Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Ile demokracji w aplikacji. Jaśmina Hołowni nie była pierwsza

Polityczne aplikacje w różnych formach pojawiły się w większości demokratycznych krajów na świecie. Polityczne aplikacje w różnych formach pojawiły się w większości demokratycznych krajów na świecie. Adrianna Calvo / StockSnap.io
Aplikacja Jaśmina Polski 2050 ma przenieść partyjną politykę w świat cyfrowy i jest pierwszą tego typu inicjatywą nad Wisłą. Na świecie podobne rozwiązania stosuje się od dawna. Z różnym skutkiem.

Szymonowi Hołowni i jego współpracownikom nie można odmówić oryginalności w sposobie kreowania wizerunku Jaśminy. Przedstawiano ją jako głównego gościa kongresu, zapowiadanego tygodniami i owianego tajemnicą. W kuluarach spekulowano, że sekretnym prelegentem może być nawet Barack Obama, ostatecznie została nim pierwsza w Polsce polityczna aplikacja mobilna. Sam lider Polski 2050 podkreślał, że Jaśmina to kolejny dowód nowoczesności „hołowniaków”. Zamiast tradycyjnych kongresów, wojen frakcyjnych, zakulisowych paktów i przepychanek w parlamencie, czyli wszystkiego, czego zdaniem Hołowni wyborcy nienawidzą w starych, skostniałych partiach, przyszła pora na cyfryzację, przejrzystość i, przede wszystkim, demokrację bezpośrednią. Czyli taką, w której każdy obywatel ma wpływ na stanowisko swojego przedstawiciela.

Tyle jeśli chodzi o narrację. Już wiadomo, że praktyka będzie nieco inna, bo użytkownicy będą decydować tylko o sprawach, które przedłoży im samo stowarzyszenie wspólnie z think tankiem Strategie 2050. Żeby vox populi uznano za ważny, wypowiedzieć się musi co najmniej połowa członków organizacji, a żeby był wiążący dla władz formacji, dwie trzecie powinny zagłosować zgodnie. Wszystko w przedziale 50–67 proc. ma stanowić rekomendację dla partii do zajęcia oficjalnego stanowiska.

Czytaj też: Włoscy populiści wygrali dzięki aktywności w internecie

Włoski prekursor Jaśminy

Jaśmina jest pierwszą w naszym kraju aplikacją polityczną, w pewien sposób wyciąga więc nadwiślańską scenę partyjną z technologicznego niebytu. W kontekście globalnym, a nawet europejskim powiela jednak znane rozwiązania. Niektóre z nich przyniosły swoim twórcom sukcesy, inne okazały się niewypałami. Co najważniejsze, niewiele aplikacji osiągnęło cel, który Hołownia postawił Jaśminie: odmianę oblicza krajowej polityki.

Bodaj najsławniejszą, bo i najdłużej funkcjonującą platformą demokracji bezpośredniej był system Rousseau, założony w 2016 r. przez twórców włoskiego Ruchu Pięciu Gwiazd. Nazwany nieprzypadkowo od urodzonego w Genewie myśliciela i piewcy demokracji bezpośredniej, miał założenia podobne do polskiej aplikacji: dać głos szeregowym członkom, zlikwidować bezproduktywną hierarchiczność i wnieść nową jakość na partyjną scenę. Ruch wywodzi się zresztą z antypartyjności i bezpośredniości – przed uruchomieniem Rousseau jeden z założycieli tej formacji, znany komik Beppe Grillo, organizował happeningi, w których o to, jakie Ruch ma zająć stanowisko w parlamencie, pytał przechodniów czy turystów.

Głównym orędownikiem Rousseau był drugi założyciel tej formacji: biznesmen Gianroberto Casaleggio. Start platformy zbiegł się jednak z jego śmiercią, więc sukcesu demokracji bezpośredniej nie doczekał. A miałby co oglądać, bo przez długie lata Rousseau był głównym narzędziem operacyjnym Ruchu, prawdopodobnie jedynej organizacji pozapartyjnej o stricte populistycznym rodowodzie, która dyktowała warunki i realnie wpływała na politykę. Ruch Pięciu Gwiazd wszedł do rządu nie raz, ale szybko został karykaturą tego, z czym miał walczyć. Zwolennicy zarzucali jego kierownictwu zbytnią obrotowość w poglądach, bo do koalicji potrafili wejść zarówno z ultraprawicową Ligą, jak i centrolewicową Partią Demokratyczną. Dziś po antyestablishmentowym entuzjazmie nie ma śladu. Najdobitniej mówi o tym skład władz Ruchu – jego szefem został były premier Giuseppe Conte, utożsamiany raczej z polityczną elitą niż walczącym z nią ludem.

Czytaj też: We Włoszech faszyzm wraca na ulice

Ruch Rousseau

Rousseau nie uchronił Ruchu przed kryzysem. Chociaż był platformą o szerokich funkcjonalnościach, stał się raczej narzędziem do potwierdzania decyzji kierownictwa formacji. Za jego pomocą można było teoretycznie współtworzyć projekty ustaw, głosować w partyjnych referendach i prawyborach, szkolić się z aktywizmu. Ruch przeprowadził tak ponad 340 konsultacji, a pod koniec swojej politycznej służby miał 195 tys. zarejestrowanych członków.

Problem w tym, że w większości przypadków głosowania były wtórne wobec działań polityków. Przez pierwsze trzy lata na 40 referendów użytkownicy tylko dwa razy wypowiedzieli się inaczej niż działacze wcześniej w parlamencie. Liderów Ruchu oskarżano też o manipulowanie pytaniami. W przypadku referendum w sprawie poparcia dla rządu Mario Draghiego „tak” powiedziało blisko 60 proc. członków. Pytanie zawierało jednak tezę, że koalicja zapewni „ochronę wszystkich osiągnięć Ruchu”, co okazało się tylko pustym chwytem retorycznym.

Drogi Ruchu Pięciu Gwiazd i Rousseau rozeszły się w kwietniu 2021 r. Problemem okazały się pieniądze – właścicielem platformy była prywatna firma należąca do syna Gianroberto Casaleggio Davide. Członkowie Ruchu od dłuższego czasu nie płacili abonamentu wynoszącego 300 euro miesięcznie. Kiedy administratorzy przestali oferować swoje usługi, wybuchła bitwa o prywatność. Włoski regulator nakazał przekazać dane Ruchowi, ale bez publicznych sporów się nie obyło. Po drodze było jeszcze kilka ataków na serwery i żądań okupu w bitcoinach, aż wreszcie Rousseau przestał robić demokrację dla Ruchu Pięciu Gwiazd.

Czytaj też: Salwador. Państwo na bitcoiny

Brytyjska M.app, selfie i czat

Podobnie o swojej aplikacji myśleli twórcy M.app, platformy Momentum, aktywistycznej frakcji brytyjskiej Partii Pracy, często uważanej za bazę zwolenników Jeremy’ego Corbyna. Uruchomiono ją jako środek komunikacji dla delegatów na krajową konwencję organizacji, potem stała się źródłem informacji na temat jej działalności. Funkcjonalności były podobne co w Rousseau, choć zawierały więcej elementów znanych z platform społecznościowych. Można było wrzucić selfie, czatować, komentować newsy czy wyniki głosowania w parlamencie – ale przede wszystkim oddać głos na stanowisko frakcji. M.app wyróżniało się tym, że każda opcja była poparta argumentami.

Działacze nie ukrywali, w którą stronę chcieli pchać wyniki głosowania, ale starali się przedstawić racje obu stron – i za to głównie chwalono aplikację. Krytykowano zaś za wąskie spektrum podejmowanych tematów i „pozorny” pluralizm. Nawet jeśli bowiem opcje do wyboru były różne, to dzieliło je niewiele w kwestii ideologicznej i pragmatycznej. M.app brytyjskiej polityki nie zmieniło, ale z pewnością okazało się dobrym narzędziem pomostowym dla starej i nowej politycznej rzeczywistości – również dzięki cyfrowym narzędziom pomagającym m.in. rekrutować wolontariuszy dla Partii Pracy w słabszych dla niej okręgach.

Czytaj też: Jak się uprawia politykę w serwisach społecznościowych

Ameryka Obamy, Amercia Romneya

W tę samą niszę trafiła Obama for America, słynna aplikacja stworzona przez sztab byłego prezydenta w czasie walki o reelekcję w 2012 r. Nikt nie ukrywał, że chodzi o mobilizację wolontariuszy, więc najważniejsze były mapy okolicy, okręgi, w których można pomóc, daty i harmonogramy wieców. Do tego w miarę standardowy zestaw usług: codzienna prasówka podzielona na sekcje o Obamie i republikanach, informacje na temat kandydata demokratów, relacje z wydarzeń, zasady i prawa wyborcze. Niby niewiele, ale blisko dekadę temu robiło to sporą różnicę. Zwłaszcza że aplikacja kontrkandydata Obamy Mitta Romneya nie tylko bez przerwy się zawieszała, ale miała mnóstwo niedoróbek, na czele z literówką w nazwie – do dystrybucji trafiła jako Amercia.

Polityczne aplikacje w różnych formach pojawiły się już w większości demokratycznych krajów na świecie. Rozwijały je partie i formacje o proweniencji antysystemowej czy populistycznej, jak Ruch Pięciu Gwiazd, hiszpańskie Podemos, francuskie La France Insoumise, ale też tradycyjne ugrupowania mainstreamu, jak Partia Pracy, niemieckie SPD, hiszpańscy socjaliści z PSOE. Technologii w celach politycznych używa też rosyjski dysydent Aleksiej Nawalny, próbujący odsunąć od władzy Władimira Putina.

Wszystkie te platformy różniły (i różnią) się funkcjonalnościami i celami: niektóre były tymczasowe, skoncentrowane na kampanii, inne stały się narzędziem do teoretycznego chociaż wpływania na decyzje swojej organizacji. O co najmniej kilku z pewnością można powiedzieć, że zostawiły trwały ślad w politycznej rzeczywistości – tak było z aplikacją komitetu Obamy i przez długi czas z włoskim Rousseau. Wiele przepadło bez echa, kończąc jako świecidełka, dodatki do głównego dania, jakim była polityka w starym wydaniu. Mimo wszystko trend cyfryzacji polityki wzbiera na sile, więc stworzenie Jaśminy wydaje się krokiem w dobrą stronę. Czy rewolucyjnym, zbawiennym dla Polski 2050 – o tym zdecydują użytkownicy.

Czytaj też: Lawina pytań o przyszłość Facebooka

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Historia

Sto lat, szmat czasu. Górnego Śląska trudny powrót do domu

Śląsk przechodził przez wieki z rąk do rąk. Dziwny, z niebem niegdyś zasnutym dymami, dziś bujny zielenią. Słyszał różne mowy – czeską, niemiecką, włoską, angielską, francuską, polską. Sam gada swoim językiem, który nie ma prawa głosu, choć uparcie się o ten głos upomina.

Jan Dziadul
25.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną