Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Afera Credit Suisse. Wyszło na jaw, czyje fortuny przechowywał szwajcarski bank

Opublikowane przez 46 światowych redakcji tajne dokumenty odsłaniają prawdę o działalności Credit Suisse. Opublikowane przez 46 światowych redakcji tajne dokumenty odsłaniają prawdę o działalności Credit Suisse. Arnd Wiegmann / Reuters / Forum
Opublikowane przez 46 światowych redakcji tajne dokumenty odsłaniają prawdę o działalności Credit Suisse. Bank przez dekady był depozytariuszem fortun dyktatorów i przestępców. I niespecjalnie martwił się pochodzeniem tych pieniędzy.

W Polsce marka kojarzy się z ogromnymi centrami usług wspólnych, które od lat prowadzi w największych miastach. Globalnie to jeden z najbardziej wpływowych banków inwestycyjnych i korporacyjnych, absolutna pierwsza liga międzynarodowych finansów. Dlatego nawet najmniejszy wyciek poufnych danych z Credit Suisse wywołuje sejsmiczną falę i jeśli nie skandal, to przynajmniej niepokój w gabinetach możnych tego świata.

Czytaj też: Polskie pieniądze na Cyprze

Credit Suisse. Kto tu lokuje fortunę?

Nie inaczej było tym razem. Dokumenty dotyczące ok. 18 tys. rachunków bankowych, na których zdeponowano w sumie ponad 100 mld dol., pozyskała redakcja niemieckiego dziennika „Süddeutsche Zeitung”. Przekazał je anonimowy sygnalista z banku. Żeby uzmysłowić sobie skalę procederu, warto go wpisać w szerszy kontekst. Kwota, o której mowa w śledztwie, jest równa mniej więcej jednej szóstej polskiego PKB.

Niemieccy reporterzy podzielili się danymi z blisko 50 światowymi redakcjami i konsorcjum śledczym Organized Crime and Corruption Reporting Project. Wynika z nich, że Credit Suisse praktycznie od zakończenia II wojny światowej miał bardzo luźne, a co za tym idzie, niezgodne z przepisami podejście do prowadzenia prywatnych rachunków swoich najzamożniejszych klientów. Mówiąc dokładniej, nie sprawdzał, skąd pochodzą ich fortuny. A nawet jeśli to robił, to ignorował wątpliwości natury moralnej i prawnej. Proceder trwał kilka dekad – niektóre z kont założono jeszcze w latach 40. i prowadzono aż do połowy ubiegłej dekady.

Na pierwszy rzut oka nie powinno to może dziwić: szwajcarskie banki nawet w popkulturze czy stereotypach nie cieszą się specjalnie dobrą reputacją. Doniesienia o złocie nazistów, zrabowanych dziełach sztuki, żydowskich kosztownościach z czasów Holokaustu i legendy o zawartości sejfów w Zurychu elektryzują historyków amatorów i wyznawców teorii spiskowych. W dodatku śledztwa takie jak Panama Papers i Pandora Papers nie pozostawiają wątpliwości, że pieniądze w Szwajcarii przetrzymywać mógł każdy, kto miał ich odpowiednio dużo. Zmieniały się tylko nazwy banków, kancelarie obsługujące transakcje, nazwiska dyktatorów, oligarchów, monarchów i celebrytów, którzy zarabiali miliony, ukrywając w Szwajcarii swoje i tak już pokaźne majątki.

Czytaj też: Duńczycy kupują Panama Papers. Po co?

Długa lista podejrzanych kont

Skandal wokół wycieku danych z Credit Suisse powinien bulwersować przede wszystkim dlatego, że bank zachował się niezgodnie z prawem. Jak przypomina na łamach „New York Timesa” Daniel Thelesklaf, były szef szwajcarskiego regulatora finansowego, tamtejsze banki mają zakaz przyjmowania depozytów, w skład których wchodzą pieniądze z działalności przestępczej. Oczywiście same banki bronią się, twierdząc, że nie zawsze mają odpowiednie narzędzia, by zweryfikować źródła, ale dokumenty opublikowane przez „Süddeutsche Zeitung” jednoznacznie pokazują, że rzadko próbują. Przynajmniej tak było w przypadku Credit Suisse, który obsługiwał dziesiątki polityków wysokiego szczebla. Co do kilku z nich wątpliwe pochodzenie majątku potwierdzi zwykłe przeszukanie Google.

Na przykład Nervis Villalobos, były wiceminister energii Wenezueli. Credit Suisse otworzył mu rachunek w 2011 r. Przez dwa lata polityk zgromadził przeszło 10 mln dol. Bank nie widział w tym nic podejrzanego, mimo że prawnicy mieli w zanadrzu negatywny raport na temat Wenezuelczyka: był od pięciu lat podejrzewany o korupcję i malwersacje w związku z zarządzaniem PDVSA, państwowym koncernem naftowym. Przestępstwa finansowe w tym przedsiębiorstwie są jednym z głównych źródeł kryzysu, jaki od lat trapi Wenezuelę. Choć kraj ma jedno z największych złóż ropy na świecie, a do niedawna eksportował ją nawet do USA, na PDVSA raczej traci, niż zyskuje, głównie z winy polityków takich jak Villalobos. Już w 2006 r. zewnętrzna firma doradcza ostrzegała Credit Suisse i inne podmioty przed współpracą z nim. Szwajcarski bank ostrzeżenia zignorował. Inaczej niż amerykański departament sprawiedliwości, który w 2017 r. postawił Villalobosowi zarzuty kryminalne.

Lista podejrzanych właścicieli kont jest bardzo długa. Są tu były egipski dyktator Hosni Mubarak, autokrata Robert Mugabe z Zimbabwe, szefowie pakistańskiego wywiadu wojskowego czy król Jordanii Abdullah II. Ten ostatni jako jedyny udzielił dziennikarzom komentarza – jego służby prasowe stwierdziły jednak, że „pieniądze zdeponowane na kontach nie pochodzą z żadnej nielegalnej działalności”. Król w Credit Suisse przechowywał 224 mln dol.

Czytaj też: Złoto, druga waluta w Indiach

Zaufanie jest w cenie

Dla szwajcarskiego banku to wielki cios wizerunkowy, w dodatku nie pierwszy. W 2014 r. udowodniono, że pomagał obywatelom USA unikać i redukować obciążenia podatkowe, za co musiał zapłacić 2,6 mld dol. kar, odszkodowań i restytucji. W 2017 r. trzeba było zapłacić Amerykanom już 5,3 mld dol. za przekłamania w ofercie kredytowej. Niedawno z Credit Suisse z hukiem pożegnał się też jego prezes Tidjane Thiam, oskarżany o szpiegostwo przemysłowe i inwigilację pracowników. A jako jedyny czarnoskóry prezes tak dużego banku na świecie był dotąd poważany, zasiadał w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim i radzie patronackiej Council for Foreign Relations, najważniejszego amerykańskiego think tanku dyplomatycznego.

Zaufanie jest teraz w cenie być może bardziej niż kiedykolwiek. Śledztwa jednak dowodzą, że ryzykownie obdarzać nim szwajcarskie banki, skoro ufają każdemu, kto przynosi górę pieniędzy. W dłuższej perspektywie korzyści nie daje to nikomu.

Czytaj też: Przez Maltę do Europy. Groźny proceder z paszportami

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Niezbędnik

Prawda według filozofów

Prawda jest cechą zdania. Po prostu. Jej przeciwieństwem jest fałsz. Zdanie może być prawdziwe, fałszywe albo nie wiadomo jakie. Tylko jak to stwierdzić? Dzięki czemu mamy pewność, że o jednych zdaniach daje się powiedzieć, że są prawdziwe lub fałszywe, a o innych nie?

Magdalena Środa
04.04.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną