Świat

Gorączka zioła

Czy Amerykę czeka wojna o marihuanę?

West Hollywood w Kalifornii – już pierwszego dnia legalnej sprzedaży marihuany przed wyznaczonymi do tego sklepami ustawiły się kolejki. West Hollywood w Kalifornii – już pierwszego dnia legalnej sprzedaży marihuany przed wyznaczonymi do tego sklepami ustawiły się kolejki. Christina House/Los Angeles Times / Getty Images
Od Nowego Roku w Kalifornii każdy może legalnie kupić marihuanę. Ale na szczeblu federalnym jest to nadal nielegalne. Czy Amerykę czeka wojna o trawkę?
Dziś rekreacyjna marihuana jest legalna już w ośmiu stanach i okręgu stołecznym Waszyngton.Chmee 2/Wikipedia Dziś rekreacyjna marihuana jest legalna już w ośmiu stanach i okręgu stołecznym Waszyngton.

Artykuł w wersji audio

Berkeley, stan Kalifornia. Kiedyś wykładał tu Czesław Miłosz, a zbuntowana młodzież okupowała uniwersytet i walczyła o park z deweloperami. Teraz znów dzieje się tu społeczna historia Ameryki. Przed sklepem z marihuaną przy alei San Pablo stoi kolejka. Ludzie w różnym wieku, różnego koloru skóry, różnego statusu społecznego. Z drogiego czerwonego auta wysiada azjatycka para: dorosły syn z mocno starszą matką. Dołączają.

Kolejka jest w dobrym humorze. Posuwa się szybko. W drzwiach wejściowych uśmiechnięty Afroamerykanin prosi o okazanie dokumentu tożsamości. Żeby wejść do środka, trzeba mieć co najmniej 21 lat. Potem klienci ustawiają się w drugiej kolejce: do lady.

Konkretny produkt można wybrać wcześniej, na monitorze, zaraz za wejściem. Można też przy ladzie, gdzie obsługa odpowie na pytania. Klienci medyczni stoją w osobnej kolejce, ale muszą przedstawić kartę kalifornijskiego Departamentu Zdrowia Publicznego lub zaświadczenie lekarskie. Klienci komercyjni też wiedzą, po co przyszli. Wielu z nich jeszcze przed wejściem do sklepu dzieli się wspomnieniami sprzed „uwolnienia konopi”. Teraz chętnie zapłacą 15 dol. za legalnego skręta.

Zielona żyła złota

Zmiana nastawienia – a w konsekwencji też prawa – zabrała zwolennikom pełnej legalizacji obrotu marihuaną długie lata. Argumentowali, że chodzi nie tylko o wolny handel, ale też o poszerzenie swobód obywatelskich i poprawę poziomu opieki zdrowotnej. W listopadzie 2016 r. cel osiągnęli. W stanowym referendum obywatele Kalifornii przyjęli propozycję nr 64, aby zioło i jego uprawę zdepenalizować i zezwolić na komercyjną sprzedaż marihuany osobom w wieku co najmniej 21 lat. To prawo weszło w życie z Nowym Rokiem. Sprzedaż ruszyła i w już działających „punktach medycznych”, takich jak ten w Berkeley, i w ponad 60 sklepach, które uzyskały licencję stanową i lokalną.

Wymóg licencji oznacza również, że w wielu miejscowościach Kalifornii marihuany nadal nie da się legalnie kupić, bo nie ma licencjonowanego sklepu lub zgody lokalnych władz. I może wcale jej nie być, bo niektóre samorządy już zapowiedziały, że nie są chętne do jej udzielania. Są jednak i takie miejsca, gdzie lokalni politycy zameldowali się przed sklepem z marihuaną jako pierwsi. Czy to jako klienci, czy łowcy głosów, czy w końcu w trosce o przychody lokalnego budżetu.

Bo to przecież zielona żyła złota: na poziomie stanowym kupujący produkty z marihuany zapłacą 15-procentową akcyzę. Na poziomie lokalnym mogą zapłacić dodatkowo. Na przykład w sąsiadującym z Berkeley Oakland podatek konopiany może ostatecznie przekroczyć nawet 34 proc. W sumie szacuje się, że do kasy stanowej będzie wpływać około miliarda dolarów rocznie, a może więcej. Ale nowa branża się nie przejmuje i przewiduje, że wygeneruje nie tylko miejsca pracy, ale i przychody z konopianej turystyki.

Wcześniej już zdepenalizowano w Kalifornii posiadanie do jednej uncji marihuany (30 g) na użytek własny. Zezwolono na jej przekazanie lub podarowanie innej osobie, a także na posiadanie do 8 g ekstraktu lub ciasteczek i innych produktów z marihuaną oraz na prywatną uprawę do sześciu krzaczków. Teraz przyszedł przełom komercyjny. Limity są podobne, ale ziołem można już legalnie handlować. Nie zanosi się natomiast na obniżenie progu wiekowego do 18 lat, bo w Kalifornii prawo zakazuje sprzedawać osobom poniżej 21 lat alkoholu, więc byłaby to prawna niekonsekwencja, łatwa do zaskarżenia. Zresztą władze stanowe już zapowiadają, że prowadzenie samochodu pod wpływem marihuany będzie tak samo surowo karane jak po alkoholu.

Ten temat wraca zresztą w tutejszej debacie o społecznych skutkach obecnej „gorączki zioła”. To aluzja do gorączki złota, która w połowie XIX w. spowodowała masowy napływ poszukiwaczy do rejonu San Francisco, wielkie ożywienie gospodarcze i postępy cywilizacyjne, ale też masę kłopotów. Niepokój budzą zwłaszcza „upaleni” kierowcy czy pracownicy. W wigilię Bożego Narodzenia samochód prowadzony przez młodego niedowidzącego mężczyznę wpadł z impetem na wóz policji. Zginął funkcjonariusz, który za kilka godzin miał skończyć służbę i zabrać się do otwierania z własnymi dziećmi świątecznych prezentów. Kierowca był pod wpływem alkoholu i marihuany. Przeżył.

Z jednej tragedii nie można oczywiście wyciągać radykalnych wniosków – przekonują zwolennicy marihuany komercyjnej. Przecież jazda po pijanemu powoduje więcej wypadków. A co z ofiarami powszechnego dostępu do broni palnej? W studiach telewizyjnych zatroskani rodzice zastanawiają się jednak, jak chronić pociechy przed ciasteczkiem z dodatkiem zioła, które mogą im podsunąć obcy. W sporach sięga się nawet po raporty weterynaryjne z północnej Kalifornii. Wynika z nich, że chemikalia używane przez hodowców marihuany w walce ze szczurami trują i zabijają sowy, są roznoszone przez inne gryzonie, naruszają równowagę ekologiczną.

Do tych niepokojów dochodzą również bardziej tradycyjne: że wciąż nie ma solidnych dowodów naukowych na to, że marihuana pomaga walczyć z rakiem czy innymi ciężkimi chorobami – to upublicznione i od lat niezmienne stanowisko państwowych agencji, nadzorujących leki wprowadzane na rynek. Marihuana pozostaje na oficjalnej liście groźnych substancji o działaniu narkotycznym. Ma to konsekwencje prawne i ekonomiczne. Na przykład zakaz kredytowania konopianych biznesów na poziomie federalnym.

Dobrzy ludzie nie palą

Kalifornijskie sny o potędze związane z masową legalną produkcją i dystrybucją marihuany mogą się zatem nie ziścić. Póki Kongres USA nie postanowi inaczej, marihuana pozostaje federalnie nielegalna. I w tym sensie jest to sprawa do rdzenia polityczna. Na początku stycznia prokurator generalny USA Jeff Sessions ogłosił, że inaczej niż w epoce Obamy, prokuratorzy muszą teraz energicznie egzekwować prawo federalne dotyczące marihuany. Krytyczne wobec Białego Domu media nazwały to już zresztą „nową krucjatą przeciwko marihuanie”.

Za czasów Obamy marihuana też była traktowana jako nielegalna. Jednak w stanach przychylnych depenalizacji prokuratorzy federalni mogli wstrzymać się od ścigania. W zasadzie jednak nie zmieniono generalnych zasad. W memorandum z 2013 r. prokuratura wylicza cele: walka z dystrybucją marihuany wśród niepełnoletnich, z finansowaniem z zysków z jej sprzedaży zorganizowanej przestępczości, z dystrybucją poza stanami, w których jest legalna, z prowadzeniem pojazdów po jej spożyciu, z uprawą na terenach publicznych, z posiadaniem i używaniem na terenie obiektów federalnych.

Dziś rekreacyjna marihuana jest legalna już w ośmiu stanach i okręgu stołecznym Waszyngton. Rośnie też społeczne poparcie dla jej legalności w każdej formie. Za legalną marihuaną medyczną w październiku opowiadało się 95 proc. obywateli, za legalną komercyjną – 64 proc., co jest najwyższym wynikiem na przestrzeni półwiecza.

Na oświadczenie Sessionsa, znanego od lat z walki z konopiami (zasłynął powiedzeniem, że „dobrzy ludzie nie palą trawki”), zareagował natychmiast zainteresowany segment biznesu. Wartość akcji firm żyjących z marihuany spadła, inwestorzy wstrzymali pieniądze, trudno bowiem prowadzić biznes w takich warunkach. A przecież sam prezydent Donald Trump jeszcze podczas kampanii wyborczej w 2016 r. podkreślił, że sprawa marihuany to w jego ocenie kwestia praw stanowych.

Prokurator generalny stanu Kalifornia Xavier Becerra, związany z Partią Demokratyczną, nie ma wątpliwości, że Sessions chce wojny narkotykowej: „Nieudolnej, kosztownej i rasowo dyskryminacyjnej [to aluzja do statystyk, z których wynika, że białym wykształconym i zamożnym łatwiej się wybronić od kar za marihuanę niż czarnym – red.]. Kalifornia wykorzysta wszystkie dostępne prawne środki, by chronić swoje reformy i prawa”.

Krytycy wolty prawnej Sessionsa podkreślają jej potencjalnie opłakane skutki ekonomiczne. W Kalifornii na przykład reaktywacja wojny z ziołem zmniejszyłaby nie tylko wpływy do budżetu stanowego, ale też podcięła skrzydła ludziom biznesu. Ten najludniejszy stan USA dostarcza Amerykanom jednej trzeciej warzyw i dwóch trzecich owoców. Dlatego inwestorzy i producenci szacują, że Kalifornia w przypadku legalnej marihuany mogłaby być potentatem nawet z 50-procentowym udziałem w całym amerykańskim rynku (miała 80 proc. rynku nielegalnego).

Nie brakuje więc i optymistów, zwłaszcza wśród weteranów branży. Jeden z nich, reprezentujący ok. 1,5 tys. firm Aaron Smith, mówi regionalnemu dziennikowi „The San Francisco Chronicle”, że biznes rozwijał się przez cały czas, także wtedy, gdy był nielegalny. A szczególnie za prezydenta Busha juniora, gdy „walczono z nim przy użyciu sił specjalnych i zarzutów prokuratorskich niemal co tydzień”.

Gdyby Trump wrócił do wojny z marihuaną, nie tylko przekreśliłby nadzieje legalnego biznesu, ale też odrodziłby czarny rynek kontrolowany przez przestępców. Nie chcą tego oczywiście ani przedsiębiorcy, ani lewicowi liderzy opinii. Przypominają, że dziś już 20 proc. Amerykanów mieszka w stanach, gdzie marihuana jest całkowicie legalna, a w ponad połowie stanów można ją stosować w medycynie. Cofanie wskazówek zegara w tej dziedzinie może się skończyć chaosem i powrotem kryminalistów. Na dodatek polityka Sessionsa-Trumpa i tu napotka opór, tak jak stało się w sprawie imigrantów. Ignoruje bowiem rzeczywistość: ludzie akceptują dopuszczenie marihuany do legalnego obrotu i użytku na określonych zasadach.

Zwolennicy wolnych konopi uważają, że Sessions dobrze o tym wie. I ostatecznie wyciągnie praktyczne wnioski. Tzn. pozostawi wolną rękę swoim podwładnym, lepiej zorientowanym w lokalnych realiach. „Prokurator generalny zaczyna wojnę, której nie może i nie powinien wygrać” – podsumowuje w komentarzu redakcyjnym „The San Francisco Chronicle”.

Adam Szostkiewicz z Berkeley

Polityka 4.2018 (3145) z dnia 23.01.2018; Świat; s. 52
Oryginalny tytuł tekstu: "Gorączka zioła"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Fotoreportaże

Urok małych liczb. Najlepsze polskie apartamentowce

Zamiast balkonów na długość stopy i niedoświetlonych parapetów są szerokie tarasy i wielkie okna, zamiast anonimowości – przestrzenie, które sprzyjają spotkaniom z sąsiadami. Najlepsze polskie apartamentowce mają mało mieszkań, wyjątkową architekturę i położenie. Niestety, kameralne wciąż znaczy rzadkie i ekskluzywne.

Marta Polny
28.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną