, Doll, Del Monte, Noboa.

Właścicielem tej ostatniej firmy jest Alvaro Noboa, który czterokrotnie kandydował na prezydenta kraju – bez sukcesu. („To by dopiero była republika bananowa” – śmieje się jeden z rolników). W 2002 r. „New York Times” opisał, jak na plantacji Los Alamos należącej do Noboi jego prywatna milicja otworzyła ogień do strajkujących robotników. Noboa wyzyskiwał też pracę dzieci.

Historia firm bananowych nie tylko w Ekwadorze, lecz w całej Ameryce Łacińskiej, to długa lista nadużyć wobec ludzi i środowiska, a nawet zbrodni. O masakrze robotników na plantacji bananowej w Cienadze w 1928 r. wspomina Gabriel Garcia Marquez w „Stu latach samotności”. Inną głośną sprawą, już w naszych czasach, było używanie przez koncern Doll pestycydu DBCP na plantacjach w Nikaragui, mimo że wiedziano o jego szkodliwości – pestycyd wywoływał bezpłodność u kobiet.

Zrzeszenie się drobnych producentów w ASOGUABO było sposobem ucieczki od wyzysku praktykowanego przez wielkich plantatorów: pracy od świtu do zmierzchu za głodową stawkę, łamania praw pracowniczych, np. braku ubezpieczeń, oraz zależności od zarządów korporacji. Stowarzyszenie daje członkom-producentom poczucie wpływu na własne życie – pracują na siebie, według wypracowanych wspólnie reguł. Know-how przynieśli idealiści z Europy, ale to ekwadorscy rolnicy wzięli sprawy w swoje ręce.

– Pierwszym krokiem było ominięcie lokalnych pośredników, którzy zgarniali znaczną część zysków – opowiada Lianne Zoeteweij, Holenderka, która od 20 lat mieszka w Ekwadorze. Była jedną z tych, którzy dwie dekady temu zachęcali drobnych producentów do solidarnej ekonomii, a teraz jest administratorką w ASOGUABO. Żeby ominąć lokalnych pośredników, Holendrzy założyli firmę AgroFair – importuje ona banany bezpośrednio od producentów, a następnie sprzedaje je do sieci supermarketów we Włoszech, Szwajcarii, Niemczech (ASOGUABO ma w AgroFair udziały).

Główną bolączką producentów bananów, także tych dużych i nie fair trade’owych, są wahania cen na rynkach światowych. Fair trade ma na nią lekarstwo: stałe ceny. Holenderski importer podpisuje ze swoimi odbiorcami – sieciami supermarketów w Europie – roczne kontrakty na sprzedaż bananów po stałej cenie. Dzięki temu rolnicy zyskują stabilność. – Mogę planować budżet biznesowy i domowy na rok do przodu – mówi rolnik Anibal Cabrera, 43 lata. – A gdy zdarzą się nieprzewidziane wydatki, bank chętniej udziela mi kredytu. Dzięki fair trade ubogi pan Cabrera jest dla banku przewidywalny.

Za prekursora idei fair trade uważa się pewnego rozczarowanego Holendera, urzędnika kolonialnego z Indii Wschodnich – tereny dzisiejszej Indonezji – który w 1860 r. ogłosił pod pseudonimem Multatuli skandalizującą powieść „Max Havelaar”. Była ona oskarżeniem wyzysku miejscowej ludności, jaki praktykowały władze kolonialne m.in. na plantacjach kawy. Na powieść i jej autora posypał się grad krytyki, ale blisko 150 lat później pewien indonezyjski pisarz okrzyknął „Maxa Havelaara” książką, która zabiła kolonializm. To po jej ukazaniu się opinia publiczna w Europie prowadziła – prawdopodobnie po raz pierwszy tak głośno – dysputę o niesprawiedliwościach, do jakich dochodzi w podbitych koloniach.

Dopiero jednak w latach 70. jedna z fair trade’owych organizacji sprowadziła z Gwatemali do Europy kawę, dając początki modzie na „sprawiedliwe” produkty spożywcze: wyprodukowane bez wyzysku pracowników i sprzedawane za dobrą dla drobnych plantatorów cenę. Kawa uruchomiła lawinę „sprawiedliwej” żywności – teraz według zasad fair trade produkuje się także herbatę, kakao, wino, owoce, orzeszki, cukier, ryż, przyprawy.

Dekadę później organizacje w Europie i USA na rzecz sprawiedliwego handlu zaczęły zrzeszać się i promować wśród konsumentów krajów Północy swoją ideę. Oto ona w największym skrócie: zapłaćmy za kawę, herbatę, orzeszki czy banany odrobinę więcej, dzięki czemu ubodzy ludzie w dalekich krajach Południa będą mieli odrobinę dostatniejsze i godniejsze życie.

Skąd wiedzieć o tym, czy produkt jest fair tradeowy? Z małej naklejki „Fair Trade” na owocu, paczce kawy, herbaty czy orzeszków. Autorem pomysłu naklejek był w latach 80. pewien ksiądz pracujący ze wspólnotami drobnych plantatorów kawy w Meksyku. W Holandii produkty fair tradeowe mają dodatkowo etykietkę „Max Havelaar”, upamiętniającą powieść, „która zabiła kolonializm”.

Dziś ruch na rzecz sprawiedliwego handlu – mimo że wciąż na uboczu wielkiej ekonomii – sprofesjonalizował się. Organizacje działające na rzecz fair trade w Europie przeprowadzają surowe audyty zasad produkcji i warunków pracy w krajach Południa – oczywiście u tych producentów, którzy aspirują do zdobycia znaczka fair trade dla swoich towarów. Dopiero po pozytywnym audycie producenci otrzymują stosowny certyfikat i prawo używania etykiety.

Premia i misja

Tak zwana premia fair trade’owa to istota rzeczy. Dońa Marcelina Agurto, lat 81, właścicielka trzyhektarowej plantacji bananów, mogła dzięki owej premii podnieść poziom dna basenu, w którym myje się zerwane kiście bananów. Dzięki tej inwestycji zużywa mniej wody, a to ważne w regionie, który huśta się między powodziami a suszami. Premia pozwoliła również na powiększenie dachu, pod którym składuje się banany.

Skąd bierze się premia i jak działa – wyjaśnia Fabiola Ramon, przewodnicząca ASOGUABO. Najkrócej: to pieniądze ekstra, jakie klienci z krajów Północy płacą za to, że kupowane przez nich banany zostały wyprodukowane w sposób etyczny, m.in. bez naruszeń praw pracowniczych. Ile to pieniędzy? Dokładnie: jeden dolar ekstra za 18-kg skrzynkę bananów. Dla kieszeni klienta to obciążenie najwyżej kilku do kilkunastu centów przy każdym zakupie. Pieniądze z premii nie trafiają do kieszeni rolników, by – jak mówią oni sami – nie dawać szansy ludzkim słabościom. Idą na konto ASOGUABO. Stowarzyszenie wybiera komisję ds. premii, która decyduje, jak pieniądze podzielić, a jej decyzje przyjmowane są lub odrzucane na dorocznym zgromadzeniu członków ASOGUABO. W zeszłym roku było to 177 tys. dol.

W praktyce wygląda to tak: powiedzmy, dońa Marcelina zgłasza potrzebę podniesienia dna basenu, ktoś inny zgłasza konieczność zbudowania toalety dla pracowników, jeszcze innemu brakuje narzędzi do pracy na plantacji bądź zepsuła się jakaś maszyna. Czasem prośba o pieniądze z premii wynika z nakazu audytorów światowego zrzeszenia fair trade, do którego należy ASOGUABO. Np. uznali, że trzeba poczynić jakąś inwestycję, by dotrzymać standardów BHP – i wtedy rolnik-postulant zaznacza, że potrzebuje pilnie wykonać zalecenie, by nie stracić certyfikatu.

– Sami nie mielibyśmy za co wykonywać napraw, udoskonalać produkcji – mówi Anibal Cabrera. – Ale najważniejsza dla mnie jest stabilność fair trade’owych cen. To dzięki niej mogłem posłać dzieci na studia. Gdy jednak patrzę na nędzne obejście jego domu i gospodarstwa, nie mogę nie zapytać: czy fair trade pozwala mu na realizację marzeń? – Mam dość, żeby żyć, a za mało, żeby marzyć – odpowiada. To nie wyrzut, że fair trade jest nie dość skuteczny: zanim pan Cabrera przyłączył się do ASOGUABO, żyło mu się gorzej.

Mimo niedostatków rolników ze stowarzyszenia stać na gesty solidarności z ziomkami, których los jest znacznie gorszy. W osadzie Las Casitas spółdzielnia ufundowała stację uzdatniania pitnej wody. Koszt: 18,6 tys. dol. Władze nie znalazły środków na ten cel. W biednym miasteczku Tenguel za pieniądze z ASOGUABO powstał ośrodek rehabilitacji dla niepełnosprawnych. – Nazywamy to misją społeczną – odpowiada Holenderka Lianne.

Jak ciepła woda w kranie

Niektórzy krytycy fair trade w krajach Północy podnoszą, że idea sprawiedliwego handlu trzyma drobnych rolników przy tradycyjnych zajęciach i utrudnia podjęcie bardziej zyskownych, np. w miejskich usługach; tym samym skazuje ich na skromne, nieraz ocierające się o biedę życie. Inni podnoszą, że zamiast dzielić zyski z premii w ramach spółdzielni czy stowarzyszeń, lepiej byłoby, gdyby trafiały bezpośrednio do kieszeni producentów. Jeszcze innym argumentem jest – rzekomy – brak dbałości o jakość produktów, gdyż dla uzyskania certyfikatu fair trade bardziej liczą się warunki zatrudnienia. Wreszcie – podnosi się nieraz, że klient nigdy nie wie, jaka część „nadwyżki cenowej”, którą jest skłonny zapłacić za produkt z naklejką, trafi naprawdę do ubogich producentów na Południu, a jaką pożre fair trade’owa biurokracja w Europie.

Każda z tych krytycznych uwag zawiera ważną myśl „kontrolną”, będącą wyzwaniem zarówno dla producentów na Południu, jak i dla „biurokratów” na Północy. Spytałem kilku rolników, czy nie woleliby rzucić ziemi, poszukać pracy w mieście i mieć wygodniejsze życie. Jedni nie rozumieli, o co mi chodzi. Inni odpowiadali tak (streszczam): całe życie jesteśmy tutaj. Uprawialiśmy kakao, przeszliśmy na bardziej opłacalne banany. Co mielibyśmy robić w mieście? Niektórzy mówią, że woleliby dostawać pieniądze do kieszeni, ale po chwili przyznają, że rozeszłyby się na codzienne wydatki.

Jednak sercem powodzenia lub niepowodzenia fair trade’owych przedsięwzięć nie są ani producenci, ani „biurokraci”, lecz my, klienci w krajach Północy. – ASOGUABO – jak wyjaśnia Lianne – ma kolejkę małych producentów, którzy chcieliby przejść na produkcję fair trade’ową i do nas wstąpić. Muszą jednak czekać, bo... na razie nie ma większego popytu na „sprawiedliwe” banany. To znaczy: supermarkety, z którymi handluje stowarzyszenie poprzez importera AgroFair nie zamówią więcej „sprawiedliwych” bananów, bo nie ma większej liczby chętnych. Wielu klientów nawet nie wie, że mogliby w taki sposób pomóc ludziom z Południa.

Polska jest na szarym końcu tego łańcucha solidarności: „sprawiedliwych” produktów importujemy niewiele. Ostatnio jedna z sieci supermarketów po raz pierwszy wprowadziła do sprzedaży fair trade’owe banany – na razie na okres próbny.

Fair trade potrzebuje zmiany podejścia konsumentów z Północy, a ono nie nastąpi bez kampanii uświadamiających, które sporo kosztują. Część pieniędzy zamiast bezpośrednio do rolników musi więc trafić do „biurokratów”, którzy tego typu kampanie prowadzą. Zaklęte koło. A jednak, mimo że część premii pożerają wydatki fair trade’owej „biurokracji”, dońa Marcelina mogła podnieść dno basenu i oszczędza wodę, a Anibal Cabrera ma poczucie większej stabilizacji życiowej niż kiedyś. Nie rewolucja, lecz przynajmniej łatwiej dostępna ciepła woda w kranie.

Artur Domosławski z El Guabo w Ekwadorze

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną