Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Generał znów na czele Pentagonu? Nawet demokraci są przeciw

Gen. Lloyd Austin Gen. Lloyd Austin Saad Shalash / Reuters / Forum
Biden zmienił zdanie i zamiast pierwszej w historii kobiety na czele departamentu obrony stawia pierwszego w historii Afroamerykanina. Gen. Lloyd Austin od początku ma pod górkę.

Historia dzieje się na naszych oczach, choć inaczej, niż wydawało się kilka tygodni temu. Najwyższym rangą Afroamerykaninem w gabinecie Joego Bidena i pierwszym czarnoskórym sekretarzem obrony USA ma być emerytowany czterogwiazdkowy gen. Lloyd Austin. Mimo swej imponującej postury to postać mało znana, oficer nieszukający rozgłosu, wręcz unikający mediów. Dlatego jego kandydatura skupia ogromną uwagę już kilkanaście godzin po jej ogłoszeniu i potwierdzeniu.

Już sam sposób, w jaki prezydent elekt tego dokonał, jest wyjątkowy. Biden napisał o Austinie artykuł do poczytnego pisma „The Atlantic”, tłumacząc swój wybór i wyznaczając mu najważniejsze zadanie: walkę o zaszczepienie jak największej liczby Amerykanów. Ma w tym pomóc logistyczne doświadczenie wojskowego, który swego czasu nadzorował operację masowego wycofania wojsk z Iraku. Według Bidena profesjonalizm Austina wykazany wtedy zaprocentuje w najbliższych miesiącach. Ale aby w ogóle zacząć walkę o powszechne szczepienia, generał musi stoczyć bitwy w Kongresie, z którego już słychać sprzeciw wobec jego nominacji. Co ciekawe, nie tylko od republikańskiej opozycji. Dlaczego doświadczony weteran, symbol rasowej zmiany w USA, miałby się komukolwiek po demokratycznej stronie nie podobać?

Podkast: Co Biden oznacza dla świata, Europy i Polski

Wojskowy sekretarzem obrony?

Chodzi właśnie o to, że Lloyd Austin jest wojskowym, a mundur zdjął po 41 latach służby całkiem niedawno, w 2016 r. Amerykańskie przepisy pozwalają wyznaczać żołnierzy na stanowiska państwowe po upływie minimum siedmiu lat od zakończenia czynnej służby. Jeśli ma to nastąpić wcześniej, specjalną zgodę musi wydać Kongres.

Nominacje wojskowych na najwyższe stanowiska rządowe są niezmiernie rzadkie. Gdyby udało się to w przypadku Austina, byłby zaledwie trzecim w historii USA generałem na czele departamentu obrony. Drugi pełnił tę funkcję chwilę temu – Donald Trump z wojskowej emerytury ściągnął do Pentagonu wojskową legendę Jamesa Mattisa. 45. prezydent demonstrował początkowo sympatię do generałów i chętnie się nimi otaczał, potem jednak Mattisa i innych mieszał z błotem, obrażał, kwestionował ich kwalifikacje, co nie pozostawało bez echa w szeregach sił zbrojnych. Zdaniem wielu wojskowych angażowanie się w taką politykę nie przynosi szczególnej chwały, zwłaszcza doświadczonemu i zasłużonemu oficerowi.

Z kolei dla polityków cywilna kontrola nad armią jest świętością, a mieszanie ról – niedopuszczalne. „Wyjątek powinno się robić raz na pokolenie”, mówił w 2017 r. ważny demokratyczny senator Jack Reed, gdy głosował za objęciem stanowiska przez Mattisa, szanowanego ponad podziałami. Reed zapowiadał wtedy, że nigdy powtórnie nie podniesie ręki za mianowaniem sekretarzem obrony wojskowego, ale dzisiaj jest mniej stanowczy i chciałby przynajmniej wysłuchać, co Austin ma do powiedzenia.

„To nie jest robota dla generała”

Nie znaczy to, że opozycja wobec kandydatury generała osłabła. Republikanin John Thune mówi ostro: „To ma być wyjątek, nie reguła. Zrobiliśmy to dla Mattisa, ale cywilne zwierzchnictwo nad Pentagonem po coś zostało ustanowione”. Demokrata Jon Tester jest równie stanowczy: „Nie głosowałem na Mattisa, nie zagłosuję i na niego. Uważałem Mattisa za świetnego sekretarza obrony, ten pewnie też będzie świetny. Ale są zasady”. Demokrata Richard Blumenthal: „Nie ma mowy, żebym to poparł”. Wpływowy republikanin z komisji obrony Tom Cotton też ma wątpliwości.

Sprzeciw słychać nie tylko na Kapitolu. „Washington Post” opublikował apel prawniczki i komentatorki politycznej (nieradykalnej) Jennifer Rubin, by demokraci odrzucili kandydaturę Austina i nie powoływali więcej generałów na cywilne stanowiska. W podobnym tonie pisze „New York Times”: sorry, gen. Austin, świeży wojskowy emeryt nie powinien być sekretarzem obrony. Słowa te są tym bardziej znaczące, że pochodzą od Jima Golby′ego, byłego doradcy wiceprezydenta Bidena, a także Mike′a Pence′a. „Nie chodzi o samego generała, który jest świetnym dowódcą. Chodzi o to, że sekretarzem obrony powinna być osoba cywilna, a nie wojskowy” – tłumaczy ekspert. Elliot Cohen, profesor politologii z uniwersytetu Johnsa Hopkinsa, pisze wprost: to nie jest robota dla generała.

Krytyka decyzji Bidena jest więc zaskakująco ostra, a zgoda na nominację Austina wcale nie wydaje się przesądzona. O ile jego kandydatura się utrzyma, generała czekają dwa przesłuchania: w komisji Senatu i Izby Reprezentantów, która w procesie udzielania wyjątkowej zgody też ma głos. A ponieważ Lloyd Austin nigdy nie należał do gwiazd mediów, jego poglądy są większości kongresmenów nieznane. Ten „niewidzialny generał”, jak kiedyś nazwał go „New York Times”, będzie musiał wyjść z cienia i przemówić, i to od razu na wiele trudnych tematów.

Pierwsze kadrowe potknięcie Bidena?

Przesłuchania w Kongresie potrafią ciągnąć się godzinami, a pytania bywają zaskakująco szczegółowe. Na pewno padną też te dotyczące całkiem niedawnej przeszłości Austina, już po zdjęciu munduru. Dał się bowiem zatrudnić dwóm koncernom zbrojeniowym, Raytheon i United Technologies, które zresztą się połączyły i stworzyły giganta Raytheon Technologies, drugą co do wielkości firmę dostarczającą sprzęt i uzbrojenie Pentagonowi.

Pisarz i dziennikarz zajmujący się stykiem wojska i polityki Fred Kaplan zwraca na to uwagę na poczytnym liberalnym portalu „Slate”. Praktyka zapraszania byłych wysokich rangą dowódców do rad firm zbrojeniowych, energetycznych, telekomunikacyjnych jest w USA powszechna, co nie znaczy, że akceptowana, zwłaszcza na lewicy. Zaledwie miesiąc temu, w listopadzie, zaraz po wygranych przez Bidena wyborach grupa progresywnych polityków demokratycznych napisała do elekta apel, by unikał wyznaczania na sekretarza obrony kogokolwiek powiązanego w jakikolwiek sposób z biznesem obronnym.

To właśnie z lewego skrzydła partii było słychać pomruki niezadowolenia, gdy niemal oczywistą kandydatką zdawała się być Michele Flournoy, której „grzechem” miało być posiadanie firmy konsultingowej obsługującej dostawców broni. Jeśli to budziło sprzeciw, kandydatura członka rady dyrektorów zbrojeniowego giganta wywoła furię. W liście przypomniano, że trzej sekretarze obrony z czasów Trumpa mieli związki z biznesem: Mark Esper przyszedł z Raytheona, Patrick Shanahan z Boeinga, a Jim Mattis zasiadał w radzie General Dynamics. Autorzy przypominają słynne słowa prezydenta Dwighta Eisenhowera, który odchodząc z Białego Domu, przestrzegał przed potęgą „kompleksu przemysłowo-wojskowego”. Teraz człowiek ze środka owego kompleksu ma zostać szefem Pentagonu. Czy to pierwsze kadrowe potknięcie Bidena?

Czytaj też: Dlaczego Donald Trump zbroi Arabów?

Po prostu został wojskowym

Prezydent elekt jakby przeczuwał, że może tak być, i wsparcie kandydatury Austina przygotował na piśmie, czego nie robił wcześniej w odniesieniu do żadnej innej decyzji personalnej. Biden w tekście opublikowanym w „The Atlantic” wspomina, jak poznał generała w Iraku dziesięć lat temu, gdy był dowódcą wielonarodowego korpusu. Chwali jego rolę jako pierwszego czarnoskórego COCOM-a, dowódcy obszarowego podległego bezpośrednio prezydentowi jako głównodowodzącemu. Austin dostał tę nominację w 2012 r. i już wtedy zapisał się na kartach historii Ameryki.

Dziś, gdy Stany zmagają się z nową falą napięć na tle rasowym, trudno o bardziej dobitny symbol odrzucenia rasizmu niż nominacja Afroamerykanina na eksponowane stanowisko. Pochodzący z niewolniczego południa, urodzony w 1953 r. w wielodzietnej rodzinie, Lloyd Austin jako nastolatek obserwował narodziny ruchu równouprawnienia Afroamerykanów. Gdy Martin Luther King mówił o wizji Ameryki dla wszystkich, przyszły generał miał dziesięć lat, a gdy pastor ginął od kuli zamachowca w Memphis, był 15-latkiem. Kariera wojskowa nie była jego pierwszym wyborem, miał iść na katolicki uniwersytet.

Za namową ojca wstąpił jednak w szeregi akademii West Point, którą ukończył w 1975 r. i jako młody podporucznik trafił do Europy, do Niemiec Zachodnich, na pierwszą linię zimnowojennego frontu, której szczęśliwie nigdy nie musiał przekraczać. Generałowie z jego pokolenia nie musieli walczyć z Sowietami, prawdziwą wojnę poznali w Afganistanie i Iraku. Austin odbył kilka tur na Bliskim Wschodzie, ostatecznie został strategicznym dowódcą odpowiedzialnym za najbardziej zapalny obszar świata, najważniejszy dla Ameryki w początkach XXI w. Na takiej karierze mógł się wypromować, tak jak robili to wybitni generałowie i admirałowie – Stanley McChrystal, David Petraeus, William McRaven – ale wolał pozostać po prostu wojskowym.

Mówił, że nie chce, by pamiętano go za kolor skóry, a za kwalifikacje i dokonania. Mimo to Biden w swoim „liście polecającym” podkreśla, że jako pierwszy czarnoskóry sekretarz obrony Austin będzie symbolizować i wspierać różnorodność społeczeństwa: „Czarnych, Latynosów, Azjatów, amerykańskich Indian, kobiety i żołnierzy LGBTQ”. Biden przechodzi do porządku nad obawami, że kieruje do Pentagonu wojskowego, wyraża nadzieję, że Kongres na to pozwoli, tak jak uczynił to w przypadku gen. Mattisa. Przekonuje, że on i jego kandydat wierzą w cywilną kontrolę nad armią, a były generał naprawi relacje cywilów z wojskowymi. Zastrzeżeniami dotyczącymi biznesowych powiązań Austina w ogóle się nie zajmuje.

Zadanie dla Ameryki: zakończyć wojny

Z tekstu prezydenta elekta wynika jasno, że nawet jeśli gen. Lloyd Austin zostanie sekretarzem obrony, jego głównym zadaniem nie będzie prowadzenie wojen. Biden pisze, że wobec zagrożeń zupełnie innych niż dekadę temu „USA muszą się przygotować do wyzwań przyszłości, a nie toczyć wojny przeszłości”. To czytelny sygnał, że zaraz po pokonaniu pandemii Austin będzie miał za zadanie zakończyć „wieczne wojny” na tak sobie bliskim Bliskim Wschodzie.

Prezydent elekt podkreśla, że siła militarna kierowana z Pentagonu będzie tylko częścią jego polityki i to mniej ważną: „[Austin] podziela moje głębokie przekonanie, że Stany Zjednoczone są najsilniejsze, gdy nasze przywództwo nie polega na demonstracji siły, a na dawaniu przykładu”. Pisze wprost, że politykę zagraniczną oprze na dyplomacji, sojuszach, aktywizowaniu świata wobec takich zagrożeń jak pandemie, katastrofa klimatyczna, proliferacja broni nuklearnej czy kryzysy migracyjne.

Nie ma wątpliwości, że kierować tą nową dyplomacją będą Anthony Blinken jako sekretarz stanu, John Kerry jako specjalny wysłannik do spraw klimatycznych, ambasadorka przy ONZ Linda Thomas-Greenfield, wreszcie sam Joe Biden, a rola Pentagonu i jego szefa spadnie albo raczej zmieni się. Ameryka jest wciąż potęgą militarną, ale żeby nią pozostać, musi bardzo wiele koncepcji przemyśleć na nowo i sporo zainwestować. Potrzebne są lata spokojnej pracy, do której stroniący od poklasku generał może się idealnie nadawać.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Niezbędnik

Prawda według filozofów

Prawda jest cechą zdania. Po prostu. Jej przeciwieństwem jest fałsz. Zdanie może być prawdziwe, fałszywe albo nie wiadomo jakie. Tylko jak to stwierdzić? Dzięki czemu mamy pewność, że o jednych zdaniach daje się powiedzieć, że są prawdziwe lub fałszywe, a o innych nie?

Magdalena Środa
04.04.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną