Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Szwecja przechodzi w ręce prawicy. Europa dziwi się niesłusznie

Lider Szwedzkich Demokratów Jimmie Akesson Lider Szwedzkich Demokratów Jimmie Akesson TT News Agency / Reuters / Forum
Większość komentatorów traktuje ten wynik jak sensację i niespodziewany cios w progresywizm Szwecji. Ale Szwedzcy Demokraci rośli w siłę od lat, teraz po prostu pokazali ją w całości.

Liczenie głosów po niedzielnych wyborach trwało aż trzy dni – po sprawdzeniu kart z 98 proc. okręgów wyniki wydają się pewne. Szeroka prawicowa koalicja, w skład której wchodzą Szwedzcy Demokraci, liberałowie, chadecy i Umiarkowana Partia Konserwatywna, pokonali centrolewicę. Wezmą 175 mandatów w 349-osobowym parlamencie, blok progresywny zdobył jeden mniej. Premierka Magdalena Andersson uznała już nawet swoją porażkę. I choć triumf populistycznej prawicy Europa przyjęła z zaskoczeniem, to tak naprawdę zanosiło się na to od dłuższego czasu.

Jak wypłynęli Szwedzcy Demokraci

W 2015 r. reporterzy brytyjskiego „Guardiana” przygotowywali materiał o ekspansji szwedzkiej skrajnej prawicy. Uczestniczyli m.in. w dorocznym zjeździe młodzieżówki Szwedzkich Demokratów (SD), ugrupowania wówczas dalekiego od przejęcia władzy w kraju, ale już budzącego zainteresowanie na kontynencie. SD bazowało na sprzeciwie wobec szwedzkiej polityki asymilacyjnej. W pamiętnym annus horribilis Europy, kiedy przez Morze Śródziemne przeprawiały się setki tysięcy migrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, Szwecja wyrobiła sobie markę „humanitarnego supermocarstwa”, jak nazwała to brytyjska gazeta. Rząd w Sztokholmie przyznał prawo do azylu 162 tys. osób, a Szwedzi z dumą prezentowali się jako kraj, który jest odporny na populizm i podaje cierpiącym pomocną dłoń.

W materiale „Guardiana” od członków SD można było usłyszeć wiele wypowiedzi typowych dla skrajnej prawicy. Na przykład że nie wolno wpuszczać do kraju obcych kulturowo muzułmanów czy hindusów, bo rozmyją szwedzką tożsamość narodową. Jeden z młodych nacjonalistów powiedział rzecz w dzisiejszym kontekście szczególnie interesującą: „To my jesteśmy tak naprawdę elitą społeczeństwa, tylko ludzie jeszcze o tym nie wiedzą”.

SD nigdy nie chciało pozostać na marginesie władzy. W progresywnej Szwecji skrajny program i wykluczająca narracja, przynajmniej w teorii, mogły się jednak politycznie nie opłacać. Żeby przebić się do głównego nurtu i przyciągnąć bardziej umiarkowany elektorat, politycy SD musieli zmienić wektory całej debaty publicznej. Przeorientować ją na tematy, które są dla nich najważniejsze i w których mają coś nowego do zaoferowania. Krótko mówiąc, zmusić wszystkie inne partie do gry w ich grę i na ich zasadach. I to właśnie wydarzyło się w Szwecji w ostatnich kilku latach.

Tubylewicz: Jak się sprawdził pandemiczny eksperyment w Szwecji

Na tropie „szwedzkości” i tożsamości

Postulaty SD z początku nie trafiały na podatny grunt nie tylko dlatego, że Szwedzi zdecydowanie popierali ideę przyjmowania migrantów. Problemem był niespójny program. Jak zauważają analitycy amerykańskiego think tanku Brookings Institution w raporcie na temat SD i źródeł szwedzkiego nacjonalizmu, radykałowie w centrum politycznej agendy umieścili koncept „szwedzkości”, choć nie potrafili go jasno zdefiniować. Pytani o to, co według nich znaczy „być Szwedem”, udzielali różnych, często abstrakcyjnych odpowiedzi. „Kochać naturę”, „popierać równość”, „celebrować fikę”, czyli zwyczaj wspólnego picia kawy i jedzenia ciastek w miejscu pracy. Paradoksalnie z czasem ta ambiwalencja zaczęła działać na ich korzyść, bo abstrakcyjne kryteria przynależności do narodu sprawiały, że można było modyfikować je zależnie od potrzeb. A migranci nigdy nie byli w stanie ich spełnić.

Jeszcze w 2021 r. SD było trzecią siłą w parlamencie. Jej poparcie oscylowało w okolicach 19 proc., gdy najwięksi na politycznej scenie Socjaldemokraci osiągali w sondażach 27 proc. W niedzielnych wyborach pozycje się odwróciły. Nie jest przesądzone, czy do zawiązania wielkiej koalicji na prawicy na pewno dojdzie i czy ostatecznie będzie rządzić, ale trudno te wyniki lekceważyć.

Sukces prawicy wziął się przede wszystkim z przesunięcia środka ciężkości debaty na prawo, co jest niewątpliwym osiągnięciem SD. Pomógł też lekki retusz wizerunku: radykałowie odcięli się od swoich najbardziej ekstremistycznych członków, złagodzili ton wobec Unii Europejskiej. Ich kontrowersyjny lider Jimmie Akesson potępił Putina i inwazję na Ukrainę, poparł starania o akces do NATO.

Przy okazji ubrał SD w szaty partii „prawa i porządku”, zapowiadając walkę z przestępczością zorganizowaną. Rzeczywiście w ostatnich latach coraz więcej jest aktów przemocy; według danych Szwedzkiej Narodowej Rady Zapobiegania Przestępczości w 2020 odnotowano 257 przestępstw z użyciem materiałów wybuchowych, 60 proc. więcej niż w 2018 r. W dodatku gangi są najaktywniejsze w miastach z dużym odsetkiem migrantów, jak Malmö, choć ich działalność rzadko ma cokolwiek wspólnego z ostatnimi falami migracji. Najczęściej dotyczy najbiedniejszej części społeczeństwa, a jeśli wśród sprawców pojawiają się obco brzmiące nazwiska, są to najczęściej imigranci drugiego i trzeciego pokolenia, po prostu – Szwedzi.

Czytaj też: Szwedzi ujawnili, kto zastrzelił Olofa Palmego

Europa patrzy na Szwecję

Prawica zbudowała jednak w świadomości wyborców pomost między przestępczością i migrantami spoza Europy, w dodatku inne ugrupowania podały SD gałązkę oliwną. To jednak tylko częściowo tłumaczy ich wyborczy sukces. Jak zauważa Elisabeth Braw z American Enterprise Institute, komentatorka magazynu „Foreign Policy”, prawicy pomogli niejako jej przeciwnicy. Obóz progresywny, analizuje Braw, zamiast skoncentrować się na własnym programie i przedstawić rozwiązania problemów, których nie da się już ignorować (jak przestępczość), przede wszystkim straszył prawicą. Socjaldemokraci w kampanii stawiali znak równości między SD i faszyzmem. Opisywali ich jako zagrożenie dla demokracji i obecności kraju w międzynarodowych sojuszach. Oryginalnych pomysłów zabrakło.

Tymczasem Akesson mówił dość konkretnie. Więcej policji, wyższe kary. I przede wszystkim częstsze korzystanie z instytucji deportacji. Ten ostatni pomysł SD promuje od dawna. W czasie kampanii Tobias Andersson, odpowiedzialny właśnie za część programu związaną z więziennictwem i bezpieczeństwem publicznym, opublikował na Twitterze rysunek pociągu z hasłem: „Witajcie na pokładzie pociągu deportacyjnego. Macie bilet w jedną stronę. Następny przystanek: Kabul”.

Szwedzkich Demokratów nie należy przy tym wrzucać do jednego worka z innymi europejskimi partiami narodowo-populistycznymi. Są znacznie bardziej mieszczańscy, uderzają w tony gospodarczego protekcjonizmu. Również dlatego, że etnonacjonalizm nie ma w kraju żadnych tradycji, Szwedzi nigdy nie toczyli wojen wokół swojej tożsamości narodowej. Skrajna prawica wymyśliła się na nowo – z dobrym dla siebie skutkiem. I to jest właśnie główny wniosek ze szwedzkich wyborów, nad którym Europa powinna się z uwagą pochylić.

Czytaj też: Nowa gwiazda radykalnej lewicy w Szwecji

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną