Świat

Plecami do Ukrainy

Coraz gorsze relacje polsko-ukraińskie

Po polskiej, jak i po ukraińskiej stronie są poważne siły polityczne, które chciałyby zantagonizować Polaków i Ukraińców. Po polskiej, jak i po ukraińskiej stronie są poważne siły polityczne, które chciałyby zantagonizować Polaków i Ukraińców. Wojciech Zatwarnicki / Reporter
Nowelizacja ustawy o IPN będzie miała dla nas znacznie gorsze konsekwencje niż dyplomatyczna kłótnia z Izraelem. To zgubna próba odwrócenia całej polskiej polityki zagranicznej.
Pomnik w Gliwicach upamiętniający rzeź wołyńską.Maciej Jarzębiński/Forum Pomnik w Gliwicach upamiętniający rzeź wołyńską.

Przykładów nazywania obozów śmierci „polskimi” jest w gruncie rzeczy nie tak dużo, jak się powszechnie uważa. W poważnych mediach – nie więcej niż sto globalnie w ciągu roku. Z czego zapewne znaczna część to wynik próby geograficznego usytuowania obozów. Zuchwałe posądzanie Polski o zbrodnie drugiej wojny światowej to w rzeczywistości w debacie publicznej margines. Problem więc jest, ale nie na skalę, jaką mu się dzisiaj przypisuje.

Zresztą nowelizacja ustawy o IPN nie była traktowana jako pilna. Świadczy o tym fakt, że przeleżała w parlamentarnej zamrażarce wiele miesięcy. Faktyczną motywacją do jej przyjęcia był, jak się wydaje, kryzys wizerunkowy spowodowany reportażem TVN o neonazistach. Niestety, chęć przykrycia jednego tematu drugim przyniosła rządowi, ale i Polsce lawinę problemów.

Rzeczywiste skutki „ukraińskiej części” noweli będą trzy: ostateczny rozpad kompromisu wokół polityki wschodniej w Polsce, wprowadzenie politycznych relacji polsko-ukraińskich w stan hibernacji. A strategicznie – zmiana układu sił w Europie Środkowej: wzmocnienie roli Niemiec, osłabienie Polski w oczach Anglosasów. I w końcu dalsze zmniejszenie naszych zdolności koalicyjnych w regionie.

Sympatia nie wystarczy

W reakcji na obecny kryzys potwierdziły się dwa polskie podejścia do spraw wschodnich. Pierwsze, niepodległościowe, korzeniami sięga jeszcze okresu międzywojennego, a współcześnie najczęściej kojarzone jest z Jerzym Giedroyciem. Skojarzenie z redaktorem z Paryża to pewne uproszczenie – podejście to bowiem równie mocno osadzone jest w myśli Jana Pawła II. Jego podróż do Polski w 1991 r. była jednym wielkim wołaniem o zamknięcie historycznych sporów.

Ten głos Wojtyły dominował w III RP: w jego duchu działali kolejni prezydenci Polski, szczególnie Aleksander Kwaśniewski, Lech Kaczyński i Bronisław Komorowski. Papieskie spojrzenie na Wschód jeszcze do niedawna łączyło więc najważniejsze siły polityczne w Polsce. Nierzadko, co pokazały wydarzenia 2014 r., było ostatnim lepiszczem polskiej polityki – dla wsparcia ukraińskiej niepodległości możliwe było nawet publiczne spotkanie Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska na euromajdanie.

Kompromis w polityce wschodniej był jednym z niewielu przykładów, które pokazują, jak sowita potrafi być nagroda za polityczną współpracę. Polska polityka na Wschodzie odniosła w latach III RP sukces. Ukraińcy od kilku lat wskazują Polaków jako naród na pierwszym miejscu swoich sympatii. Polska nigdzie na kuli ziemskiej nie ma takich notowań i trudno powiedzieć, czy będzie miała kiedykolwiek w przyszłości.

Sympatia Ukraińców do Polaków to jednak nie wszystko. Statystyki pokazują wzrost eksportu na Ukrainę, wzrost liczby mieszanych małżeństw polsko-ukraińskich itd. Dodatkowo milion Ukraińców pracujących w Polsce to najlepszy przykład polskiego soft power. Jeśli ktoś wybiera jakiś kraj na miejsce pobytu, to niechybny znak, że uważa ów kraj za przyjazny i odpowiedni do życia. Analizując statystykę przyjazdów, można postawić tezę, że po 1989 r. z wszystkich sąsiadów udało nam się przekonać do siebie tylko Ukraińców.

Jednolity front w sprawach ukraińskich przez lata tworzyły polskie środowiska od Solidarności, Lecha Kaczyńskiego i „Gazety Polskiej”, poprzez Aleksandra Kwaśniewskiego, po „Gazetę Wyborczą”. Na marginesie Giedroyciowego podejścia były tylko niektóre środowiska postkomunistyczne i PSL – które koncentrowały się na krytyce polityki historycznej Ukrainy i przenosiły punkt ciężkości wzajemnych stosunków na z natury drażliwe sprawy historyczne. Ich argumentacja odwoływała się głównie do kwestii renesansu kultu UPA na Ukrainie w fałszywych proporcjach, tak jakby było to zjawisko dominujące, a w intencjach najczęściej antypolskie.

W obecnej zmianie w relacjach z Ukrainą, której wyrazem były poprawki do ustawy o IPN, nie chodzi więc o żaden błąd i konieczność korekty. W sensie geopolitycznym Giedroyc jest aktualny jak nigdy dotąd.

Paradygmat polityki wschodniej

Naprzeciw tej starej, skutecznej, ale „nudnej” polityki część środowisk prawicy od pewnego czasu dąży do rewizji relacji z Ukrainą. Często idzie to w parze z mniej lub bardziej otwartą krytyką USA i UE, a czasami z nawoływaniem do porozumienia z Rosją. Uwerturą do tej operacji „zmiany sojuszy” jest jednak fałszywa diagnoza. Teza, że „Giedroyc poniósł klęskę”, jest konsekwencją tego, że z całej gamy spraw polsko-ukraińskich wybiera się tylko jeden aspekt: fakt, że część Ukraińców uważa za bohaterów liderów swego ruchu nacjonalistycznego.

Nie da się tego zrozumieć bez kontekstu polskiej polityki wewnętrznej i rywalizacji pomiędzy PiS i drobnicą na skrajnej prawicy. Mniejsze środowiska popierające rząd: nacjonaliści, Kukiz’15 i inne, przedstawiają się jako wyraziciele opinii środowisk kresowych. Krytyka Giedroycia jest przy tym łatwa, bo poza grupą intelektualistów nikt w Polsce nie będzie bronił zmarłego redaktora z Maisons-Laffitte. Problem w tym, że krytyka naszej dotychczasowej polityki wschodniej to również krytyka Lecha Kaczyńskiego.

Na to odwagę mają nieliczni: właściwie tylko Kornel Morawiecki, ks. Tadeusz Isakiewcz-Zaleski i jeszcze kilka osób. Nie ma już jednak odważnego, który jest gotów powiedzieć, że zmiana paradygmatu polityki wschodniej III RP wymaga jeszcze jednej rozprawy intelektualnej – rozstania z Janem Pawłem II. Po stronie porozumienia z Ukrainą w zasadzie stoi też większość biskupów, bo podgrzewanie konfliktu musi z czasem podniecać konflikt wewnątrzkatolicki pomiędzy grekokatolikami a łacinnikami.

Warto też pamiętać o perspektywie historycznej. I tu nasuwa się pewne porównanie: choć kontekst opuszczenia „Wschodu” w polskim i niemieckim przypadku po drugiej wojnie był zupełnie inny, to są jednak podobieństwa. Niemcy mieli wielką literaturę rozrachunkową: Lenza i Grassa. Mają też doświadczenie wpływu ziomkostw na politykę Republiki. Ale to polska literatura miała znakomitszego i wcześniejszego od niemieckich pisarzy Czesława Miłosza i jego „Dolinę Issy” z 1955 r. Losy tej książki pokazują, jak ważna debata nas ominęła: była możliwa w pełni dopiero po wielu dekadach, gdy Polska odzyskała niepodległość. Polska debata o rozstaniu ze Wschodem za komunizmu była więc siłą rzeczy niepełna. A po 1989 r. już nikt nie miał na nią czasu lub wydawała się „przerobiona” na emigracji.

Tymczasem okazało się, że na sentymentach do dawnych stron rodzinnych, często już w trzecim i czwartym pokoleniu, można zbić sporo politycznego kapitału i konkurować z PiS o serca „spóźnionych Kresowian”. PiS wyczuwa tę operację własnych konkurentów z prawej strony. Ale jest bezradne i żeby nie tracić wyborców, zgadza się raz po raz na ustępstwa. Nowela ustawy o IPN w swej ukraińskiej części została uformowana właśnie w wyniku takiego procesu. Posłowie Kukiz’15 narzucili PiS zdumiewające poprawki, pełne błędów i niekonsekwencji, uderzających w tradycję II RP.

Polityczne ochłodzenie

Historycznie rzecz ujmując, są trzy motory uruchamiania emocji nacjonalistycznych w Polsce: antyniemieckość, antysemityzm i antyukraińskość. Nie chodzi o tanie porównania do lat 60., kiedy faktycznie w opinii publicznej działały te trzy elementy. Antysemityzm i antyukraińskość były widoczne jako sposoby mobilizacji już w okresie międzywojennym, a nawet za zaborów. Doszło więc do splotu nacjonalistycznych emocji oraz kresowych sentymentów. W istocie przecież do tego właśnie odwołują się przeciwnicy Giedroycia.

Symbolem tego myślenia jest włączenie do nowelizacji sformułowania „Małopolska Wschodnia”. Historycznie tereny te były województwami ruskim, bełskim, Galicją Wschodnią, województwami lwowskim, stanisławowskim i tarnopolskim, ale nie Małopolską Wschodnią. Nawet endecy podczas rozmów w Paryżu po pierwszej wojnie światowej nie posługiwali się tą nomenklaturą. Wschodnie ziemie II RP „Małopolską Wschodnią” były w II RP tylko dla tych polskich działaczy, którzy mieli intencję podkreślania etnicznie polskiego charakteru tego regionu i dezawuowania Ukraińców.

Używanie tego sformułowania dziś nasuwa skojarzenia z rewindykacją, ale już całkiem poza dyskusją jest, że Ukraińcy odczytują to jako akt protekcjonalnej i niechętnej polityki. Wyznaczanie w ustawie dziwacznej daty 1925 r., której nikt nie jest w stanie wyjaśnić, jako początku ścigania „nacjonalistów ukraińskich” (nawet prezydent Duda przyznał we wniosku do TK, że nie wiadomo, kogo posłowie mieli na myśli) rodzi podejrzenia o intelektualne niechlujstwo. Podobnie jak składanie przez członków polskiego rządu „wizyt we Lwowie”. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by wyobrazić sobie, jak byśmy reagowali na analogiczne „wizyty w Szczecinie” składane na najwyższym szczeblu.

Przy uchwalaniu tej noweli ostatecznie uformowało się również stronnictwo polskich ziomkostw – nowych Kresowian. Ma ono już dzisiaj swoje struktury, działaczy rozproszonych po kilku organizacjach i partiach, swoich posłów, swojego kapelana ks. Isakowicza-Zaleskiego, a także sprzyjające media. I wreszcie swoje polityczne cele: zmienić sojusze polityczne Polski. Przy czym może się pochwalić jakąś efektywnością.

Z punktu widzenia relacji polsko-ukraińskich oznacza to zamknięcie pewnego rozdziału. Trudno powiedzieć, na ile polityczne ochłodzenie przełoży się na kontakty międzyludzkie. Jedno jest pewne: dzisiaj – zarówno po polskiej, jak i po ukraińskiej stronie – są poważne siły polityczne, których celem jest antagonizowanie Polaków i Ukraińców. W Polsce uzyskały one wpływ na stanowienie prawa w Sejmie i poparcie znacznej części posłów PiS faktycznie wbrew politycznej tradycji kierownictwa partii. Kolejny etap mają więc za sobą.

Skutki strategiczne są tu jednak znacznie poważniejsze. Widać, że materializuje się marzenie litewskie, by to Litwa na arenie międzynarodowej przedstawiała się jako państwo reprezentujące interesy Ukrainy. Próżni po polskiej roli – rzecz jasna – Litwa nie wypełni, więc docelowo wzmocnią się relacje niemiecko-ukraińskie i prawdziwym adwokatem politycznym Kijowa może się okazać Berlin.

A my? Jednym z niepisanych warunków zaangażowania amerykańskiego w Europie Środkowej po 1989 r. było osłabienie nacjonalistycznych tendencji w państwach regionu. Doświadczenie USA jest jednoznaczne: to nacjonalizm zarówno polityczny, jak i gospodarczy doprowadził do drugiej wojny światowej. Polska uwikłana w spory historyczne z sąsiadami na Wschodzie: Rosją, Litwą i Ukrainą – niezależnie od tego, czy i w których sprawach ma rację – staje się w percepcji Amerykanów producentem problemów, a nie cennym partnerem, który może odgrywać porządkującą rolę.

Nie silna, ale też nie słaba

Naszą największą słabością może się okazać to, że nie docenimy wagi Ukrainy na arenie międzynarodowej. Nie jest ona zapewne tak silna, jak sądzi część optymistów na Ukrainie. Ale też nie jest tak słaba, jak uważają liczni polscy politycy.

W tym kontekście podstawowa polska cnota – stałość w polityce bezpieczeństwa – odchodzi wraz z załamaniem się kompromisu w polityce wschodniej do lamusa. Państwa nastawione na stałe sojusze zaliczą Polskę do tych partnerów, u których założenia polityki wobec sąsiadów zmieniają się potencjalnie po każdych wyborach. Warto pamiętać, jak bardzo Amerykanie wojskowo zaangażowali się na Ukrainie – trudno sobie wręcz wyobrazić, by łatwo się wycofali. Choćby dlatego, że byłaby to kapitulacja wobec Rosji.

Czy należy więc potępiać ludobójstwo na Wołyniu? Tak, ale wystarczy ochłonąć i wziąć do ręki „ukraińskie poprawki” do ustawy o IPN, by się przekonać, że nie o tamte wydarzenia chodzi. Nie zgadzają się ani przyjęte daty (1925–50), ani zarzuty, które maksymalnie rozwodniono – do tego stopnia, że właściwie na tym samym poziomie ustawiono zbrodnie wojenne w czasie drugiej wojny światowej co przykładowo napad na szkołę przed drugą wojną.

Można odczytywać te zapisy jako serię pomyłek. Można jednak czytać je także jako próbę odwrócenia całej polskiej polityki zagranicznej i szerzej zmiany układu sił w Europie Środkowej.

I tu dochodzimy do sprawy zasadniczej. Skutkiem zablokowania relacji polsko-ukraińskich będzie – jeśli ktoś w ostatniej chwili rzutem na taśmę nie odwróci skutków ustawy – ciche izolowanie Polski w regionie, co jest od dawna rosyjskim celem strategicznym: osłabienie Warszawy na tyle, by sama złożyła ofertę porozumienia na maksymalnie niekorzystnych dla siebie warunkach. Słaba z punktu widzenia Kremla Polska, skupiona na rozpamiętywaniu swej tragicznej historii, nie będzie mobilizować państw Unii, nie będzie w stanie walczyć z projektami takimi jak Nord Stream II ani namawiać USA do aktywności w regionie. Niezależnie od intencji trwa podmywanie relacji polsko-ukraińskich i jednocześnie rozrywanie ważnych więzów w regionie. Nie raz już w historii zgubiła nas w relacji ze wschodnimi sąsiadami nadmierna pewność siebie.

***

Autor jest adiunktem w ISP PAN i na Uniwersytecie Warszawskim, w latach 2006–07 był wiceszefem MSZ.

Polityka 8.2018 (3149) z dnia 20.02.2018; Świat; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Plecami do Ukrainy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną