Świat

MSZ wypisuje Polskę z ligi państw cywilizowanych

Minister Spraw Zagranicznych Jacek Czaputowicz Minister Spraw Zagranicznych Jacek Czaputowicz Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta
Polski MSZ odmówił przedłużenia akredytacji ukraińskiemu dziennikarzowi Igorowi Isayevowi. To drobny gest bez praktycznego znaczenia poza tym, że kompromituje państwo polskie.

Kilka dni temu Isayev opublikował na Facebooku pismo, które dostał z wydziału prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. „Szanowny Panie, w odpowiedzi na Pański wniosek o przedłużenie na 2018 rok akredytacji korespondenta zagranicznego w Polsce uprzejmie informuję, że akredytacja nie została przedłużona. Z poważaniem – Artur Lompart, dyrektor”.

Wypisujemy się z ligi państw cywilizowanych

Decyzję wydano bez podania uzasadnienia. Każde państwo na świecie ma prawo odmówić wydania tego typu dokumentu bez podawania przyczyn, ale te, które na to się decydują, jednocześnie wypisują się z ligi krajów cywilizowanych.

Żeby to zrozumieć, potrzebne jest wyjaśnienie, co w ogóle kryje się za tą bardzo poważnie brzmiącą nazwą. Otóż dziennikarz wyjeżdżający jako korespondent do obcego kraju występuje do lokalnego MSZ z prośbą o akredytację – i dostaje od niego dokument tę akredytację potwierdzający. Ten dokument jest dla niego jako obcokrajowca zatrudnionego w cudzoziemskiej firmie rodzajem potwierdzenia, że w ogóle gdzieś pracuje. Jest to też coś w rodzaju legitymacji prasowej.

W praktyce dokument ten przydaje się np. przy załatwianiu ubezpieczenia zdrowotnego, wynajmie mieszkania czy rejestrowaniu auta. Najmniej przydaje się dziennikarzowi do samej pracy, bo w demokratycznych krajach o utrwalonej kulturze wolności słowa legitymacje prasowe sprawdza się tylko od wielkiego dzwonu, zwykle też wystarcza zamiast niej paszport albo dowód osobisty.

Gdzie indziej akredytacje to formalność

Samo wydanie zaświadczenia o akredytacji jest czystą formalnością: dziennikarz składa wniosek zgodnie z panującymi w danym kraju regułami i po jakimś czasie odbiera dokument z fotografią. I koniec.

Przerabiałem to wielokrotnie w Pradze, gdzie przez sześć lat pracowałem jako korespondent „Gazety Wyborczej”. Przez cały ten czas pisywałem teksty o czeskim życiu politycznym lub gospodarczym. Bywałem złośliwy, nie szczędziłem jadowitych uwag czeskim politykom, często też cytowałem krytyczne opinie opozycji albo czeskich publicystów. Kilka razy urzędnicy czeskiego MSZ przy rozmaitych okazjach zahaczyli mnie o ten czy inny tekst, spotkałem się też z sugestiami, że jestem niesprawiedliwy czy też że zbyt surowo ich oceniam.

W prywatnej rozmowie jeden z ówczesnych premierów (obecnie nadal czynny w życiu politycznym kraju) zwyzywał mnie nawet od idiotów. Mimo chwilami wyraźnych objawów niezadowolenia nigdy – ani przez sekundę – nie miałem poczucia, że ktokolwiek czegokolwiek mi w Czechach zabroni albo że będzie mi próbował jakimiś administracyjnymi decyzjami utrudniać pracę. Nie było nawet próby straszenia tego typu konsekwencjami.

Nikt tak nie karze dziennikarzy

Ludzie, z którymi miałem do czynienia w czeskim MSZ, wprawdzie mieli swoje zdanie na temat prasowych publikacji, ale jednocześnie doskonale wiedzieli, że prasa jest wolna i taki dziki pomysł jak próba karania dziennikarza za to, że „nieładnie” pisze, zwyczajnie nie
przychodził im do głów. Każdego kolejnego roku akredytację wydawali mi tak, jakby szło o sprzedaż znaczka na poczcie.

I tak samo dzieje się w każdym kraju, którego rząd szanuje wolność słowa. Istnieje jednak także spora grupa krajów, które nie odmawiają sobie prób dyscyplinowania dziennikarzy decyzjami administracyjnymi – i do tej grupy właśnie dołączyła Polska.
Isayev mieszka u nas od dekady, pracuje dla rozmaitych pism, od dwóch lat dla gospodarczego tygodnika „Diełowaja Stolica”. W publicznych wypowiedziach dla polskich mediów nigdy nie krył swojego krytycyzmu wobec rządów PiS. Kiedy opublikował odmowne pismo z MSZ, wielbiciele partii rządzącej obsypali go wyzwiskami, z których „banderowiec” należało do najłagodniejszych.

Kto jest grzeczny, a kto niegrzeczny

Można się tylko domyślać, że podobne emocje kryją się za decyzją MSZ. Tyle że to jest kompletna dziecinada i żenująca amatorka. MSZ nic na tym nie wygra, bo przecież Isayev nadal będzie pracował i nie przeszkodzi mu w tym brak żadnego dokumentu. Jedyny efekt tej decyzji jest taki, że władze Polski raz jeszcze – na kolejnym drobnym przykładzie – pokazały, jak bardzo nie rozumieją standardów panujących w demokratycznym świecie.

Oto mamy na oficjalnym dokumencie poświadczone, że urzędnicy polskiego MSZ próbują dzielić dziennikarzy obcych mediów na grzecznych i niegrzecznych. Sama próba takiego dzielenia jest skandalem, ale to nie koniec kompromitacji: Ukraińcowi Isayevowi akredytacji odmówiono, bo „niegrzeczny”. Ale akredytacje dostali np. dziennikarze prokremlowskiej „Russia Today” – czyli to mają być ci „grzeczni”?

Jak każda głupia decyzja tępej, biurokratycznej machiny i ta skompromitowała się już w momencie, kiedy przyłożono pod nią urzędową pieczątkę.

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama