Georges Mink o tym, jak się wykorzystuje historię do politycznej walki

Zwykła historia
Socjolog Georges Mink o złogach historycznej pamięci, które politycy z powodzeniem wykorzystują w bieżącej walce o władzę.
Rekonstrukcja jednej z potyczek powstania warszawskiego.
Maciej Łuczniewski/Reporter

Rekonstrukcja jednej z potyczek powstania warszawskiego.

„Prawidłowość jest taka, że po historię sięgają ci, którzy w realiach systemu są słabsi”.
Grażyna Myślińska/Forum

„Prawidłowość jest taka, że po historię sięgają ci, którzy w realiach systemu są słabsi”.

Georges Mink (ur. 1946) – socjolog, prezes International Council for Central and East Europeen Studies
Marcin Obara/PAP

Georges Mink (ur. 1946) – socjolog, prezes International Council for Central and East Europeen Studies

Jacek Żakowski: – Czy historia jest zła?
Georges Mink: – W jakim sensie?

To przez historię mamy konflikt z Niemcami o reparacje, z Ukrainą o Wołyń i Banderę, z USA, Izraelem, Żydami o udział w Zagładzie, z Rosją o półwiecze komunizmu. A jest też polsko-polska wojna o emerytury funkcjonariuszy PRL, pomniki, nazwy ulic, gwiazdki Kiszczaka i Hermaszewskiego.
Paul Valery pisał w 1931 r., że „historia jest najbardziej niebezpiecznym produktem, który stworzyła chemia intelektu”.

Bo?
Bo „upaja ludy, stwarza im fałszywe wspomnienia, powoduje przesadne reakcje, zaognia stare rany, burzy spokój, prowadzi je do delirium wielkości lub manii prześladowczej, wreszcie czyni narody rozgoryczonymi, z poczuciem wyższości, nieznośne i próżne”.

Wszystko o nas.
Nie tylko.

O nas jakby bardziej. Czy pana, jak Adama Zagajewskiego, też męczy ten historyczny mit polskiego „zamordowanego królestwa”, którego pamięci wciąż musimy bronić dużo bardziej gwałtownie niż inni?
W Paryżu mnie nie męczy. Ale obserwuję męki Polaków spowodowane działaniem mitu tworzącego polski sposób patrzenia na przeszłość. Przekonanie, że historia jest rzeczą niezwykłą.

A jest rzeczą zwykłą?
Naturalną. Coś się stało, należy to odnotować, zrozumieć, ile się da, i tyle. A nawet dobrzy polscy historycy wpadają w pułapkę nadzwyczajności historii.

Polskiej historii. Inni mają banalne historie.
To jest błąd. W Polsce często opisuje się różne zdarzenia jako polskie fenomeny, chociaż były częścią procesów globalnych.

„Geniusz Piłsudskiego”?
Oczywiście. Wiele krajów miało takie postaci. Podobnie powstania kończące się migracjami. Dla zachodnich elit Polska bywała przestrogą lub wzorem.

Konstytucja 3 maja?
O niej mało kto wiedział. Ale powstania styczniowe i kościuszkowskie fascynowały Zachód. Bo był w nich czynnik ludowy, rewolucyjny. Spekulowano, czy nam to może się stać. Na polskim przykładzie Marks i Engels oparli teorię „narodów ruin” i „narodów przyszłości”. Engels uważał Polaków za naród przyszłości. On i Marks widzieli w Polsce taran przeciw takim autokracjom jak Rosja.

Przedmurze?
Chrystus narodów. Marks uważał, że Polska przyspieszy upadek zachodniego porządku.

To się Jarosław Kaczyński ucieszy z takich korzeni swojej rewolucji.
Projekt Kaczyńskiego jest interpretowany jako historyczna regresja. Ale wpisuje się w obraz Polski jako matecznika wiecznego niepokoju na pograniczu Wschodu i Zachodu. Jednak ani Wolterowi, ani Rousseau nie przyszłoby do głowy, że Polacy mogą się od Zachodu odgradzać murem prowincjonalności.

W Europie mało jest miejsc tak tragicznych w XIX i XX w. jak Polska. Przez tragiczność losu te przechodzące z rodziców na dzieci zbiorowe tragedie przeszłości definiują polską politykę i percepcję świata chyba silniej niż współczesne sukcesy?
Zwłaszcza że polskie uczenie się historii jest bardziej skomplikowane niż polska historia. Tradycyjnie szkoła uczy jednego, a dom drugiego. Epidemia historyczna w Polsce z tego się między innymi bierze, że wiele osób chce tworzyć swoje historie Polski.

Gdy znika generacyjna, prywatna pamięć, bolesne przeżycie alienuje się w pamięć narodową. Przykładem jest Katyń. Pokolenie ofiar odeszło. Pokolenie dzieci odchodzi. To pozwala polityzować tragedię. Kto ma władzę, ten określa jej sens wedle swojej potrzeby. Katastrofę smoleńską można zamienić w Katyń 2. Przeszłość upamiętniona zastyga, tworząc coś w rodzaju kopalni, z której przy różnych koniunkturach można wykopywać rozmaite złogi, czyli warstwy symboliczne, związane z bolesną przeszłością.

Jak długo taki złóg przechowuje energię polityczną?
Belgowie chcieli wybić okolicznościowe euro z okazji dwusetnej rocznicy bitwy pod Waterloo. I musieli się z tego wycofać. Bo we Francji wybuchła afera, że to na cześć klęski Napoleona, więc przeciw Francuzom. Pamięć reaktywna po 200 latach okazała się mieć wciąż potężną energię. Takich złogów jest bezlik.

Żyjemy na beczce prochu?
Na złogach zła przykrytych warstwami poprawności, pogodzenia, krzątaniną. Na prośbę weteranów AK i mniejszości ukraińskiej powstała komisja historyków na wzór niemiecko-czeskiej, niemiecko-izraelskiej, izraelsko-palestyńskiej. Można było tworzyć polsko-ukraiński grunt pojednania. Ale politycy się zorientowali, że Wołyń to złóg politycznego złota. A kiedy na takim złogu politycy postawią kopalnię, to ona zamienia czystą polityczną energię w brudną. „Wołyń” Smarzowskiego w innych warunkach przeszedłby jako western.

Ricouer twierdził, że trzeba zapominać zło, bo to oznacza brak złego działania, które wyrasta na pamięci zła. Ale Ricouer się mylił. Zapomniane nie znika. Trafia do złogów. Niemców sudeckich usłyszano, gdy pojawił się polityczny interes, by ich słuchać.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną