Świat

Wolność, Równość, Uwodzenie

Francuska wersja akcji #MeToo

„Wolność, równość, siostrzeństwo” – francuska demonstrantka w stroju Marianny podczas Międzynarodowego Dnia Przeciwko Przemocy Wobec Kobiet w Paryżu „Wolność, równość, siostrzeństwo” – francuska demonstrantka w stroju Marianny podczas Międzynarodowego Dnia Przeciwko Przemocy Wobec Kobiet w Paryżu Christophe Petit Tesson/EPA / PAP
Francuska wersja akcji #MeToo przeciwko przemocy seksualnej zderzyła się z lokalną reakcją. Nie dajmy się zwariować jak Amerykanki – napisało ponad sto znanych Francuzek.
Współcześnie nie ma chyba lepszego opisu różnic dzielących – w sprawach seksu – Amerykanów i Francuzów niż książka Elaine Sciolino „La Seduction. How the French Play the Game of Life” (Uwodzenie. Jak Francuzi grają w grę życia).materiały prasowe Współcześnie nie ma chyba lepszego opisu różnic dzielących – w sprawach seksu – Amerykanów i Francuzów niż książka Elaine Sciolino „La Seduction. How the French Play the Game of Life” (Uwodzenie. Jak Francuzi grają w grę życia).

Afera Harveya Weinsteina i amerykański ruch #MeToo przeniósł się do Francji jako #balancetonporc, czyli „wywal” albo „zadenuncjuj swoją świnię”. Aktorka Isabelle Adjani, choć sama nie była ofiarą molestowania, jako pierwsza napiętnowała milczenie francuskiego środowiska aktorskiego. Dominuje w nim przekonanie, że aktorka musi iść do łóżka, jeśli chce zrobić karierę. Że to całkiem naturalne, że daje trochę, aby zdobyć dużo. W końcu jednak rozwiązały się języki. Nawet żona prezydenta Macrona Brigitte wezwała kobiety, by dzieliły się złymi doświadczeniami.

Ale była też kontra. Dość nieoczekiwanie ponad sto kobiet podpisało we Francji apel idący w poprzek ruchu #balancetonporc. Owszem, gwałt jest oczywiście przestępstwem – pisały autorki – ale przecież podrywanie, nawet niezręczne, występkiem nie jest, a galanteria wobec kobiet nie musi stanowić maczystowskiej agresji. Ochrona kobiet nie powinna więc zamykać ich w roli wiecznej ofiary. Feminizm nie może przybierać postaci nienawiści do mężczyzn i seksualności w ogóle.

Te sto kobiet wystąpiło również w obronie wolności artystycznej. Twierdzą, że gorączka wywołana aferami w Ameryce służy wrogom wolności seksualnej, ekstremistom religijnym i samozwańczym cenzorom. Autorki apelu podkreślają, że już dziś część producentów i wydawców domaga się, by postacie męskie były mniej seksistowskie, poruszanie problemów seksualności czy miłości w publicystyce mniej nachalne, a także by jakoś uwypuklać traumę doświadczaną przez postacie kobiece.

Apel stu być może przemknąłby bez echa, gdyby nie fakt, że podpisała go ikona Francji, aktorka Catherine Deneuve. Dziennik „Le Monde” natychmiast zamieścił go na pierwszej stronie, co nadało mu światowy rozgłos, w tym i dodatkowe wątpliwości związane z najistotniejszym chyba dla kariery aktorki filmem, arcydziełem Luisa Buńuela „Belle de Jour”.

Deneuve grała w nim perwersyjną bohaterkę. Zamożna, młoda i piękna mężatka postanawia dobrowolnie służyć w luksusowym burdelu – tylko za dnia, stąd tytuł „Piękność dnia”. Poza tym prowadzi normalne życie bogatej żony. Bywa więc dorywczo prostytutką i to w wydaniu najbardziej dziś obrażającym wszelki feminizm: pozwala się skrajnie upokarzać, nie tylko kneblować i gwałcić, ale i obrzucać błotem po twarzy. Nawet jeśli przyjąć interpretacje, że film Buńuela, nagrodzony Złotym Lwem w Wenecji w 1967 r., jest oniryczny czy surrealistyczny, to pytanie, czy dziś film taki by w ogóle powstał.

Apel jednak spotkał się z oburzeniem jako złamanie solidarności kobiet i bagatelizowanie problemu przemocy seksualnej. Część publicystów twierdzi, że autorki korzystają ze swej uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie, bo na pewno nic im nie grozi, zamiast stanąć w obronie zwykłych kobiet padających ofiarami przemocy. Deneuve broni się przed zarzutami. „Zarzucają mi, że nie jestem feministką – napisała w liście do prasy – a przypominam, że jestem jedną z »343 dziwek«, które podpisały manifest »Sama poddałam się aborcji«”.

W kontekście dzisiejszych manifestacji w Polsce warto przypomnieć o tym manifeście: w 1971 r. duża grupa znanych kobiet – w tym pisarki Françoise Sagan (od „Witaj Smutku”) i Marguerite Duras – podpisały manifest z publicznym przyznaniem się do aborcji. Przerywanie ciąży było wówczas we Francji zakazane, a „dziwki” żądały jej legalizacji, dostępu do środków antykoncepcyjnych, wskazywały przemilczany wówczas fakt, że milion Francuzek corocznie przeprowadza zabiegi potajemnie i często w niebezpiecznych warunkach. Inicjatorką apelu była Simone Veil, jedna z pierwszych kobiet, która weszła do świata polityki i która, jako minister zdrowia, doprowadziła do legalizacji przerywania ciąży we Francji w trzy lata po tym głośnym apelu „dziwek”.

Róbmy miłość

Ten głośny spór wokół francuskiej wersji akcji #MeToo przypomina też, jak odmienne jest podejście kobiet do miłości i seksu w Ameryce i we Francji. Sprawa ma długą tradycję, bo jeszcze Simone de Beauvoir, autorka klasycznej pozycji feminizmu „Druga płeć”, w relacji ze swej powojennej podróży do USA pisała, że Amerykanki odnoszą się z pogardą do Francuzek jako kobiet umizgujących się do swych mężczyzn i gorliwie spełniających ich zachcianki. Filozofka wyczuwała w Ameryce jakąś barierę między mężczyznami i kobietami, które zmysłowość akceptowały tylko w kategoriach racjonalnych, co miało być dowodem słabości i braku romantyzmu.

Współcześnie nie ma chyba lepszego opisu różnic dzielących – w sprawach seksu – Amerykanów i Francuzów niż książka Elaine Sciolino „La Seduction. How the French Play the Game of Life” (Uwodzenie. Jak Francuzi grają w grę życia). Sciolino, Amerykanka, mieszkała i pracowała we Francji wiele lat jako korespondentka „Newsweeka”, potem szefowa biura „New York Timesa”, i szybko doszła do wniosku, że dewiza Francji powinna w istocie brzmieć: „Wolność, Równość, Uwodzenie”, gdyż to ostatnie, głęboko zakorzenione we francuskiej kulturze, jest czymś w rodzaju nieoficjalnej ideologii przesiąkającej styl, literaturę, modę, maniery i oczywiście obyczaje seksualne. Jak również politykę: Francja jest podręcznikowym przykładem soft power, zdolności wpływu na inne kraje perswazją w odróżnieniu od amerykańskiej brutalnej siły fizycznej.

Amerykanin w Paryżu to przeważnie turysta doceniający urok miasta, kuchnię i wino, troskę o styl i ubiór na ulicy. Z kolei Francuzi uważają Amerykanów za nieokrzesanych prostaków w erotyce i seksie – ludzi, którzy koncentrują się na wydolności, higienie i technicznych usprawnieniach, zamiast na romansie i poezji uwodzenia. Viagra, chirurgia kosmetyczna i „Seks w wielkim mieście” – to wszystko import z Ameryki.

Filozof Pascal Bruckner opisywał seks jako emblemat francuskiej wyższości kulturalnej nad USA. Amerykanie mówią Let’s have sex, a Francuzi Faisons l’amour (dosł. róbmy miłość) i różnica nie jest, zdaniem filozofa, tylko semantyczna. To dwie wizje świata, po jednej stronie zwierzęcość, po drugiej rytuał i romantyczność. Sciolino w swojej książce nie twierdzi, że francuski kochanek jest lepszy niż amerykański, ale przypuszcza, że właśnie dlatego, że seks jest tak biologiczny czy nawet prostacki, to Francuzi starają się upiększyć i zromantyzować wszystko to, co przed nim, i to, co po nim. „Nawet podróż po schodach do przygodnego pokoju hotelowego i z powrotem przekształcają w sztukę” – pisze.

Już na początku pobytu Sciolino z lekkim oburzeniem, może udawanym, wysłuchuje ostrzeżenia francuskiej modelki, że dziennikarka, mimo że już zamężna, nie może pisać o uwodzeniu, modzie, polityce i pięknie – bez francuskiego kochanka. Należy jak najprędzej zainwestować w nową fryzurę, ciuchy, odwiedzić dla przyjemności turecką łaźnię i potem zasiąść w paryskiej kawiarni: coś się zaraz wydarzy. Sciolino reaguje też z ogromnym zdziwieniem na opinie Francuzek, które przekonują, że jak murarz z rusztowania gwiżdże za nimi na ulicy, to należy czerpać satysfakcję z publicznego uznania dla własnej figury.

Obraz nakreślony w książce Sciolino, choć napisanej niedawno, z dzisiejszej perspektywy wydaje się już fałszywy. Właśnie zachowania w miejscach publicznych na długo przed całą aferą Weinsteina stały się tematem rządowej kampanii plakatów. Na nich, niczym mapę kolejnych przystanków metra, przedstawiono kolejne komentarze agresora: „Panienko!”, „Jest pani urocza”, „To dla mnie ta mini?”, „Wiesz, że jesteś ładna?”, „Chcę cię objąć”, „Odpowiedz, suko”. Plakat kończy się przystankiem: „Stop, dość. Codzienność kobiet nie może tak wyglądać. Nie zwlekajmy z reakcją wobec molestowania”.

Dziś rząd francuski – za sprawą prezydenta Macrona – poszedł jeszcze dalej. Za dwa miesiące ma być gotowa ustawa z całym instrumentarium prawnym do walki z przemocą seksualną, w tym z agresją wobec kobiet na ulicy. Okazuje się bowiem, że aż 86 proc. Francuzek i Francuzów uważa, że władze publiczne powinny ukrócić podrywanie na ulicy – nie mówiąc już o chamskim przyciskaniu czy obmacywaniu kobiet w metrze.

Rozstanie z mitem

Główną postacią frontu walki o prawa kobiet jest Marlène Schiappa, najmłodsza członkini gabinetu, 35-letnia minister ds. równości kobiet i mężczyzn. Prowadzi blog, w którym wskazuje na francuskie paradoksy. Według niej Francja z jednej strony jest ojczyzną wspomnianej Simone de Beauvoir i „Drugiej płci”, a z drugiej kwitnie stereotyp francuskiego kochanka – wyrafinowanego mężczyzny, podobno najlepiej zaspokajającego marzenia kobiet. Podrywanie na ulicy Schiappa uważa za prawdziwą plagę i chce zwalczyć wyrażany czasem przez mężczyzn pogląd, że chodzi o francuski czar i dobrą zabawę.

Jeszcze w 2012 r. Schiappa starła się w publicznej debacie z Marine Le Pen, która wówczas protestowała przeciw finansowaniu aborcji z budżetu państwa, bo Francuzki przeprowadzają aborcję „dla wygody”, czasem po kilkanaście razy w roku. Schiappa na to ripostuje, że francuska skrajna prawica znana jest w Europie z rasizmu i ksenofobii, a mniej z mizoginii, po prostu wrogości do kobiet. Minister w swoim blogu zwalcza także francuskie mity obyczajowe, funkcjonujące też za granicą, jakoby Francuzki z zasady nie tyły, niemowlęta nie sprawiały kłopotu bezsennymi nocami, a dzieci w restauracjach przestrzegały etykiety.

Nie da się ukryć, że feminizm we Francji zmienia obyczajowość. Sztuka uwodzenia ciągle niby opiera się na starym przysłowiu – l’homme propose et la femme dispose, mężczyzna proponuje, kobieta decyduje. Ale widać też, że zbyt wielu Francuzów wciąż nie może się rozstać z mitem romantycznego kochanka. A wielu Francuzkom w tym układzie już dawno przestała odpowiadać rola zwierzyny łownej.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną