Świat

Niemcy wschodnie?

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Czerwonoarmiści wieszający flagę na kopule Reichstagu, pomnik w Biełgorodzie. Czerwonoarmiści wieszający flagę na kopule Reichstagu, pomnik w Biełgorodzie. Anton Vergun / Tass
Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.
Po wojnie każda ze stref okupacyjnych w Niemczech upodobniała się do okupanta.materiały prasowe Po wojnie każda ze stref okupacyjnych w Niemczech upodobniała się do okupanta.

Artykuł w wersji audio

W Niemczech odeszła już generacja założycieli Republiki Federalnej. Na emeryturze jest pokolenie wojenne – wychowane przez organizacje hitlerowskie, ukształtowane przez klęskę Rzeszy, ale po wojnie zaangażowane w budowę liberalnej demokracji. Władzę sprawuje teraz generacja, dla której punktami odniesienia są zjednoczenie Niemiec w 1990 r. i koniec zimnej wojny. A w blokach startowych czekają już następni, dla których zimna wojna to historia z podręczników. Zmienia się także pejzaż polityczny. Topnieją obie wielkie partie – chadecja i socjaldemokracja. Według sierpniowego sondażu Forsy CDU/CSU ma 25 proc. poparcia, a SPD zaledwie 13.

Wybory do Bundestagu dopiero za dwa lata, ale już teraz widać nowe konstelacje partyjne. Populistyczna Alternatywa dla Niemiec (AfD, 13 proc. poparcia) nadal uchodzi za partię, z którą nie wypada zawierać koalicji. Zatem chadecy (już bez Angeli Merkel) będą musieli szukać partnera w Zielonych (22 proc.) i liberałach (9 proc.), co już raz – w 2017 r. – się nie udało. Wprawdzie wielu socjaldemokratom marzy się koalicja z Zielonymi i Partią Lewicy, ale takie rachuby to dziś marzenie ściętej głowy. Zieloni są proeuropejscy i proatlantyccy, a postkomunistyczna Lewica odrzuca NATO i kwaśno patrzy na Unię.

Nowi Niemcy

Tak czy inaczej, w 2021 r. będziemy sąsiadami już innych Niemiec. Mniej zapatrzonych w powojenne uwarunkowania, a bardziej w nową geopolitykę. Oto przykład: z okazji 75. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego przyleciał do Polski szef niemieckiego MSZ Heiko Maas. Ładny gest ze strony rządu PiS, że go zaprosił. Tyle że socjaldemokrata Maas ze swą krytyką rosyjskiej agresji na Ukrainie jest dziś dość osamotniony w koalicji rządzącej.

W lutym trzech premierów landów byłej NRD, chadek z Saksonii-Anhaltu, przedstawiciel Lewicy z Turyngii oraz socjaldemokratka z Meklemburgii, wezwało do zakończenia sankcji przeciwko Rosji – wbrew polityce Berlina i Brukseli. Zrobili to z myślą o nastrojach na wschodzie Niemiec przed jesiennymi wyborami w Brandenburgii i Saksonii (1 września) oraz Turyngii (27 października). Nie chodzi tu tylko o rosyjskie rynki zbytu dla wschodnioniemieckich produktów, ale także o żywy – zwłaszcza w dawnej – NRD afekt: niechęci do Ameryki i sympatii do Rosji.

To wewnętrzne pęknięcie Niemiec na wschodnie i zachodnie jest swoistym przykładem syndromu sztokholmskiego. Po wojnie każda ze stref okupacyjnych upodobniała się do okupanta. W zachodnich Niemczech na tradycyjny autorytarny konserwatyzm w czasach Adenauera nałożył się anglosaski styl demokracji. W czasach Brandta niemiecką kulturę polityczną zmodernizował socjaldemokratyczny etos, obyczajowy libertynizm generacji 1968 r. oraz ekologiczna wrażliwość. Podskórny antyamerykanizm nie zatarł zapatrzenia w anglosaskie wzorce, wdzięczności za amerykański parasol nuklearny i pojednanie z Francją.

Bardziej skomplikowane są efekty sowietyzacji Wschodu. Przed budową muru berlińskiego w 1961 r. na Zachód uciekło 3 mln obywateli NRD, a potem tysiącom udało się tą czy inną drogą ominąć zasieki. Ale zamknięta żelazna kurtyna skłaniała także wielu Niemców z NRD do zainteresowania się Wschodem. Bułgaria pociągała Złotym Wybrzeżem, Węgry bujną konsumpcją, Czechosłowacja – Złotą Pragą, Polska „możliwą odmiennością” i śladami utraconych stron rodzinnych, a ZSRR szeroką geografią, różnorodnością i kontaktami przydatnymi nie tylko w partyjnej karierze.

Enerdowski ruch obywatelski lat 80. nie myślał o zjednoczeniu Niemiec, a o swobodzie podróżowania, prawach człowieka i reformach. O pomoc zwracał się do Gorbaczowa, a nie Reagana. Napór enerdowców na mur berliński wieczorem 9 listopada 1989 r. był świadectwem ich „parcia na Zachód”, ale tym Zachodem to – inaczej niż w PRL – nie był ani most atlantycki, ani idea europejska, ale siła przyciągania zachodnioniemieckiego dobrobytu.

Po zjednoczeniu runęła na byłą NRD inwazja zachodnioniemieckich „spadochroniarzy” – nie zawsze pierwszorzędnych menedżerów, polityków, właścicieli skonfiskowanych majątków. Znikały reprywatyzowane enerdowskie przedsiębiorstwa. Trwał pęd na Zachód, wyludniały się całe regiony byłej NRD. Ale rodził się też mit niewykorzystanych powiązań gospodarczych z Rosją.

30 lat później „nowe” landy podkreślają własne interesy gospodarcze, własne spojrzenie na geopolitykę i własną tożsamość. Po części jest ona nadal widoczna na mapach wskaźników gospodarczych – Wschód to ciągle ta gorsza część Republiki Federalnej. Ale w 2019 r. – po raz pierwszy – więcej Niemców przenosi się z zachodu na wschód niż odwrotnie. Wracają nie tylko emeryci, ale i ci młodzi, którym się nie udało lub mają nadzieję, że niebawem przy recesji na zachodzie Niemiec właśnie na wschodzie powstanie „zielona wyspa”.

Po co NATO i Unia

Na Zachodzie ataki Trumpa na Unię Europejską, Niemcy i Merkel, a jeszcze bardziej brytyjski bałagan w związku z brexitem, kruszą wiarę w historyczną przewagę anglosaskiego wzorca demokracji i gwarantowany przez USA powojenny ład europejski. To był tylko epizod w dziejach Europy – twierdzi m.in. Gregor Schöllgen, autor klasycznych już prac z dziejów niemieckiej dyplomacji.

Dwa lata temu, gdy Jarosław Kaczyński na fali protestów w Polsce przeciwko łamaniu konstytucji podrzucił hasło niemieckich reparacji, Schöllgen odpowiedział we „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” (FAS) przestrogą: „Ostrożnie. Kto po deklaracjach rządów polskich i niemieckich sięga po tę kłonicę, temu może spaść na głowę kwestia granicy na Odrze i Nysie oraz odszkodowań za przejęte przez Polskę niemieckie mienie!”. Media obsztorcowały wtedy historyka, ale słowa padły.

Przed 80. rocznicą najazdu III Rzeszy na Polskę szef MSZ Jacek Czaputowicz ponownie postawił na wokandzie kwestię reparacji, a poseł PiS Arkadiusz Mularczyk włączył do kampanii wyborczej „kartę niemiecką”. Zapowiedział, że w następnej kadencji będzie można „profesjonalnie” się zająć tym problemem.

Teraz Schöllgen, także w „FAS”, wzywa do „spojrzenia prawdzie w oczy”: NATO i Unia są nieprzydatne, bo należą do nieistniejącego już świata. A po rozpadzie ZSRR nacisk krajów Europy Środkowo-Wschodniej rozchwiał geopolityczną architekturę kontynentu, twierdzi Schöllgen. Nie dopowiada jednak, że takie myślenie dopuszcza rosyjską kuratelę nad tymi krajami. Za to wyraźnie wskazuje winnego za obecne napięcie w stosunkach z Rosją: „Aby tchnąć nieco życia w cherlawych pacjentów, Unię i NATO, Zachód musiał utrzymać obraz wroga – Rosję Putina”.

I puenta: „Implozja zachodnich struktur sięga głębiej niż tyrady Trumpa czy chaos brexitu. W Belgii, Francji i Włoszech w eurowyborach większość zdobyły partie, które otwarcie chcą demontażu Unii”. Zdaniem niemieckiego historyka jest to irracjonalna reakcja na polityczną próżnię. „Od 1989 r. nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie: kim jesteśmy i czego bronimy. Rządzący ledwo panują nad tym, co się dzieje, ale nie są w stanie przeprowadzić niezbędnych reform ponadnarodowych wspólnot”.

Dlatego – kończy Schöllgen – wyjście Brytyjczyków z Unii i amerykańskie wycofanie się z NATO należy uznać za szansę. Trzeba dokończyć to, co od dawna się dzieje. Rozwiązania tych anachronicznych potworów nie należy mylić z rezygnacją z wdrożonych i sprawdzonych struktur. Przeciwnie: „Przemyślane pozbycie się przeszkadzającego gorsetu jest warunkiem nowego początku. Nie może być żadnego tabu”.

Na to ogniste, choć mało jasne pożegnanie z NATO i Unią ostro w „FAS” odpowiedział Daniel Cohn-Bendit, ikona ruchu 1968 r.: Sojusz i Unia nie rozpadają się, tylko straciły orientację. Unia wprawdzie opierała się plecami o żelazną kurtynę, ale idea europejska jest starsza niż zimna wojna. Były europoseł Zielonych ma za złe Schöllgenowi, że na pierwszym planie stawia Rosję. „Doszukiwanie się w katastrofie smoleńskiej zamachu jest przejawem polskiej paranoi, ale trzeba rozumieć głębokie polskie obawy przed Rosją! I to nie tylko z powodu aneksji Krymu, ale choćby Katynia”.

Zresztą również lekceważona przez Niemców kwestia Nord Stream – dogadanie się Berlina i Moskwy ponad głowami Polaków – takie lęki podsyca. „Gdyby Polska nie była okupowana przez Armię Czerwoną – ciągnie dalej Cohn-Bendit – to w 1957 r. należałaby do założycieli EWG. Można dyskutować, jak to się stało, że granice z Rosją znów są gorące, ale nie można Polakom, Czechom, Słowakom czy Węgrom odmawiać prawa członkostwa w NATO i Unii, niezbędnych dla ich bezpieczeństwa i dobrobytu”.

Jest jeden zgrzyt w tym wywodzie. Cohn-Bendit jest zachwycony Emmanuelem Macronem, bo prezydent Francji stawia w kwestii europejskiej właściwe pytania, nawet jeśli nie zawsze znajduje właściwe odpowiedzi. Próbuje suwerenność zdefiniować nie przez wolę rządzących, lecz zdolność rozwiązywania problemów tam, gdzie się pojawiają. Tymczasem Niemcy są małostkowi. „Odnosili sukcesy polityką zwlekania i przyglądania się, co się dzieje. Ale teraz trzeba skoczyć – twierdzi Cohn-Bendit. – Trzeba podjąć ryzyko nowej Unii, to znaczy państwom członkowskim, łącznie z Węgrami i Polską, postawić pytanie: wchodzicie w to czy nie?”.

Pakt do rehabilitacji

Te niemieckie spory o NATO, Unię, Rosję i Polskę mają tło historyczne. 80. rocznica paktu Ribbentrop-Mołotow skłania Niemców do analizy, co się dzieje z Europą, gdy rozpada się stary system bezpieczeństwa. Ostrzegawczym przykładem jest katastrofa międzywojennej Europy – stopniowy demontaż traktatu wersalskiego i bezsilność Ligi Narodów. Dla Czechów to traktat monachijski 1938 r., dla Polski, krajów bałtyckich i Besarabii – trauma diabelskiego paktu, który w Rosji znów uchodzi za dyplomatyczny majstersztyk Stalina.

We „Frankfurter Allgemeine” historyk, znawca „kwestii polskiej” Martin Schulze-Wessel tak omawia pakt z 23 sierpnia 1939 r., którego tajny protokół otwierał bramy do wspólnego najazdu na Polskę: w grudniu 1939 r. Stalin, odpowiadając na urodzinowe życzenia od Hitlera, wyraził nadzieję, że „krew przypieczętowała” przyjaźń obu krajów. Różnice ideologiczne między nazizmem i komunizmem poszły w cień. Ale liczyła się też geopolityka. I dlatego 16 miesięcy później Hitler ruszył na ZSRR.

Z kolei najnowszy „Spiegel” bardziej koncentruje się na współczesnej grze Putina tamtym paktem niż na przeszłości. W 2009 r. Putin przypominał na Westerplatte, że Zjazd Deputowanych Ludowych ZSRR uznał pakt Ribbentrop-Mołotow za „niemoralny”. To jednak było w 1989 r., za Michaiła Gorbaczowa. Dziś Rosja znów rehabilituje ten haniebny dokument. Rosyjskie Stowarzyszenie Historyków Wojskowości, którego kuratorem jest były minister obrony Siergiej Iwanow, zabiega o rewizję deklaracji z 1989 r. Była ona wytworem „dynamiki świadomości historycznej”, tłumaczy Michail Mjagkow, profesor wyższej szkoły dyplomatycznej. Trwała pierestrojka i w Moskwie deputowani byli zastraszeni przez „agresywną mniejszość z krajów bałtyckich”. A przecież w 1940 r. „większość ludności” tych krajów chciała przyłączenia do ZSRR.

Rosja – zdaniem Iwanowa – jako prawny spadkobierca ZSRR powinna uchylić gorbaczowowską deklarację, która „przyczyniła się do naszego dyplomatycznego, ideologicznego i faktycznego rozbrojenia wobec Zachodu”. Putinowscy rewizjoniści powtarzają w ten sposób stalinowską argumentację, że Stalin jedynie odebrał to, co kiedyś należało do ZSRR i Rosji. W końcu Francja także odebrała Alzację i Lotaryngię. A ZSRR w 1939 r. musiał przecież chronić Ukraińców i Białorusinów.

Neostalinowscy rewizjoniści powtarzają jedynie argumentację Putina przy zagarnianiu Krymu w 2014 r. „To dlatego moskiewskie kierownictwo chciałoby na nowo oceniać pakt Hitler-Stalin. Chce nawiązać do dawnej Wielkorusi. Bezczelność tego wywodu podkreślił w 2014 r. sam Putin, szydząc: Mówi się, jakże okropny jest (ten pakt). Ale co złego jest w tym, że ZSRR nie chciał walczyć (z Hitlerem)?” – twierdzi Witalij Korotycz, były naczelny popierającego pierestrojkę tygodnika „Ogonjok”.

Przy okazji 80. rocznicy paktu Ribbentrop-Mołotow toczy się więc w Europie dyskusja o stosunek do Rosji Putina. I na tym tle rząd PiS jest w trudnej sytuacji. Łamiąc konstytucję i ostentacyjnie ignorując werdykty instancji unijnych, podważył zaufanie do Polski sojuszników i partnerów.

PiS dla zgarnięcia głosów skrajnej prawicy wyziębił relacje dwustronne z Berlinem, które strona niemiecka starannie podtrzymuje w imię historycznego pojednania, ale którym coraz bardziej brak emocjonalnej podstawy u młodego pokolenia. Warszawa trzyma się amerykańskich gwarancji militarnych i nie uczestniczy w „ponownym zakładaniu” Unii Europejskiej. I nic nie zapowiada, by w drugiej kadencji partii starzejącego się i zamkniętego w swym bunkrze Jarosława Kaczyńskiego Polska wróciła do serca Europy.

Polityka 35.2019 (3225) z dnia 27.08.2019; Świat; s. 51
Oryginalny tytuł tekstu: "Niemcy wschodnie?"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną