Świat

Jak to się stało, że Iran zestrzelił boeinga przez pomyłkę

Odłamki po katastrofie ukraińskiego boeinga w Teheranie Odłamki po katastrofie ukraińskiego boeinga w Teheranie Ahmad Halabisaz / Forum
Zgodnie z podejrzeniami doszło do zestrzelenia ukraińskiego boeinga, który wystartował z Teheranu 9 stycznia. Iran przyznał to już oficjalnie. Czy ktoś coś z tego rozumie?

Samolot startujący z międzynarodowego portu jest przez cały czas obserwowany i kierowany przez służbę ruchu lotniczego. Kontrolerzy wiedzą, co to za maszyna, wydają jej polecenia dotyczące kursu i wysokości. To oni decydują, jaką trasą samolot leci. Ale maszyna zbliża się nagle do tajnego, chronionego obiektu, na który wyprowadzają go niczego nieświadomi irańscy kontrolerzy. Padają strzały. Czy ktoś coś z tego rozumie?

System obrony powietrznej też miał komplet informacji. Radiolokatory śledzą wszystkie samoloty i wiedziały, że ten wystartował z centrum Iranu, a nie przyleciał z zagranicy. W dodatku gdy system obrony powietrznej jest w pełnej gotowości bojowej, obserwacja powinna być jeszcze „szczelniejsza”. W normalnych warunkach działania cywilne i wojskowe są zresztą skoordynowane.

Czytaj także: Dlaczego samoloty spadają?

Jak wygląda typowy system obrony powietrznej

Pierwszy zintegrowany system obrony powietrznej zbudowali Brytyjczycy – u progu II wojny światowej. Kilka lat potem zrobiła to III Rzesza. W Polsce powstawał w latach 60. m.in. przy pomocy prof. Tadeusza Kotarbińskiego, wybitnego socjologa i twórcy teorii skutecznego działania.

Typowy system jest scentralizowany. Powstaje więc główne stanowisko dowodzenia dla kraju, gdzie spływają informacje o położeniu samolotów i śmigłowców poruszających się na jego niebie. Żeby skuteczniej zarządzać walką, obszar państwa dzieli się na sektory. Każdy ma własne stanowisko dowodzenia i zbiera dane. To stąd kieruje się walką – deleguje samoloty myśliwskie i wydaje komendy do ostrzału z pomocą baterii rakiet przeciwlotniczych.

Posterunki radarowe wysyłają informacje o wykrytych i śledzonych obiektach powietrznych. Trochę to przypomina internet: strumień danych idzie łączem światłowodowym do komputera stanowiska dowodzenia, który wyświetla je na wielkim monitorze LCD na tle mapy sektora czy kraju. Znana jest lokalizacja każdego samolotu, śmigłowca, aparatu bezpilotowego – wojskowego i cywilnego.

Kontrolerzy naprowadzania i kierowania ogniem studiują te dane i wydają odpowiednie polecenia. Jeśli samolot jest pasażerski, ma lecieć dalej spokojnie i zgodnie z przeznaczeniem. Jeśli to naruszyciel – uruchamia się przeciw niemu własne myśliwce. Identyfikują go wzrokowo, odprowadzają poza granice kraju albo zmuszają do lądowania.

W czasie wojny, gdy na ekranie pojawi się wrogi nalot, chmara myśliwców rusza mu na spotkanie, odpalając salwę rakiet. Kiedy myśliwce odlatują po nowe rakiety i paliwo, na wroga kieruje się rakiety przeciwlotnicze, ulokowane z reguły przy ważnych obiektach jako ostatnia linia obrony. Wszystko dzieje się na rozkaz i pod pełną kontrolą. Polecenia wydają kontrolerzy, ale czuwa nad nimi starszy zmiany operacyjnej albo wręcz sam dowódca sektora. Pracę nadzoruje zaś centralne stanowisko dowodzenia, które w razie potrzeby może przerzucić myśliwce czy mobilne wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych z miejsca na miejsce. Ma też prawo zmieniać decyzje podjęte w którymś sektorze. Personel jest pilnowany. Jeśli w sektorze brak czasu na weryfikację jakichś informacji, pracę tę wykonuje centralne stanowisko i instruuje, co robić.

Dowódca dywizjonu (pułku, brygady) rakiet przeciwlotniczych otrzymuje więc polecenia wraz z obrazem sytuacji. Wie, które cele atakować, a których nie. O żadnej samowoli nie ma mowy. System ma działać jak dobrze naoliwiona maszyna.

Czytaj także: Irańczycy zbyt szybko wykluczyli zestrzelenie

Samolot cywilny czy wojskowy

Każdy samolot ma na pokładzie specjalny odbiornik do komunikacji: transponder. Radar wojskowy czy cywilny wysyła zapytanie, a transponder na nie odpowiada. Na radar naziemny dociera w ten sposób czterocyfrowy sygnał identyfikacyjny (tzw. squawk), a także informacje o wysokości, kursie i prędkości lotu obserwowanego obiektu. Cywilne samoloty odpowiadają na zakresie znanym jako Mode III.

Maszyny wojskowe mają własne i odpowiednio zaszyfrowane zakresy. Na przykład NATO przechodzi właśnie z Mode IV na lepiej kodowany Mode V. We wszystkich krajach zachodnich system jest połączony – wojskowo-cywilny. Jeśli więc radar cywilny wyśle zapytanie do samolotu wojskowego, ten odpowie mu na zakresie cywilnym i odwrotnie.

Ponadto cywilna służba ruchu lotniczego zgłasza wojsku „squawki”, więc radar wie od razu, z jaką maszyną ma do czynienia. Jeśli zaś samolot nie odpowie wcale lub poda na zakresie cywilnym fałszywy sygnał identyfikacyjny (nieprzydzielony przez służbę ruchu lotniczego), to od razu wiadomo, że to naruszyciel albo wróg. Dyżurny personel dowodzenia obroną powietrzną wie, jak w takiej sytuacji zareagować, procedury są sztywne i dokładne.

Czytaj także: Czy Polska może liczyć na NATO po 2020 roku?

Rosyjskie maszyny z wadami

Rzecz w tym, że w ZSRR przyjęto inną koncepcję, obarczoną poważnymi wadami. W lotnictwie cywilnym zaadoptowano opisany wyżej międzynarodowy system identyfikacji na zakresach cywilnych z interrogatorami i transponderami na pokładach. Wojsko opracowało zaś swój hermetyczny system działający na zasadzie „własny wojskowy” – „inny” (wróg lub cywil).

Najpierw był to system Kremnij, potem cyfrowy Parol. Świetnie zakodowany, trudny do zhakowania. Tyle że wojsko nie wie, czy niezidentyfikowany samolot to wrogi bombowiec czy Bogu ducha winny pasażerski liniowiec. Taki system zamontowano na zestawach Tor M1 sprzedanych do Iranu. Operatorzy systemu nie wiedzą, jaki samolot obserwują. Wiedzą tylko, że nie „własny wojskowy”. Ale czy cywil, czy wróg – to już trzeba zgadywać albo wykonać telefon. A na to nie zawsze jest czas.

To już drugi przypadek w historii, kiedy specyfika rosyjskiego systemu mogła przyczynić się do tragedii. W 2014 r. nad Donbasem dowódca zestawu Buk też miał do dyspozycji tylko wojskową identyfikację. Każdy, kto nie odpowiadał, był albo wrogiem, albo cywilem. Wtedy strzelano do ukraińskiego Su-25 atakującego separatystów. A trafiono w malezyjskiego boeinga 777.

Tor to zestaw bliskiego zasięgu. Jego radar wykrywa obiekty na dystansie 25 km, a strzela na odległość 12 km. Dowódca baterii miał na decyzję najwyżej dwie i pół minuty, bo samolot lecący z prędkością ok. 500 km/h pokonuje 20 km właśnie w takim czasie.

Czytaj także: Co wiemy o samolocie, który rozbił się w Kazachstanie

Chaos w Teheranie

Skąd się wziął zestaw przeciwlotniczy Tor w osłonie ważnego obiektu pod Teheranem, ewidentnie niepodłączony pod krajowy, zintegrowany system obrony powietrznej? Kto podjął skrajnie bezmyślną decyzję, by pozostawał w dyżurze bojowym w pobliżu międzynarodowego portu lotniczego? Kto dał dowódcy takiej baterii prawo do otwierania ognia? Czy Rosjanie nie dorzucili instrukcji? A może nie przeczytano jej ze zrozumieniem? Byle wartownik ma obowiązek najpierw ostrzec, a dopiero potem strzelać...

Zestaw Tor nie do tego służy. Autonomicznie działające wyrzutnie na gąsienicowym podwoziu mają towarzyszyć wojskom na froncie, osłaniać czołgi, piechotę i artylerię. A w czasie pokoju albo stoją w garażach, albo jadą na ćwiczenia. Jeśli zestaw miał osłaniać ważny obiekt, to należało ustanowić w tym rejonie strefę zakazaną dla lotów.

Czytaj także: Największa katastrofa lotnicza w historii Polski

Dwie równoległe armie Iranu

Iran jest specyficzny, jeśli chodzi o zasoby militarne. Są więc Siły Zbrojne Islamskiej Republiki Iranu, składające się, jak wszędzie na świecie, z wojsk lądowych, sił powietrznych i marynarki wojennej. Mają też komponent działań specjalnych.

Ale jest też Korpus Strażników Rewolucji. To druga, równoległa armia, przypadek chyba nigdzie indziej niewystępujący. Korpus nie przypomina Gwardii Narodowej, zintegrowanej z wojskiem regularnym jako komponent rezerwowy. Gwardia służy do wzmocnienia sił dodatkowymi jednostkami, szkolonymi według takich samych standardów itd.

Tymczasem formacje Iranu mają różne zadania, różną organizację i hierarchię. Regularne wojska bronią granic i pilnują porządku wewnętrznego. Elitarny Korpus Strażników Rewolucji broni zaś władz oraz idei. To najbardziej zaufani ludzie. Zdarza się, że irańskie wojsko robi jedno, a Korpus, który ma nawet własne lotnictwo wojskowe – coś całkiem innego. Niczym państwo w państwie.

Władze Iranu sugerowały, że za zestrzelenie odpowiada właśnie Korpus Strażników Rewolucji. Dowódca jego sił powietrznych gen. bryg. Amir Ali Hajizadeh mówił, że chciał ustanowić w rejonie strefę zakazaną dla lotów. Ale ktoś „na górze” się nie zgodził. Niezwykłe oskarżenie: chciałem dobrze, sknocili przełożeni.

Śledztwo jest w toku. Ciekaw jestem, czy Iran wskaże winnych i czy zostaną odpowiednio ukarani. Obawiam się, że znajdą raczej kozłów ofiarnych. A winni bałaganu – ludzie zajmujący zapewne wysokie stanowiska w państwie i w wojsku – pozostaną bezkarni.

Czytaj także: To już koniec wielkich pasażerskich samolotów

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Bo zupa była za droga. Domowa przemoc majątkowa

Kto ma pieniądze, ten ma władzę. W polskich domach pieniądze mają z reguły mężczyźni. I wykorzystują to. Tak rodzi się przemoc ekonomiczna.

Adam Grzeszak, Magdalena Kicińska
11.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną