Świat

Nowe negocjacje, a Bruksela i Londyn są daleko od siebie. Co dalej?

Boris Johnson Boris Johnson Frank Augstein/PA Images / Forum
Zupełnie „wolny handel”? Bariery celne? Wystąpienia Michela Barniera i Borisa Johnsona ujawniły wielką różnicę w początkowych stanowiskach negocjacyjnych Londynu i Brukseli.

Całkowicie „wolny handel” między Unią Europejską a Wielką Brytanią? Obrona za pomocą barier celnych przed „Singapurem nad Tamizą”? A może coś pośredniego? Michel Barnier, główny negocjator ds. brexitu, przedstawił projekt wytycznych, które po zatwierdzeniu przez kraje wspólnoty pod koniec lutego będą wyznaczać priorytety i czerwone linie w rokowaniach. Powinna wejść w życie po okresie przejściowym (Brytyjczycy są nieobecni w unijnych instytucjach, ale poza tym funkcjonują, jakby byli członkami Unii), czyli w styczniu 2021 r.

Premier Boris Johnson wyklucza przedłużenie tego etapu, więc Unia zmierza do wypracowania głównej części umowy do grudnia. Jej najpilniejsza część, handlowa, mogłaby wejść w życie na „zasadzie tymczasowej” (Unia praktykuje to przy tego rodzaju porozumieniach), czyli za zgodą Rady UE i europarlamentu. Negocjowanie mniej ważnych fragmentów i pełna ratyfikacja odbyłyby się później.

Czy Londyn zgodzi się na „równe zasady gry”?

Decyzja Londynu o wyjściu ze wspólnego rynku i unii celnej oznacza, że po okresie przejściowym na granicy między Unią a Wielką Brytanią pojawią się kontrole celne (potrzebne nawet przy zerowych stawkach), sprawdzające pochodzenie towarów i ich unijnymi zgodność z normami, np. spożywczymi. „To automatyczna konsekwencja decyzji Brytyjczyków” – tłumaczył Barnier. I powtórzył kluczową ofertę, czyli zupełnie wolny handel towarowy („zero ceł, zero kwot” eksportowych) w zamian za przestrzeganie podstawowych standardów w dziedzinie ochrony środowiska, polityki klimatycznej, praw pracowników i konsumentów, a także ograniczeń w zakresie pomocy publicznej, m.in. subsydiów czy ulg podatkowych dla firm.

Wymóg i sposób egzekwowania „równych zasad gry” w produkcji i funkcjonowaniu przedsiębiorstw, czyli – jak to już nazywano w brukselskim żargonie – zasada LPF (od level playing field) będzie prawdopodobnie najtrudniejszym punktem rokowań. A jeśli nie dojdzie do kompromisu, odrodzi się ryzyko „no deal”, czyli przejścia na zasady Światowej Organizacji Handlu (WTO). Johnson uatrakcyjnia ten wariant Brytyjczykom, nazywając go „relacjami na wzór stosunków UE–Australia”, tymczasem zasady WTO to przykładowo nawet do 10 proc. ceł w handlu samochodami.

Zasada LPF jest szczególnie ważna dla krajów Unii mocno związanych z Wielką Brytanią wymianą handlową i łańcuchami dostaw, czyli m.in. dla Francji, podchodzącej bardzo zasadniczo do „równych zasad gry”. Brytyjscy przedsiębiorcy niezwiązani wyśrubowanymi, a zatem i kosztownymi standardami unijnymi oszczędzaliby bowiem na kosztach produkcji, a to – przy regule „zero ceł, zero kwot” – narażałoby unijnych producentów na nierzetelną konkurencję cenową. O ile wspólnym unijnym mianownikiem wydaje się teraz żądanie, by Brytyjczycy nie obniżali swych standardów (identycznych z unijnymi), o tyle Paryż sygnalizuje radykalniejsze postulaty „dynamicznego dostosowania”. Chodzi o wymóg dostosowania się Londynu także do przyszłych zmian w niektórych standardach UE, np. dotyczących emisji CO2 w produkcji przemysłowej.

Czytaj też: Dominic Cummings – zły duch brexitu

Johnson odrzuca postulat Brukseli

Johnson już dzisiaj odrzucił postulat, by „równe zasady gry” uczynić warunkiem zawarcia porozumienia handlowego. Jednocześnie zapewnił, że Wielka Brytania „bez przymusu traktatowego” zachowa najwyższe wymogi, bo nie opuszczała Unii w celu „dumpingu handlowego, socjalnego czy środowiskowego”.

Szkopuł w tym, że po stronie Unii nie ma gotowości, by wierzyć Londynowi – a tym bardziej samemu Johnsonowi – na słowo i stąd postulaty zapisania LPF w umowie. Zresztą nawet gdyby Borisowi zechcieli uwierzyć politycy rządzący w UE, to wyborcom trudno byłoby pogodzić się z ryzykiem „Singapuru nad Tamizą”, wykorzystującego niższe normy do konkurowania z unijnymi firmami. Zaledwie parę lat temu Belgowie o mało co nie wywrócili ratyfikacji umowy CETA o wolnym handlu między UE a Kanadą właśnie z powodu – wówczas mocno rozdmuchanych – obaw o zaniżenie standardów socjalnych i środowiskowych.

Różne stanowiska Londynu i Brukseli

„Wielka Brytania to wielki kraj i wielki rynek tuż przy naszych granicach. I oferujemy Brytyjczykom wyjątkowo ambitną umowę” – tak Barnier tłumaczył, dlaczego Unia była znacznie mniej restrykcyjna w kwestii równych zasad gry m.in. w przypadku CETA. Zresztą umowa z Kanadą przewiduje kwoty eksportowe do Unii w niektórych branżach. Barnier musi też bronić się przed brytyjską krytyką, że UE w rozstrzyganie przyszłych sporów zamierza wciągnąć TSUE. Tyle że nie chodzi tu o „podporządkowanie jurysdykcji TSUE”, lecz o wykładnię unijnych przepisów na użytek ewentualnych rozstrzygnięć w ramach przewidzianych unijno-brytyjską umową. Zwłaszcza że ma ona obejmować także kwestie bezpieczeństwa wewnętrznego, a zatem np. danych osobowych obywateli UE.

Czytaj także: Skąd się wzięła moda na irlandzkie paszporty?

Na co zgodzi się Unia

Wystąpienia Barniera i Johnsona pokazały wielką różnicę w początkowych stanowiskach negocjacyjnych Londynu i Brukseli. Brytyjczyk próbował ją osładzać wizją rozlicznych i szybkich porozumień handlowych z resztą świata, w tym USA. Jeśli między Unią a Wielką Brytanią nie dojdzie do kompromisu w sprawie „równych zasad gry”, to rokowania – zgodnie z ostrzeżeniami Brukseli – wejdą w trudną fazę targów na zasadzie „mniej LPF, mniej wolnego handlu”. A to może zamienić się w przepychankę między krajami wspólnoty.

To byłby też test siły negocjacyjnej Polski, której w kontekście Wielkiej Brytanii zależy na eksporcie spożywczym (kłopot w tym, że towary rolne często padają ofiarą ograniczeń kwotowych w handlu) i transporcie drogowym. W dotychczasowych rozmowach siłą wykazały się kraje z rybakami łowiącymi na brytyjskich wodach, bo już dziś Barnier szybkie porozumienie w sprawie łowisk nazwał warunkiem umowy o handlu przed końcem roku.

Unijna oferta pełnej liberalizacji handlowej w zamian za LPF obejmuje towary, ale nie usługi, także finansowe, będące jednym z ważniejszych dóbr eksportowych Wielkiej Brytanii. Brytyjskie firmy z sektora finansowego po okresie przejściowym na pewno stracą unijną „paszportyzację” (nie będą traktowane przez regulatorów jak firmy z UE). Ale to nie wyklucza – znów w efekcie trudnych targów – sporych ułatwień, którymi cieszą się firmy amerykańskie mimo braku umowy handlowo-inwestycyjnej między UE a USA.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Kawiarnia literacka: Jerzy Pilch, Kinga Strzelecka

Polska to nie jest kraj, w którym wypada mówić, że 500 plus nie należy się wszystkim.

Jerzy Pilch, Kinga Strzelecka
26.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną