Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Świat

157. dzień wojny. „Latające HIMARS-y”, czyli na co czeka Ukraina

Ukraińscy żołnierze w okolicy Charkowa. Lipiec 2022 r. Ukraińscy żołnierze w okolicy Charkowa. Lipiec 2022 r. Marko Djurica / Forum
Czas płynie na niekorzyść Ukrainy, niecierpliwość rośnie – na co czekają ukraińskie wojska? Na wsparcie lotnicze – to jedyne logiczne wytłumaczenie w świetle dostępnej wiedzy. Przewaga powietrzna to jeden z najważniejszych warunków powodzenia operacji ofensywnej.

A na frontach bez większych zmian. Pomiędzy Iziumem a Słowiańskiem panował względny spokój, natomiast Rosjanie podjęli ponownie próbę rozpoznania w rejonie wsi Szczuriwka, która leży ok. 30 km na północny zachód od Iziuma i ok. 5 km na południe od Bałakliji. Na zachodnim brzegu Dońca pojawił się trosyjski oddział rozpoznawczy, co oznacza, że Rosjanie rzekę sforsowali, ale nie na długo. Ukraińskie wojska pododdział ów zlikwidowały, ale kolejne rozpoznanie w tym rejonie wskazuje, że jest to nowy kierunek, na którym Rosjanie planują podjęcie natarcia. Nie wiadomo tylko, czy będzie to usiłowanie głębokiego obejścia Słowiańska od zachodu, czy też jest to związane z następną rosyjską operacją prowadzoną w celu opanowania rejonu Charkowa.

154. dzień wojny w Ukrainie: I co dalej, Rosjanie?

Pod Siewierskiem walki powróciły, następny rosyjski szturm na Werchniokamjanśke został odparty, a zatem linia frontu się tu nie zmieniła. Rosjanie kontynuowali natomiast ataki lotnicze oraz ostrzał artyleryjski. Dalej na południe, w rejonie ok. 10–15 km na południe od Bachmutu, Rosjanie podjęli nieudane szturmy pozycji ukraińskich na wzgórzach pod Werszyną oraz pozycji na drodze Łuhańskie–Kodema we wsi Semyhirja. Oba ataki zostały odparte przez obrońców.

Rosjanie oraz doniecka milicja podejmowali też próby natarcia z Doniecka na Awdijiwkę. Według oświadczeń dowództwa milicji (de facto sił zbrojnych) Donieckiej RL zdobyto kilka wsi na północny wschód od Awdijiwki, ale z kolei Sztab Generalny SZ Ukrainy temu zaprzecza.

Kolejne walki toczyły się też na północ od Charkowa, ale żadnych zmian tam nie odnotowano. Nie ma natomiast informacji na temat walk na południowym odcinku frontu od Enerhodaru na południe od Zaporoża aż po Wołnowachę i dalej po wschodniej stronie frontu ukraińsko-rosyjskiego.

Narasta brutalność sfrustrowanych Rosjan

Oczywiście wielkie emocje wzbudza narastająca agresja i brutalność sfrustrowanych rosyjskich wojsk. W sieci pojawiło się niezwykle drastyczne nagranie z kastrowania ukraińskiego jeńca nożem do tapet, czego miał się dopuścić rosyjski żołnierz pochodzenia kałmuckiego. Przypuszczalnie jeniec nie przeżył tego „zabiegu”… Ukraiński wywiad GUR ustalił personalia owego kałmuckiego żołnierza wraz z jego adresem i innymi danymi, a zatem jak wpadnie on w ręce ukraińskich żołnierzy, to z pewnością zostanie postawiony przed sądem i skazany na wieloletnie więzienie, jeśli oczywiście nic mu się nie stanie przy „próbie ucieczki”. Zapewne rosyjskim zbrodniarzom osadzonym w ukraińskich więzieniach życie będą odpowiednio umilali ukraińscy współwięźniowie, ale jakoś chyba nikt żałował ich nie będzie.

Kolejna domniemana na razie zbrodnia rosyjska to atak na obóz przejściowy jeńców w miejscowości Oleniwka w obwodzie Ługańskim, położony między Gorłówką a Alczewskiem. Do 2014 r. była to karna kolonia pracy, czyli coś w rodzaju najcięższego więzienia. W 2014 r. „ośrodek” zmienił właściciela, ale nie zmienił przeznaczenia, choć teraz trafiali tu ludzie za różne rzeczywiste i wydumane przewinienia w ramach zaprowadzania ruskiego miru w Ługańskiej Republice Ludowej. Obecnie jest to obóz filtracyjny dla jeńców wojennych, czyli coś pośredniego między obozem jenieckim a obozem koncentracyjnym. Wczoraj w obóz ten trafiła rakieta, zabijając 52 (początkowo mówiono o 40) i raniąc 75 ukraińskich jeńców z pułku „Azow”. Ługańscy separatyści ustami swojego ambasadora w Moskwie Leonida Mirosznika twierdzą, że obóz został trafiony ukraińską rakietą z zestawu HIMARS. Nic jednak na to nie wskazuje. Dlaczego Ukraińcy mieliby zabijać własnych żołnierzy? Przecież dobrze wiedzieli, co to za miejsce i w jakiej roli jest używane. Ale to pasuje do rosyjskiej propagandy, szczególnie by zohydzić opinii publicznej tak przez nich znienawidzone HIMARSy.

Strona ukraińska twierdzi natomiast, że była to rosyjska rakieta, nie wiadomo jednak, czy iskander, czy toczka-U, ale raczej ta druga, bowiem to starsza i mniej dla Rosjan cenna rakieta. Szczególnie ciekawe jest to, że zginęło tylu jeńców, a wśród rosyjskich czy ługańskich strażników i obsługi obozu żadnych strat nie było. Jak to możliwe? Czyżby więźniów nikt nie pilnował? Sami sobie tam siedzieli, bo to fajne miejsce? Jest to wyjątkowo grubymi nićmi szyte, a zapewne odbyło się to tak, że więźniów pozamykano w celach na cztery spusty, po czym Rosjanie i separatyści oddalili się na bezpieczną odległość na czas ataku.

156. dzień wojny: „Tank heavy” à la Rosja. Ciężki grzech na polu bitwy

Ofensywa na południu

Pod Chersoniem Ukraińcy prowadzą działania niezwykle ostrożnie. W ostatnich dniach udało im się zająć miejscowość Zołota Bałka nad Dnieprem, ok. 30 km na zachód od Nikopola. Zapewne natarcie jest prowadzone na tyle ostrożnie, by po odcięciu możliwości dowozu zaopatrzenia zmusić Rosjan do wystrzelania zapasów amunicji, a następnie – by ich wojska zostały tam dość łatwo zlikwidowane. Problem polega jednak na tym, że aby taki efekt uzyskać, działania muszą być bardziej zdecydowane. Rosjanie trzymają oba brzegi Dniepru i nawet jak nie mają mostów, mogą do dostarczania amunicji wykorzystać promy i inne środki pływające, a nawet saperskie amfibie PTS. Oczywiście ilość dostarczanego w ten sposób zaopatrzenia będzie dużo mniejsza, ale jednak wystarczająca do powstrzymania niezbyt zdecydowanych ataków. A zatem, by uzyskać jakiś konkretny efekt, trzeba działać o wiele bardziej agresywnie.

Nie dość, że Rosjanom udaje się sączyć zaopatrzenie na północną stronę Dniepru mimo braku czynnych mostów, to jeszcze udało im się rozmieścić w rejonie na zachód i na północ od Nowowoskriesieńskie, czyli w połowie drogi między Nową Kachowką a Nikopolem, dwie dywizje powietrzno-desantowe: 7. Dywizję Powietrzno-Desantową Gwardii, która już w tym rejonie była (Południowy OW) oraz 76. Czernihowską Dywizję Powietrzno-Desantową Gwardii z Zachodniego OW, która została tu przerzucona z północnego odcinka frontu w Ukrainie całkiem niedawno – w odpowiedzi na ukraińskie działania zaczepne w Ukrainie.

155. dzień wojny: Rosja rozpaczliwie sięga po półśrodki. Zaczyna przegrywać?

Co więcej, rejon na południe od Dniepra, między Nową Kachowkę a Krym, Rosjanie zdołali przetransportować większą część swojej 35. Armii ze Wschodniego OW, która dotąd walczyła pod Iziumem. Jest tu z tą armią 38. Witebska Brygada Zmechanizowana Gwardii, 69. Swirsko-Pomerańska Brygada Ochrony (zmotoryzowana) oraz niesławna 64. Brygada Zmechanizowana Gwardii, która dokonywała zbrodni w Buczy. Jest też 165. Praska Brygada Artylerii, 107. Mozyrska Brygada Rakietowa z jej iskanderami, a zapewne też i 71. Rakietowa Brygada Przeciwlotnicza. Przerzut całej armii, choć stosunkowo niewielkiej, ale jednak w dość krótkim czasie, świadczy o tym, że była to dla Rosjan sprawa niezwykle pilna. Widać na serio zaniepokoili się ukraińską ofensywą, choć naszym zdaniem, ta właściwa, jeszcze nie ruszyła. Te wszystkie dość demonstracyjne działania pod Chersoniem w ogóle wyglądają jak atak dywersyjny, ale nie główny.

Na co czekają Ukraińcy?

Przerzucanie rosyjskich sił na południe to bardzo zły znak. Należy mieć też na uwadze, że choć Rosjanie nie ogłosili mobilizacji, to systematycznie uzupełniają swoje stany osobowe poprzez formowanie tzw. ochotniczych batalionów w poszczególnych jednostkach administracyjnych. Zachęcają do służby w tych batalionach szalenie wysokimi zarobkami, a jednocześnie stosują też swego rodzaju przymus. Według doniesień prowadzi się na przykład rekrutacje w więzieniach w zamian za skrócenie czy anulowanie wyroków. Zgarnia się też bezdomnych albo nakłania do wstąpienia do służby w jeszcze inny sposób. Tak czy siak, powoli, ale systematycznie Rosjanie ściągają nowych rekrutów. Wspomniane bataliony ochotnicze nie są raczej nowymi zwartymi jednostkami, lecz zasobem, z którego uzupełnia się stany w wykrwawionych jednostkach frontowych, ponownie podnosząc je na nogi. To nic, że wyszkolenie nowych rekrutów jest praktycznie żadne i marni z nich żołnierze. I tak są „jednorazowi”, długo tych wysokich pensji wypłacać im nie będzie trzeba. Ale w ten sposób, idąc na ilość, a nie na jakość, będą rzucać na front wciąż nowych i nowych ludzi, którzy będą ginąć, a na ich miejsce będą się wciąż pojawiać nowi.

Jeszcze trochę, a na południowym odcinku frontu Rosjanie zgromadzą siły, których ukraińskie wojska nie zdołają pokonać. Jeśli jakakolwiek ofensywa ma być skuteczna, to powinna nastąpić już, najdalej do końca przyszłego tygodnia. Element zaskoczenia co do miejsca tej ofensywy jest pomału tracony, a to oznacza, że Rosjanie się coraz lepiej przygotowują do obrony na wielu odcinkach.

Na co więc czekają Ukraińcy? Jedynym możliwym wytłumaczeniem jest to, że czekają na pojawienie się w ich kraju zachodnich samolotów bojowych, F-16 czy A-10, a może też i F-15, na których według różnych doniesień szkolą się ukraińscy piloci.

Czy te samoloty mogą zmienić sytuację? Mogą i to bardzo. F-16 to „latający HIMARS”, zdolny do bardzo precyzyjnego atakowania wykrytych celów, działając na dużych wysokościach, ponad zasięgiem większości środków przeciwlotniczych. Tutaj mogą go dosięgnąć jedynie takie zestawy, jak S-300PMU czy S-400, ale Rosjanie nie za bardzo wierzą w skuteczność tych pierwszych, intensywnie wystrzeliwując rakiety przeciwlotnicze S-300 na cele naziemne. Ostatnio zaczęto nimi ostrzeliwać nawet Charków, nie tylko Mikołajów. Skąd inąd wiadomo, że wykonywane na zachodnich obrabiarkach precyzyjne elementy układu sterowania tych rakiet są obecnie o wiele gorszej jakości, bowiem odcięcie sterowanych cyfrowo obrabiarek od aktualizacji oprogramowania i poprawy dokładności w wyniku embarga powoduje, że wykonywane na nich precyzyjne elementy (na przykład żyroskopy) są coraz bardziej wadliwe. Wojska skarżą się na jakość rakiet przeciwlotniczych, które najwyraźniej stają się coraz bardziej zawodne.

Czytaj także: Bayraktar dla Ukrainy. Turecka firma przekaże go za darmo

Ale nie ma co liczyć na wybrakowane rosyjskie rakiety przeciwlotnicze. Kluczem do powodzenia, do uzyskania powietrznej przewagi są tzw. misje SEAD – Suppresssion of Enemy Air Defense, obezwładnianie nieprzyjacielskiego systemu obrony przeciwlotniczej. Robią to także samoloty przy pomocy rakiet przeciwradiolokacyjnych (naprowadzają się na pracujący radar), na przykład popularnych amerykańskich AGM-88 HARM. Jak dotąd okazały się niezwykle skuteczną bronią w niszczeniu wrogich systemów przeciwlotniczych sterowanych radarem. SEAD realizuje się też przez silne zakłócenia systemów radarowych.

F-16 mają zasobniki celownicze, najnowsze Sniper albo nieco starsze Lightning, ale oba lepiej lub gorzej pozwalają na dokładną obserwację naziemnych celów z dość dużej wysokości i odległości, mają bowiem niezwykle czułe kamery telewizyjne i termowizyjne ze skuteczna stabilizacją teleobiektywów. Jeden z naszych F-16 z Poznania przypadkowo nagrał swoim sniperem figlującą na dachu willi parę, która „w pewną letnią noc, gdzieś na dach wyniosła koc”, lecąc na wysokości ponad 8 tys. m i w odległości 12–15 km. Pilot o prostu ćwiczył dowiązywanie systemu optycznego do wybranych przez siebie obiektów i trafił na taki numer, a wideorejestrator zasobnika oczywiście wszystko nagrał.

Zasobniki celownicze są niezwykle pomocne i pozwalają na atak na wybrane cele z zabójczą precyzją. Widziałem film z Afganistanu, na którym jechał kołowy transporter BTR-80 z siedzącymi na nim Talibami. Zasobnik celowniczy filmował na tyle dokładnie, że było widać, że ludzie ci rozmawiają, jeden gra na akordeonie, inny coś jadł. Ni z tego, ni z owego transporter zniknął w ogniu potężnego wybuchu bomby kierowanej laserowo. Co z niego zostało, nie będę państwu opisywał. Ale dokładnie tak samo mogą działać F-16 przeciwko wojskom rosyjskim, na które śmierć będzie spadała jak grom z jasnego nieba, bez żadnego ostrzeżenia.

Takie „latające HIMARS-y” mogą dać ukraińskim wojskom niesamowitą przewagę. Samo określenie „powietrzna przewaga” nie oznacza, że mamy więcej samolotów od przeciwnika. Oznacza, że możemy działać w miarę swobodnie, bez większych strat, zadając przeciwnikowi na ziemi dotkliwe straty, zaś nieprzyjacielskie samoloty, jak się już w powietrzu pojawią, są masowo zestrzeliwane. Powietrzną przewagę można wywalczyć lokalnie, w danym rejonie, gdzie prowadzimy działania ofensywne, całkowicie to wystarczy.

Lotnictwo bojowe to prawdzwa siła

Skutecznego lotnictwa bojowego boją się wszyscy. Pamiętam taką sytuację. W 1987 r. nasza eskadra Su-22 z 40. Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego ze Świdwina miała operować z NRD-owskiego lotniska Laage, zaś niemiecka eskadra z pułku Jagdbombenfliegergeschwader 77 „Gebhard Leberecht von Blücher” z Laage działała ze Świdwina. Wymiana trwała jakieś trzy tygodnie. Ponieważ polskie i NRD-owskie Su-22 latały na poligon, zrzucając bomby i strzelając rakiety (Polacy na poligonie na wyspie Rugia, a Niemcy na Nadarzycach pod Wałczem), to nasz dowódca pułku zaproponował wymianę amunicji – Polacy będą używać ich, a oni naszej, sztuka za sztukę. Ale nie docenił wojskowej biurokracji. My mogliśmy używać tylko naszych. Ale jak zawieźć naszą amunicję do Laage? Ile to zgód, ile zezwoleń na przewóz amunicji przez obcy kraj! W końcu ś.p. płk Targosz wraz z niemieckim nawigatorem pułku mjr. Mayerem (major Mayer był nazywany przez nas major Majorem, na wzór „Paragrafu 22”, gdzie taka postać występowała) postanowili bomby i rakiety dostarczyć… samolotami. Dwunasta Su-22 lecąca do Laage była obwieszona bombami i załadowanymi zasobnikami na rakiety niekierowane, które były jednak podwieszone, ale z odpiętymi wtyczkami złączek elektrycznych, a bomby nie miały wkręconych zapalników. Zapalniki leciały w skrzyni transportowym An-26.

Ale tego na zewnątrz widać nie było. Kiedy tuzin obwieszonych bombami Su-22 nieco na zachód od Kołobrzegu wyleciał nad Bałtyk, po czym na południe od Borholmu skierował się na zachód, został przechwycony przez parę duńskich myśliwców F-16. Na widok naszej armady myśliwce odskoczyły jak oparzone. Nie trzeba było długo czekać, jak przy Su-22 pojawiło się sześć duńskich F-16 z kompletem rakiet „powietrze–powietrze” Sidewinder. Leciutka wojna nerwów trwała na osi NATO–Układ Warszawski do momentu, gdy Su-22 w pewnym momencie skręciły na południe i kolejne zaczęły lądować z podwieszonymi bombami w Laage. Myślę, że ludność Danii mogła w tym momencie opuścić schrony przeciwlotnicze.

Dosłownie kilka lat później słyszeliśmy tę samą historię na ćwiczeniach Partnerstwo dla Pokoju od duńskiego generała, którego przerażony oficer dyżurny wyciągnął spod prysznica tuż po powrocie do domu z pracy. Kiedy opowiedzieliśmy mu, o co chodziło, na wieczornym hangar party, pan generał bez słowa nalał sobie szklaneczkę whisky (bez lodu!), po czym ją duszkiem wypił, a następnie ciężko westchnął. Jak widać, lotnictwo bojowe jest jednak siłą, z którą się wszyscy liczą.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Pusty Kościół. To już jest krach

Ks. prof. Andrzej Kobyliński o problemie pedofilii i innych grzechach polskiego Kościoła, kryzysie powołań oraz galopującej laicyzacji młodych.

Joanna Podgórska
04.03.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną