Świat

Iran o krok od zerwania umowy nuklearnej

Gdy w 2013 r. prezydentem Iranu został relatywnie umiarkowany Hasan Rohani (na zdjęciu), administracja Baracka Obamy nawiązała nieformalne rozmowy z Teheranem. Gdy w 2013 r. prezydentem Iranu został relatywnie umiarkowany Hasan Rohani (na zdjęciu), administracja Baracka Obamy nawiązała nieformalne rozmowy z Teheranem. Atta Kenare/AFP Photo / EAST NEWS
Nie należy pytać o to, dlaczego Teheran zdecydował się na wstrzymanie oddawania uranu. Ale raczej: dlaczego tak późno.

W środę rano Iran poinformował pozostałe strony umowy nuklearnej JCPOA, że wstrzymuje przekazywanie wzbogaconego już uranu do Rosji. I jeśli w ciągu 60 dni partnerzy nie powrócą do przestrzegania swojej części umowy, wznowi wzbogacanie uranu, który – według Zachodu – może być wykorzystany do budowy irańskiej bomby atomowej.

To teraz rozbrójmy tę bombę

Iran, wstrzymując oddawanie uranu, łamie zapisy wspomnianej umowy. W 2015 r. podpisał ją z sześcioma mocarstwami – USA, Rosją, Chinami, Francją, Wielką Brytanią i Niemcami. W dużym skrócie: przewiduje ona zniesienie sankcji nałożonych na Iran w ostatnich dwóch dekadach przez USA, Unię Europejską i ONZ. W zamian Teheran zobowiązał się do zamrożenia swojego programu nuklearnego na 15 lat na poziomie, który pozwala wyłącznie na pozyskiwanie energii elektrycznej do celów cywilnych.

Wspomniane sankcje były spowodowane podejrzeniami, że irański program energetyki jądrowej może być przykrywką dla budowy bomby. I choć nigdy Irańczyków nie złapano za rękę, to społeczność międzynarodowa była wielokrotnie przez nich oszukiwana. Irańczycy ograniczali dostęp zagranicznych ekspertów do swoich instalacji jądrowych, cześć z nich była ukrywana. Irańczycy mieli też motyw: po tym jak Amerykanie obalili władzę w dwóch sąsiednich państwach – w Iraku i Afganistanie – przedstawiciele reżimu ajatollahów publicznie mówili, że tylko bomba uchroni Iran przed inwazją „Jankesów”.

Gdy jednak w 2013 r. prezydentem został relatywnie umiarkowany Hasan Rohani, administracja Baracka Obamy nawiązała nieformalne rozmowy z Teheranem, później je upubliczniła i rozszerzyła o wspomniane mocarstwa, co było ukłonem w stronę reżimu, który nie chciał oficjalnych rozmów jeden na jednego z „Wielkim Szatanem”. Tu znów motywacja była dość oczywista: sankcje zaczęły dawać się we znaki, przede wszystkim te dotyczące zakazu importu irańskiej ropy naftowej, z którego dochody stanowią większość budżetu.

Z kolei Obama za pomocą tej umowy nie tylko chciał przejść do historii, ale też był przekonany, że uda mu się powtórzyć zabieg, jaki w latach 70. RFN zastosowała wobec Związku Radzieckiego – zmiana poprzez zbliżenie. Budowanie kontaktów gospodarczych Iranu ze światem miało w końcu przełożyć się na rozmiękczenie reżimu, przełamanie ideologicznego tabu, może nawet ewolucję systemu i ostatecznie – pokój. Wciągnięcie Iranu w globalną gospodarkę miało też sprawić, że bomba ajatollahom po prostu przestanie się opłacać.

Czytaj także: Czy nacjonalizm pogrzebie Iran

Donald Trump wchodzi do gry

Po niespełna roku od wejścia w życie umowy nuklearnej wybory w USA wygrał Donald Trump. Jeszcze w kampanii mówił, że to najgorsza umowa międzynarodowa zawarta przez Amerykę ever. Gdy już został prezydentem, nieco złagodził ton, głównie pod naciskiem pozostałych sygnatariuszy, wskazujących na brak dowodów na to, że Iran łamie jakiekolwiek postanowienia. Trump przeszedł do ofensywy, gdy w jego kręgu pojawili się tacy ludzie jak John Bolton, dziś doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, i Mike Pompeo, sekretarz stanu.

Perspektywa Trumpa, a bardziej jego doradców, jest następująca: Ameryka musi się wycofać z Bliskiego Wschodu, jednocześnie nie narażając tego roponośnego regionu na chaos. Przed chaosem mają bronić sojusznicy Ameryki, tacy jak Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Na razie jednak – według Trumpa – są za słabi, by samodzielnie stawić czoła Iranowi. Dlatego Ameryka, zanim wyjdzie z regionu, musi rozprawić się z ajatollahami. Stąd umowa nuklearna jest dla obecnej administracji USA śmiesznie wąska. Nowa umowa, którą Trump obiecał wymusić na Teheranie, ma drastycznie ograniczyć irańską aktywność w regionie, co pozwoli Ameryce zająć się sobą.

Żaden kraj oczywiście nie zgodzi się na takie ograniczenie suwerenności. Chyba że pod przymusem – uważa Trump. I w tym celu dokładnie rok temu wycofał Amerykę z umowy nuklearnej oraz przywrócił sankcje na Iran. Zastosował też tzw. sankcje wtórne, na mocy których karze podlegają nie tylko amerykańskie podmioty handlujące z Iranem, ale też kontrahenci Teheranu z całego świata, jeśli tylko posiadają aktywa w USA lub korzystają z amerykańskiego systemu finansowego – czyli prawie wszyscy. Większość z nich, mając do wyboru rynek amerykański i irański, długo się nie zastanawiało. Trump postanowił wziąć Iran głodem.

Czytaj także: Co dziś napędza islamską rewolucję

Iran chciał przeczekać Trumpa

W styczniu europejscy sygnatariusze umowy utworzyli jeszcze specjalny mechanizm płatniczy, pozwalający handlować z Iranem bez narażenia na amerykańskie sankcje. Jego mała „przepustowość” oznacza, że mocarstwa już kilka miesięcy temu de facto przestały przestrzegać swojej części umowy z Iranem i w praktyce przywróciły sankcje. Dlaczego więc Iran tak długo przestrzegał swojej? Policzył to sobie.

Pierwszym argumentem za pozostaniem w umowie była chęć przeczekania Trumpa. Teheran zakładał, być może błędnie, że obecny prezydent USA jest jednak anomalią, a jego następca – tak jak Obama – dojdzie do wniosku, że umowa nuklearna w dłuższej perspektywie się opłaca. Po drugie, jeszcze do niedawna koszty wyjścia z umowy wydawały się Iranowi wyższe niż pozostanie w niej jednostronnie. Na przykład dzięki lukom w amerykańskich sankcjach Teheran do niedawna mógł eksportować ropę do kilku państw, przede wszystkim do Chin, Indii i Turcji, co wystarczało, aby ten eksport utrzymać powyżej psychologicznego poziomu miliona baryłek dziennie.

Czytaj także: Czy Irańczycy odsuną ajatollahów od władzy?

Irańczykom umowa już się nie opłaca

W kwietniu Amerykanie przykręcili śrubę. Zlikwidowali luki w sankcjach, co oznacza, że wkrótce Iran legalnie nie wyeksportuje nawet jednej baryłki dziennie. Waszyngton wpisał również irańskich Strażników Rewolucji, potężną organizację polityczno-wojskową, która kontroluje ponad połowę krajowej gospodarki, na listę organizacji terrorystycznych. A to oznacza, że wielu związanych ze Strażnikami bogatych Irańczyków będzie miało poważne problemy z dostępem do swojego majątku poza granicami kraju.

Miarka się więc przebrała – Irańczykom wyszło, że umowa już im się nie opłaca. Formalnie twierdzą, że umowy nie zerwali, ale postawione przez nich warunki powstrzymania się od wzbogacania uranu – powrót mocarstw do przestrzegania swojej części umowy – są niemożliwe do spełnienia, dopóki w Białym Domu zasiada Trump. A jeśli wrócą do wzbogacania, pozostałe mocarstwa, w tym Europejczycy, nie będą mieli wyboru i zerwą umowę.

Rośnie więc groźba takiego oto politycznego sprzężenia zwrotnego. Konsekwencje radykalnej polityki Trumpa wobec Iranu już osłabiły umiarkowaną prezydenturę Rohaniego. Za jego plecami coraz głośniej słychać irańskich radykałów, który przekonują, że to Obama, a nie Trump, był anomalią w Białym Domu. I że z „Jankesami” trzeba walczyć, a nie handlować. Wiara Trumpa, że presja gospodarcza w końcu złamie kark Irańczykom, może przynieść rezultaty odwrotne do zamierzonych.

Wszystko to, łącznie z wysłaniem amerykańskiego lotniskowca do Zatoki Perskiej, sprawia, że rośnie groźba konfliktu. Obie strony kalkulują, ale do wojny wystarczy, że tylko jedna z nich się przeliczy.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Gdzie na świecie aborcja jest legalna, a gdzie kobiety muszą ją wykonywać w podziemiu?

Co roku na świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji – głównie w tych krajach, gdzie poziom wiedzy na temat antykoncepcji jest niski.

Redakcja
22.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną