Świat

Ustąpienie Evo Moralesa to boliwijski zamach stanu?

Evo Morales zrezygnował w niedzielę z roli głowy państwa. Evo Morales zrezygnował w niedzielę z roli głowy państwa. Joel Alvarez (Joels86) / Wikipedia
Mimo zwycięstwa w ostatnich wyborach Morales zrezygnował z roli głowy państwa. Zrobił to pod naporem armii i przez protesty społeczne. Ale boliwijska zmiana na szczycie jest zamachem stanu co najwyżej niepełnym.

Tegorocznym wyborom w Boliwii od początku towarzyszyły kontrowersje. Evo Morales, figura niemal mityczna, ubiegał się o czwartą prezydencką kadencję. Kiedy w 2006 r. wygrał po raz pierwszy, geopolityczne warunki i społeczne nastroje były zupełnie inne. Jako pierwszy latynoamerykański prezydent pochodzący z grup etnicznych rdzennie zamieszkujących kontynent z miejsca stał się gwiazdą tzw. różowego prądu – lewicowych polityków, którzy przejmowali władzę w kolejnych krajach Ameryki Południowej.

„Różowy prąd” przestał płynąć

Był wówczas Morales silnym graczem w silnej drużynie. O lepszy, sprawiedliwszy świat walczył także rozpychający się na arenie międzynarodowej Brazylijczyk Lula da Silva, a wspierali go m.in. Cristina de Kirchner w Argentynie, Michelle Bachelet w Chile, Rafael Correa w Ekwadorze. Seniorami i swoistymi patronami tego ruchu byli żyjący jeszcze wtedy Fidel Castro i Hugo Chavez. Ameryka Łacińska naprawdę wydawała się lewicowa prawie w całej rozciągłości.

Ale czasy, gdy „różowy prąd” płynął wartko wzdłuż kontynentu, dawno minęły. Morales próbował tym zmianom zaradzić i długo mu się udawało. Pozostał u władzy najdłużej ze wszystkich reprezentantów lewicowej fali. Ale im dłużej pełnił funkcję głowy państwa, tym mniej się to Boliwijczykom podobało. Jeszcze kilka miesięcy temu odsetek obywateli pozytywnie oceniających jego kadencję wahał się od 16 do 27 proc. Dlatego gdy zdecydował się ubiegać o prezydenturę po raz czwarty, również dzięki reformie konstytucyjnej znoszącej limity kadencyjne, wielu w Boliwii uznało to za chciwość i zamach na demokrację.

Artur Domosławski: Lula wychodzi z więzienia

Drugiej tury w Boliwii nie było

Morales wygrał zgodnie z wynikami 20 października. Zdobył 47 proc. głosów, pokonując głównego rywala, centrystę Carlosa Mesę (36 proc.). Choć nie zebrał ponad połowy głosów, i tak został uznany za prezydenta, bo zgodnie z ordynacją zwycięstwo w wymiarze 10 pkt. proc. lub wyższe nie wymaga drugiej rundy. Morales zachował stanowisko dzięki 1 proc. głosów. I o ten 1 proc. właśnie wybuchła awantura.

Wyniki z 20 października długo nie były znane, głosy spływały z ogromnym nawet jak na Amerykę Południową opóźnieniem. Już w noc wyborczą pojawiały się komentarze, że władza sfałszuje wyniki, żeby nie musieć walczyć w drugiej turze. Wreszcie prawie dwa dni po głosowaniu sam Morales ogłosił się zwycięzcą.

Ten ruch wywołał protesty na ulicach La Paz i innych dużych miast. Obywatele nie wracali do domów w zasadzie przez 18 dni z rzędu, domagając się powtórnych wyborów. Zgodność głosowania z prawem od razu podważyła też Organizacja Państw Amerykańskich (OAS), najbardziej wpływowe i prestiżowe ciało międzynarodowe w regionie. Siły zbrojne i mundurowe początkowo popierały prezydenta, wchodząc w starcia z protestującymi. Według danych w wyniku zamieszek zginęło dziewięć osób, kilkadziesiąt zostało rannych. Po dwóch tygodniach na stronę opozycji przeszła i policja. Przed komendą główną w La Paz oficerowie odczytali nawet oświadczenie, stwierdzając, że „nie służą bezpieczeństwu i interesom żadnej partii politycznej, tylko narodu, więc policja odmawia wykonywania rozkazów rządu Moralesa i dołącza do walki społeczeństwa”.

Dymisja na prośbę armii

Prezydent elekt o ustąpieniu ze stanowiska zdecydował w niedzielę. Oficjalnie został o to poproszony przez szefa sztabu i dowódców sił zbrojnych, którzy argumentowali, że tylko odejście Moralesa może ocalić kraj przed chaosem i wewnętrznym konfliktem. Ich zdaniem sytuacja wymknęła się spod kontroli, zwłaszcza po wypowiedzeniu posłuszeństwa przez policję. Morales musiał ustąpić sam, pokojowo, żeby nie wybuchło zbrojne powstanie.

Sam zainteresowany przedstawia zajścia z niedzieli zupełnie inaczej. W niejako pożegnalnym tweecie napisał, że odchodzi, bo przygotowywany jest przeciw niemu zbrojny zamach stanu, co miałby potwierdzać rzekomy nakaz aresztowania go. I choć szef policji Yuri Calderón kategorycznie zaprzeczył, jakoby jakikolwiek nakaz został wydany, prezydent elekt obstawał przy swojej wersji. Twierdził też, że jego życie jest w niebezpieczeństwie, dlatego musi opuścić kraj.

Dziś rano stał się oficjalnie azylantem w Meksyku. Tamtejszy minister spraw zagranicznych Marcelo Ebrard opublikował na Twitterze zdjęcie boliwijskiego polityka na pokładzie meksykańskiego samolotu rządowego, podpisując je deklaracją, że życiu Moralesa nie zagraża już niebezpieczeństwo.

Zbrojny zamach stanu?

Natychmiast pojawiły się pytania, czy zmiany na szczytach boliwijskiej polityki to zbrojny zamach stanu. Tak sytuację definiuje Morales i jego akolici, ale też szereg lewicowych polityków z regionu i Europy, w tym Jeremy Corbyn i lider hiszpańskiego Podemos Pablo Iglesias. Bardzo popularne w mediach społecznościowych stały się oskarżenia o udział CIA czy wręcz całego amerykańskiego rządu w pozbawieniu Moralesa prezydentury, nawiązujące do zamachów stanu z czasów zimnej wojny. Za zbrojne przejęcie władzy wydarzenia te uważają też liczni eksperci ds. polityki latynoamerykańskiej.

Faktem jest, że Morales ustąpił ze stanowiska sam, nikt nie przykładał mu lufy do głowy, a czołgi nie stały wycelowane w pałac prezydencki. W dodatku jego odejście pozostawiło polityczną próżnię w Boliwii – armia nie przejęła władzy, na stanowisku głowy państwa pozostał wakat. Zasiadający w parlamencie sojusznicy Moralesa i opozycja nie zdecydowały jeszcze, kiedy i jak przeprowadzone zostaną kolejne wybory, a Carlos Mesa prezydentury sobie – jeszcze – nie przywłaszczył. Armia twierdzi, że stanęła na straży porządku publicznego, bo Morales w wyborach 20 października oszukał naród. Narracje obu stron są oczywiście typowe dla sytuacji pozawyborczej zmiany władzy, ale czy kryzys wyewoluuje w pełnowymiarowy zamach stanu – pokażą dopiero najbliższe dni.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną