Świat

Iran uderzył na Amerykanów w Iraku. Teoretycznie mamy wojnę

Na ulicach Teheranu radość z powodu ataku baz USA w Iraku Na ulicach Teheranu radość z powodu ataku baz USA w Iraku West Asia News Agency / Forum
Ostrzał dwóch baz pociskami balistycznymi to nowy poziom konfliktu. Skala strat w ludziach i wyrządzonych szkód na razie jest nieznana. Od niej będzie zależeć reakcja USA i dalszy bieg wydarzeń.

Teoretycznie mamy wojnę. Użycie przez Iran pocisków balistycznych wymierzonych w amerykańskie bazy to atak zarówno na Irak, jak i na Stany Zjednoczone. Atak zapowiedziany, spodziewany, a według Iranu nawet usprawiedliwiony, jednak bez precedensu w historii relacji obu krajów. Jak to zwykle na początku wojny bywa, potwierdzonych informacji o skutkach pierwszego ataku jest niewiele, spekulacji całe morze, a ponieważ informacja to w dzisiejszym świecie również broń, z ostrożnością należy podchodzić do pojawiających się newsów i pseudonewsów.

Ze świadomością stąpania po polu minowym w środę rano da się powiedzieć, że choć Iran użył najprawdopodobniej najostrzejszej dostępnej mu formy odwetu, zrobił to tak, że zemsta za zabicie gen. Sulejmaniego jest jednocześnie widowiskowa, łatwa do wykrycia przez wojskowe systemy ostrzegawcze i wymierzona w obiekty bronione i przygotowane do przetrwania takich uderzeń. Innymi słowy: to odwet, o którym wszędzie będzie głośno, ale który umożliwia także zakończenie na nim wymiany ciosów.

Czytaj też: Stany kontra Iran – scenariusze wojenne

Odpowiedź Iranu, reakcja USA

Wiadomo, że od kilkunastu do kilkudziesięciu pocisków spadło nocą na dwie wykorzystywane przez USA bazy wojskowe – na północy Iraku w Irbilu oraz na zachodzie kraju, na pustynnym lotnisku al-Asad. W wydanym krótko po ataku oświadczeniu Pentagon podkreśla, że były to pociski balistyczne, wystrzelone z terytorium Iranu w liczbie „kilkunastu”. Irakijczycy dostarczyli dokładniejszych danych: 17 pocisków miało spaść na bazę al-Asad, pięć w Irbilu, część nie eksplodowała. Nocny komunikat to na razie jedyna oficjalna reakcja USA, „na piśmie”.

Drugą było zwołanie pilnej narady w Białym Domu, w której uczestniczyli m.in. sekretarz stanu Mike Pompeo, sekretarz obrony Mark Esper i szef kolegium połączonych szefów sztabów gen. Mark Milley. Czyli najwyższe kierownictwo cywilne i wojskowe, obrazek znany z przeszłości. Prezydent Donald Trump napisał na Twitterze, który staje się niemal oficjalnym kanałem komunikacji władz w Waszyngtonie: „Wszystko w porządku! Iran wystrzelił rakiety na dwie bazy wojskowe w Iraku. Trwa ocena szkód i strat. Ale na razie jest dobrze! Mamy najsilniejsze i najlepiej wyposażone siły zbrojne na świecie. Jutro rano wygłoszę oświadczenie”. Optymizm i pewność siebie, żadnej zapowiedzi zmasowanego odwetu na odwet, które powtarzał w poprzednich kilku wpisach. Do tej pory nie ma informacji o stratach w ludziach po amerykańskiej stronie. Nie powtarzają się te nocne o zabitych Irakijczykach. Tylko irańska telewizja twierdzi, że zginęło 80 osób, ale nie podaje, skąd o tym wie.

Nocne zdjęcia, których autentyczności nie można stuprocentowo potwierdzić, a które są publikowane w światowych mediach, pokazują coś, co przypomina salwy obrony antyrakietowej przeciwko nadlatującym pociskom balistycznym. Nie ma wątpliwości, że baza al-Asad, a być może i druga w Irbilu były bronione systemami antyrakietowymi wojsk USA, czyli patriotami. Jest wielce prawdopodobne, że rakiety – o których wiadomo, że nie reprezentują najwyższego poziomu zaawansowania technologicznego – były łatwym celem dla nowoczesnych pocisków antyrakietowych. Być może nie wszystkie nadlatujące głowice zostały zestrzelone, skuteczność obrony antyrakietowej w realnych warunkach wojennych nigdy nie jest stuprocentowa. Ale na razie wiele wskazuje na to, że pociski albo nie trafiły tam, gdzie mogły wyrządzić największe szkody, albo zostały powstrzymane w powietrzu. Z pewnością zostały wykryte przez radary lub satelity już w momencie ich odpalenia, był więc czas na ewakuację ludzi, którzy znajdowali się na narażonym terenie. Wojsko w irackich bazach dobrze wiedziało, że atak jest niemal nieuchronny, i zapewne spędzało noc w dobrze umocnionych schronach.

Czytaj także: Kasim Sulejmani, strażnik Bliskiego Wschodu

Iran czeka na sygnał Amerykanów

Najważniejsze w tej chwili pytanie brzmi, czy zginęli jacyś żołnierze USA, Iraku lub międzynarodowej koalicji walczącej z ISIS. Straty w sprzęcie będą kwestią drugorzędną, choć kosztowną. To liczba ofiar – o ile jakieś będą – przesądzi, czy i jak Amerykanie odpowiedzą na irański odwet. Trump straszył w ostatnich dniach, że jeśli Irańczycy zaatakują, odpowiedź będzie miażdżąca, nieproporcjonalna. Ale przeważające założenie ekspertów jest takie, że nawet Trumpowi nie zależy na wplątywaniu się w nową wielką i długotrwałą wojnę w roku kampanii wyborczej. Z drugiej strony również Iran na takim konflikcie mógłby więcej stracić – nawet wszystko – niż zyskać. Z przyczyn godnościowych i ze względu na wewnętrzne uwarunkowania musiał odpowiedzieć na zabicie gen. Sulejmaniego, ale być może odpowiedział tak, by zamknąć porachunki.

Trudno przesądzać, jaka skala ewentualnych ofiar będzie dla Trumpa akceptowalnym poziomem, by powstrzymać dalszą eskalację. Można jednak przewidywać, że jeśli okaże się, iż w bombardowaniu rzeczywiście nikt nie zginął – będzie to graniczyć z cudem, również w wymiarze politycznym. Trump będzie mógł mówić o niebywałym szczęściu.

Irański minister spraw zagranicznych Dżawad Zarif napisał na Twitterze, że jego kraj przeprowadził operację w samoobronie i przy użyciu proporcjonalnych środków. Zapewnił też, że nie dąży do eskalacji konfliktu. Nawet mimo wcześniejszych oświadczeń islamskich strażników rewolucji, że nocny ostrzał to tylko pierwsza faza odwetu, i wysuwanych w mediach żądań opuszczenia Bliskiego Wschodu przez wojska USA, deklarację Zarifa należy traktować jako wyciągniecie ręki, a przynajmniej pokojowy gest. Zwłaszcza że żadnej następnej fazy odwetu do tej pory nie było mimo upływu dziewięciu godzin od ataku. Strona irańska najwyraźniej czeka na sygnał od Amerykanów – polityczny czy zbrojny. Za wcześnie, by przesądzać, czy istotnie uda się powstrzymać wymianę ciosów, ale rozwój sytuacji stwarza okno dla działań dyplomatycznych.

Czytaj także: Trump igra z ogniem. Zabicie generała to wypowiedzenie wojny

Realne niebezpieczeństwo dla polskich żołnierzy

Na razie wygląda też na to, że żołnierskie szczęście sprzyja polskim wojskowym w misji NATO w Iraku. MON zapewnia, że żadnemu z saperów w bazie al-Asad nic się nie stało. Jak podał dowódca operacyjny gen. Tomasz Piotrowski, Polacy znajdowali się też w drugiej ostrzelanej bazie w Irbilu, tam też wszyscy są bezpieczni. Polscy żołnierze są w Iraku (których według dowództwa jest obecnie w sumie 268) w przynajmniej jeszcze jednej bazie, która na szczęście nie została ostrzelana, co nie znaczy, że jest bezpieczna. Jeszcze żaden polski żołnierz na misji (ani tym bardziej w kraju) nie zaznał ostrzału pociskami balistycznymi.

Najwyraźniej jednak dowództwo dobrze przygotowało ochronę baz, a obrona antyrakietowa zadziałała. Mimo to składane jeszcze wczoraj wieczorem zapewnienia polskich polityków, jakoby polskim żołnierzom w Iraku nie groziło żadne niebezpieczeństwo, okazały się nic nie warte.

Niebezpieczeństwo okazało się realne, przyszło w nocy i dziś rano wcale nie wiadomo, czy minęło. To powinno być sygnałem dla odbiorców oficjalnych komunikatów, w tym tych mediów, które mają dostęp do przedstawicieli rządu, by nie przyjmować wyłącznie wizji świata z oficjalnego przekazu, ale patrzeć też na realia i o nie pytać.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną