Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Świat

Nasze czarne podniebienia

Jurij Andruchowycz: Ukraina może być dla Rosji jak dynamit

Pisarz na tle placu Niepodległości w Kijowie podczas ukraińskiej rewolucji godności, 2014 r. Pisarz na tle placu Niepodległości w Kijowie podczas ukraińskiej rewolucji godności, 2014 r. Agata Grzybowska / Agencja Wyborcza.pl
Pisarz Jurij Andruchowycz o tym, czy Andrzej Duda mógłby zostać prezydentem Ukrainy, o moratorium na mówienie, a także o tym, co dzieli Polaków i Ukraińców, oraz o szansach na prawdziwe pojednanie.
Jurij AndruchowyczAnita Schiffer-Fuchs/Interfoto/Forum Jurij Andruchowycz

KATARZYNA KACZOROWSKA: – Rosyjskie zbrodnie w Buczy, Irpieniu, Borodiance były dla pana zaskoczeniem, czy można było się ich spodziewać?
JURIJ ANDRUCHOWYCZ: – Mam osobisty stosunek do tych miejsc. W Irpieniu byłem jako młody poeta na pierwszym seminarium dla młodych twórców, bo Związek Pisarzy ma tam Dom Pracy Twórczej. Tydzień czy dwa później zmarł Czernienko, po którym władzę w ZSRR objął Gorbaczow. Do tych miasteczek przeniosło się na stałe sporo moich znajomych artystów, pisarzy, tłumaczy. Tacy hipsterzy prowadzący normalny, europejski styl życia. Prawie wszyscy pracują w domu i mieszkając na prowincji, mieli blisko Kijów, akurat tak, by móc wyskoczyć na koncert, spotkanie, spektakl. Tworzyła się tam specyficzna, fajna społeczność, w znacznej mierze wywodząca się z Ukrainy zachodniej. Najpierw ci ludzie pojechali do Kijowa, a potem z niego uciekli…

Dlatego to, co się tam działo przez kilka tygodni rosyjskiej okupacji, było dla mnie bardzo bolesne. W Irpieniu, w ośmiopiętrowym bloku, na szóstym piętrze, mieszkał mój najbliższy przyjaciel, poeta Ołeksandr Irwaniec. I nie mógł uciec, bo razem z nim i żoną w tym mieszkaniu była też jej umierająca, ponad 90-letnia matka. Ani nie mogli jej zostawić, ani nie mieli jej jak zabrać. No więc on pisał ostatnie strony swojej nowej powieści, a za oknem latały pociski. Dzień i noc.

Uratował się?
Uratowała go desperacka grupa wolontariuszy.

Dlaczego desperacka?
Bo pod ostrzałem, ryzykując życiem, ratowali własnym autem znanych ludzi. Wywieźli ich do Kijowa, matka jego żony zmarła kilka dni temu. I oczywiście trochę słyszałem, a potem też czytałem o bestialstwie Rosjan, ale nie sądziłem, że to będzie i moje doświadczenie.

Polityka 21.2022 (3364) z dnia 17.05.2022; Rozmowa Polityki; s. 24
Oryginalny tytuł tekstu: "Nasze czarne podniebienia"
Reklama