Świat

Premier Boris Johnson pandemii się nie boi, a powinien

Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson Simon Dawson / Reuters / Forum
Rząd Johnsona chowa głowę w piasek, a to grozi katastrofą. Londyn, Manchester i Bristol mogą zmienić się w wylęgarnie wirusa, a Wielka Brytania – w małą kolonię chorych na dżumę.

Na razie rząd w Londynie nie wprowadza żadnych istotnych restrykcji w walce z wirusem – apeluje o mycie rąk, sugeruje, aby przeziębieni zostali w domu, zachęca do zdalnej pracy. Głosi oczywiste oczywistości: kaszleć trzeba w chusteczkę, a potem ją wyrzucać, trzymać się od siebie w odległości metra albo dwóch i nie podawać sobie rąk. Szkoły działają normalnie, nikt nie myśli o zamykaniu galerii handlowych, ale rząd prawdopodobnie od przyszłego weekendu zakaże imprez masowych. Prace nad przepisami, które mają to umożliwić mają rozpocząć się dopiero po niedzieli.

Coraz więcej chorych Brytyjczyków

Ta beztroska to w tej chwili ewenement w skali Europy. Boris Johnson uważa, że brak dowodów na skuteczność ograniczeń. Tymczasem chorych przybywa, tylko wczoraj odnotowano 200 nowych zakażeń, to skok aż o jedną trzecią. Co prawda testów robi się w Londynie więcej niż choćby w Warszawie.

Specjaliści, politycy, w tym były minister zdrowia Jeremy Hunt i były premier Gordon Brown, nakłaniają Johnsona do podjęcia odpowiedzialnych i stanowczych działań już teraz. Sir Patrick Vallance, główny doradca medyczny rządu, twierdzi tymczasem, że jeśli zbyt szybko wygasi się wirusa, to wróci ze zdwojoną siłą. Cóż, Włosi przerobili inną lekcję.

Czytaj też: Dlaczego koronawirus uderzył właśnie we Włoszech

Biznes na Wyspach nie chce ograniczeń

Johnson może się zasłaniać nauką, modelami komputerowymi i własnymi specjalistami, ale prawda widoczna na jego twarzy jest inna: konserwatywny premier nie może uwierzyć, że zamiast bić brexitową pianę, musi walczyć z wirusem. Ten zaś już uderza w gospodarkę i rozkłada na łopatki służbę zdrowia.

Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Organizatorzy imprez (meczów piłkarskich czy wyścigów konnych) przyznają z rozbrajająco szczerością, że zakazy uderzą w ich dochody. Na spadki narzekają restauratorzy. O ofiarach odraczania takich decyzji mało kto wspomina. Nie bez powodu Napoleon nazywał Anglików „narodem sklepikarzy”. Mentalność „Little Englanders”, słynących z oszczędności i egoizmu, w dobie walki z wirusem może grozić klęską.

Sprawdź: Zwięzły poradnik dla skołowanych i zajętych

Rozproszeni Brytyjczycy

Jest też inny argument wyjaśniający bierność Johnsona: specyfika tego „społeczeństwa atomów”. Odwołanie zajęć zmusiłoby Brytyjczyków do zostania w domach, a to wymaga zmiany zwyczajów. Silne więzy rodzinne to rzadkość, duża jest mobilność w poszukiwaniu pracy (rodziny są więc rozrzucone po kraju). Szkoła to miejsce nauki, ale i przechowalnia dla dzieci. Jeśli rodzice nie znajdą dla nich czasu ani nikogo do opieki, to nie pójdą do pracy. Nie dziwią więc wyniki badań – nieco ponad 30 proc. osób popiera restrykcje. Brytyjczycy wolą liczyć na swój zdrowy rozsądek i dyscyplinę społeczną. Choć wiadomo, że w przypadku panującej pandemii to akurat nie wystarczy.

Johnson obawia się, że zamknięcie szkół uderzy też w dyspozycyjność pracowników publicznej służby zdrowia, jednej z najgorszych w Europie. Liczba łóżek szpitalnych na 10 tys. mieszkańców jest tu ponaddwukrotnie niższa niż w niedoinwestowanej Polsce.

Nie takie plany miał Boris Johnson

Trudno mówić zarazem o „brytyjskiej flegmie” w reakcji na koronawirusa. Raczej o specyficznej filozofii, że nic, nawet wojna z zarazkiem, nie może utrudniać życia, ograniczać przyjemności i swobód. Kapłan tej filozofii, czyli premier, być może gorzko pożałuje swojej opieszałości. Miał po brexicie inne plany, więc zgrzytając zębami, musiał zmienić priorytety. Rokowania w sprawie układów handlowych z Unią po okresie przejściowym (trwającym do końca roku) zostały zawieszone. Zamiast tego Boris, niczym PiS w Polsce, musi na gwałt łatać dziury w służbie zdrowia, pozbawionej inwestycji od ponad dekady. Nie da się nadrobić zaległości w parę tygodni. Udający Churchilla publicysta-propagandysta musi więc stawić czoła niemal wojennemu wyzwaniu. Decyzje, które podejmie jego rząd, będą najbardziej znaczące w nowoczesnej historii kraju. Tymczasem Boris obrał strategię, której nie zalecają władze ani eksperci w żadnym innym kraju.

Jeśli w Wielkiej Brytanii powtórzy się scenariusz włoski, Johnson zapłaci wysoką polityczną cenę za bierność. Rząd Mateusza Morawieckiego ma te same grzechy na sumieniu (oszczędności kosztem zdrowia obywateli, wydatki na propagandę TVP zamiast na szpitale), ale działa odwrotnie, bo wie, że system nie daje rady. Uderza więc w propagandowe bębny i grozi kolejnymi obostrzeniami, by potem powiedzieć: zrobiliśmy, co mogliśmy.

Obie strategie – brytyjska i „pisowska” – są cyniczne, choć ta druga mimo wszystko jest mniej nielogiczna, ba, może się okazać zbawienna. Lepiej zrobić trochę więcej i wygrać, niż trochę za mało i przypłacić to życiem wielu osób.

Czytaj też: Szpitale nie są gotowe na pandemię. „Na łapu-capu uzupełnia się braki”

Czy premier Johnson ochroni Brytyjczyków?

Coraz więcej Brytyjczyków zastanawia się, czy ich premier nie popełnia historycznego błędu. Skoro na wszelki wypadek odwołała lekcje Irlandia, skoro chce to zrobić Szkocja? Do szkół nie chodzą dzieci (i studenci) we Francji, Polsce itd. Czyżby wszyscy się mylili? Czy warto dopuścić do takiego rozwoju epidemii, że trzeba będzie zamknąć wszystkich w domach i grzebać tysiące zmarłych? To kontrowersyjna, okrutna droga ku „narodowej odporności”.

Jeśli krajom Unii uda się obronić przed wirusem, Wielka Brytania może się stać pariasem i zadżumioną wyspą. To oczywiście najczarniejszy scenariusz, ale kto postawiłby sto funtów, że tak na pewno nie będzie? Boris Johnson wyraził współczucie i solidarność z Włochami. Mądrzej by zrobił, gdyby czytał relacje i apele włoskich lekarzy, którzy piszą o apokalipsie i ostrzegają Europę – działajcie, by nie podzielić naszego losu. Coraz więcej imprez sportowych w Wielkiej Brytanii odwołują sami organizatorzy, wszystkie wyjścia odwołała Elżbieta II. A Johnson przełożył majowe wybory lokalne. Brytyjczycy zaczynają zdawać sobie sprawę z zagrożenia, które może osiągnąć apogeum za 10–14 dni. Apel, żeby chorzy pozostali w domach przez tydzień, sprawił, że gwałtownie opustoszały ulice. Panika robi jednak swoje.

Johnson zapowiedział pod naciskiem opozycji, że przedstawi w parlamencie projekt specjalnych uprawnień dla policji np. do odizolowania chorych nawet wbrew ich woli.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną