Donald Trump wrócił z Azji. Czy właśnie oddał ją Chińczykom?
Zważywszy na rekordowo niską poprzeczkę oczekiwań wobec tego prezydenta, było nieźle. Ale czy to wystarczy?
Wbrew pozorom trudno wizytę Trumpa w Azji uznać za sukces.
Andrea Hanks/White House/Flickr CC by 2.0

Wbrew pozorom trudno wizytę Trumpa w Azji uznać za sukces.

Biały Dom odtrąbił jako kolosalny sukces zakończoną we wtorek 12-dniową podróż Donalda Trumpa do Azji wschodniej. Zważywszy na rekordowo niską poprzeczkę oczekiwań wobec tego prezydenta, było nieźle – nie popełnił w końcu większych gaf, nie uchybił protokołom dyplomatycznym, jak wcześniej w Europie, w przemówieniach trzymał się tekstu z telepromptera i nie wysłał tym razem w świat kolejnych głupawych tweetów (poza narcystycznym docinkiem pod adresem Kim Dzong Una).

W rezultacie sama wizyta Trumpa – czerwone dywany i toasty na jego cześć, jego deklaracje poparcia dla sojuszników, jak Japonia czy Korea Południowa – była symbolicznym potwierdzeniem obecności i zaangażowania USA w regionie zachodniego Pacyfiku, co liczy się jako przeciwwaga dla rosnącej i niekiedy agresywnej potęgi Chin. Ale w dziedzinie konkretów trudno raczej mówić o sukcesach.

Po co Donald Trump udał się do Azji?

Waszyngton usiłuje skłonić Chiny do wywarcia nacisku na Koreę Północną, aby zrezygnowała ze zbrojeń nuklearnych, i od dawna je przekonuje do szerszego otwarcia rynku dla amerykańskich towarów i inwestycji. W czasie wizyty w Pekinie Trump okazywał ogromny respekt Xi Jinpingowi i obsypywał go komplementami, ale w rozmowie z nim najwyraźniej niewiele udało mu się osiągnąć.

Chińczycy zgodzili się na ostrzejsze restrykcje finansowe przeciw Pjongjangowi, ale odmawiają zastosowania najskuteczniejszych sankcji – wstrzymania dostaw ropy naftowej. A sprawy chińskich barier protekcjonistycznych Trump w rozmowie z Xi w ogóle podobno nie poruszył. Z drugiej strony trudno było oczekiwać, że Chiny w tych kwestiach ustąpią.

Na spotkaniach z przywódcami Wietnamu i Filipin Trump proponował mediację w rozwiązywaniu ich konfliktów terytorialnych z Pekinem, który przejmuje kontrolę nad spornymi wodami Morza Południowochińskiego. Ale sąsiedzi Chin coraz mniej mają ochotę z nimi zadzierać i prezydent Filipin Rodrigo Duterte wprost odrzucił amerykańską ofertę. Duerte zresztą dobrze rozumie się z Trumpem, który w odróżnieniu od Baracka Obamy pobłażliwie traktuje jego brutalne metody rządzenia.

W czasie podróży Trump operował pojęciem „strefy Indo-Pacyfiku”, które ma podkreślać sojusz w trójkącie demokratycznych państw USA-Japonia-Indie i podkreślać, że USA nie wejdą w układy z Chinami kosztem ich azjatyckich sąsiadów. Dla nich jednak przesłanie to brzmi dość pusto, ponieważ Trump wycofał USA z układu TPP (partnerstwo ekonomiczne państw rejonu Pacyfiku), który miał wytyczać liberalne reguły handlu i byłby ekonomicznym wzmocnieniem geopolitycznych więzi Ameryki z Azją, a w czasie azjatyckiej podróży krytykował wszelkie wielostronne układy o wolnym handlu. Po wycofaniu się USA z TPP ich miejsce w układzie gotowe są zająć Chiny.

Może to rzeczywiście sygnał, iż Ameryka pod wodzą Trumpa wyrzeka się przywództwa w Azji i dobrowolnie oddaje je Chinom. Może prezydentowi wystarczy, że korzystnie sprzeda tamtejszym krajom kolejną partię amerykańskiej broni.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną