Świat

Nawet Putin nie pomógł. Dlaczego premier Armenii musiał odejść?

Sarkisjan nie jest aniołem, stoi na czele głęboko skorumpowanego reżimu, ale nie zdecydował się na zdławienie protestów siłą. Sarkisjan nie jest aniołem, stoi na czele głęboko skorumpowanego reżimu, ale nie zdecydował się na zdławienie protestów siłą. Artyom Geodakyan/TASS / Forum
Jaka nauka płynie z armeńskiej lekcji dla innych przywódców wiszących u kremlowskiej klamki?
Serż Sarkisjan, świeżo upieczony premier, pod wpływem protestów podał się do dymisji.European People's Party/Flickr CC by 2.0 Serż Sarkisjan, świeżo upieczony premier, pod wpływem protestów podał się do dymisji.

Zmiany w Armenii. Nieoczekiwanie odchodzi Serż Sarkisjan, świeżo upieczony premier, który wcześniej przez dziesięć lat był prezydentem. Upadł, bo spróbował powtórzyć wariant przećwiczony m.in. w sąsiedniej Turcji. W 2015 roku przeforsował zmiany konstytucji, przenoszące centrum władzy z ośrodka prezydenckiego do rządu. Przy czym zapewniał, że zmiana nie jest szyta pod niego. Zmienił jednak zdanie. Właśnie zainstalowanie go na nowym urzędzie wzbudziło manifestacje. Rezygnując, stwierdził, że wypełnia żądanie obywateli. Przywódcy tzw. aksamitnej rewolucji domagają się teraz rozpisania przyspieszonych wyborów.

Kto wyszedł na ulice przeciwko Sarkisjanowi

Sarkisjan nie jest aniołem, stoi na czele głęboko skorumpowanego reżimu, ale nie zdecydował się na zdławienie protestów siłą. Owszem, były aresztowania, ale nie doszło do powtórki kijowskiego majdanu. Decydująca dla przyjęcia ostrożnej taktyki miała być pamięć o zdarzeniach sprzed dekady: w marcu 2008 roku zwoływano demonstracje w związku z podejrzeniami fałszerstw w trakcie wyborów prezydenckich, manifestantów pobiła policja, zginęło dziesięć osób. Swoje zrobiły też obawy, że kulminacja obecnych manifestacji przypada na wtorek 24 kwietnia, kiedy Ormianie i tak pojawiają się tłumnie w przestrzeni publicznej, by upamiętniać ofiary ludobójstwa Ormian w Imperium Osmańskim.

Nie bez znaczenia było szerokie poparcie dla manifestujących ze strony ośmiomilionowej diaspory. Na ulice wyszli weterani opozycji i walk w Górskim Karabachu, dołączyli żołnierze z jednostki wysyłanej na misje pokojowe. Dużą rolę odegrała młodzież, sfrustrowana brakiem szans w oligarchicznym społeczeństwie.

Dobre stosunki z Putinem nie wystarczyły

Sarkisjan odchodzi, ale nie ma oczekiwań, że protesty zmienią trajektorię Armenii wyznaczoną przez tzw. klan karabachski, od 20 lat dominujący w polityce. Także z Górskiego Karabachu pochodzi Sarkisjan. Jego obóz obsadził Armenię w roli wiernego sojusznika Rosji. Ta ma chronić Armenię przed znacznie silniejszym Azerbejdżanem, któremu kiedyś Armenia Górski Karabach odbiła. Przy czym rola Rosji w konflikcie pozostaje dwuznaczna – sprzedaje broń obu stronom, pozostającym w stanie wojny, co pozwala Rosjanom zachowywać wpływ na sytuację w tym strategicznie ważnym regionie.

Choć Sarkisjan miał dobre stosunki z prezydentem Władimirem Putinem, a putinowska Rosja z dużą nieufnością podchodzi do wszelkich kryteriów ulicznych zmierzających do zmiany władzy, to Rosja protesty chwali. Nie rzuca podejrzeń, że manifestujący dali się złapać na lep amerykańskiej czy, szerzej, zachodniej propagandy, jak to bywało w przypadku Gruzji, Ukrainy, Mołdawii czy szeregu państw arabskich. Tym razem rzeczniczka rosyjskiej dyplomacji pisze, że protesty są w porządku, dowodzą wewnętrznej siły społeczeństwa, co prawda głęboko podzielonego. Zapewnia też, że Rosja zawsze będzie stała u boku Armenii.

Spokój i pewność wynikają prawdopodobnie z rachuby, że do głębokich zmian nie dojdzie. Zagrożenie ze strony uzbrojonego Azerbejdżanu jest tak duże, że Armenia zawsze będzie potrzebowała potężnego patrona, czego chyba nie zmieni zwycięstwo opozycji, na razie bardzo odległe. Być może ma to być także świadectwo wyższości porządków w rosyjskiej strefie wpływów. W tej zachodniej po próbach wprowadzania demokracji wybuchają długoletnie wojny domowe. A tu manifestacje uliczne obalają premierów, ale bez rozlewu krwi. Przynajmniej na razie.

Inni wasale Kremla mają powody do obaw?

Rzadko się zdarza, by w rosyjskiej strefie wpływów ulica znosiła przywódców tak wiernych Rosji. Tu elastyczność władców Kremla może wynikać z pewności, że rosyjskie interesy nie są w Armenii zagrożone. Upadek Sarkisjana staje się więc jakąś lekcją dla przywódców wiszących u kremlowskiej klamki – lekcji podpowiadającej, że nie ma ludzi niezastąpionych, a sam status wasala nie daje żadnej gwarancji trwania u władzy.

Taki dzwonek alarmowy rozbrzmiewa na wielu biurkach, pewnie także w Mińsku na Białorusi.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną