Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Liz Truss ma kłopoty. „Thatcheryzm 2.0” Brytyjczykom się nie spodobał

Nowy kanclerz Kwasi Kwarteng i premierka Liz Truss na dorocznym zjeździe Partii Konserwatywnej, Birmingham, 2 października 2022 r. Nowy kanclerz Kwasi Kwarteng i premierka Liz Truss na dorocznym zjeździe Partii Konserwatywnej, Birmingham, 2 października 2022 r. Hannah McKay / Reuters / Forum
Pomysły Liz Truss na podniesienie brytyjskiej gospodarki z zapaści, oparte na cięciach i obniżce podatków, jeszcze na dobre nie ruszyły, a już zostały wstrzymane. Premierka traci autorytet i poparcie zaledwie po miesiącu rządów.

Takiego początku kadencji nie życzy się w polityce nawet wrogom, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. W trzecim dniu premierostwa Liz Truss zmarła królowa Elżbieta II. Ledwo zdążyła wprowadzić się na 10 Downing Street, a już musiała wygłaszać przemówienie o wielkiej stracie dla Brytyjczyków. Czekało ją też od razu duże wyzwanie dyplomatyczne, bo do Londynu zjechali przywódcy i funkcjonariusze publiczni z najważniejszymi na czele. Joe Bidena czy Ursuli von der Leyen Truss pewnie nie chciała spotkać z marszu. Zwłaszcza że zarówno wobec Brukseli, jak i Waszyngtonu plany ma raczej alienacyjne. Musiała robić dobrą minę do złej gry.

Liz Truss, czyli Thatcheryzm 2.0

Na te kwestie nie miała wpływu, więc można jej okazać zrozumienie – ale resztę problemów sprowadziła na siebie sama, błyskawicznie uruchamiając plan reform gospodarczych, który wywołał drastyczny spadek wartości funta, wymusił interwencję Banku Anglii, oburzył komentatorów i podkopał jej i tak nie najsilniejszą pozycję we własnym ugrupowaniu. A to wszystko w miesiąc po wygranej w wyborach w Partii Konserwatywnej.

Ale po kolei. Po stanowisko Liz Truss szła z programem, który najprościej wyraża hasło „Thatcheryzm 2.0”. Cięcia wydatków publicznych, ulgi podatkowe dla najbogatszych, dość dyskusji na temat redystrybucji, która zdaniem Truss niesłusznie zdominowała debatę publiczną przez ostatnie dwie dekady. Z kryzysem energetycznym zamierzała walczyć przez likwidację VAT na rachunkach za prąd, obiecywała też zwiększenie krajowej produkcji energii, choć nie precyzowała, jak chce to osiągnąć. Zbrojnym ramieniem jej planu miał być resort skarbu, a jego lojalnym wykonawcą – nowy kanclerz Kwasi Kwarteng. Z Truss wyglądali na zgrany duet, który zamierza realizować swoje projekty bez względu na polityczne koszty.

Sztandarowym elementem reformy była likwidacja 45-proc. stawki podatku dochodowego, którą od kwietnia 2023 r. zastąpiłaby stawka 40-proc. Obejmowałaby wszystkich, których zarobki przekraczają 150 tys. funtów rocznie. Redukcja o 5 pkt proc. oznaczałaby ogromne zyski dla najbogatszych. Jak wyliczył sam resort skarbu, 660 tys. najlepiej zarabiających Brytyjczyków zatrzymałoby w kieszeni 10 tys. funtów co roku. Ucierpiałaby też sprawiedliwość fiskalna, bo osoby zarabiające 150 tys. łapałyby się na ten sam próg co podatnicy z trzykrotnie niższymi dochodami.

Czytaj też: Królowa małżonka Kamila. Tajna broń brytyjskiej monarchii

Funt leci na łeb na szyję

Już pomysł wywołał olbrzymią falę niezadowolenia. To i zapowiedź dalszego zwiększania długu publicznego, niebezpiecznie zbliżającego się do poziomu 100 proc. PKB, wywołało paniczną reakcję instytucji finansowych. Funt spadł do najniższego poziomu w historii, odkąd w 1971 r. umożliwiono swobodny handel walutą na rynku.

Szczególnie bolesny był dla Brytyjczyków kurs dolara amerykańskiego, prawie wyrównany. Rząd zachowywał się tymczasem, jakby nad niczym nie panował. Zagrożone były oszczędności zwykłych mieszkańców, a zwłaszcza ich emerytury. Banki zareagowały natychmiast, wycofując z rynku mniej dochodowe oferty. Według analiz firmy doradczej Moneyfacts w ciągu pierwszych siedmiu dni od ogłoszenia przez Kwartenga jego „minibudżetu”, czyli planu reform na początek kadencji, dostępność kredytów hipotecznych na Wyspach zmniejszyła się o 40 proc.

Sytuacja była tak dramatyczna, że Bank Anglii alarmował o „możliwych szkodach materialnych”, jeśli trend spadkowy się utrzyma. Dlatego doszło do bezprecedensowej interwencji – bank wykupił długoterminowe obligacje państwowe za 65 mld funtów. Na chwilę uspokoiło to sytuację, funt się lekko ustabilizował, ale niepewność pozostała.

Czytaj też: Duch Margaret Thatcher krąży nad Wielką Brytanią

Zima na Wyspach będzie ciężka

Jeszcze w ubiegłym tygodniu Truss przekonywała, że od „minibudżetu” i planu cięć podatków nie odstąpi. Próbując zaskarbić sobie sympatię elektoratu, wyruszyła nawet na objazdowe tournée po lokalnych stacjach radiowych BBC. Gościła m.in. w Bristolu, Sheffield i Newcastle i... wszędzie wypadła źle. Za każdym razem dawała się zdominować prezenterom i wyglądała na nieprzygotowaną. Prawiła komunały o „trudnym momencie” dla gospodarki i „niełatwej sytuacji, którą odziedziczyła po poprzednikach”. Można było odnieść wrażenie, że udziela wywiadów za karę – ani charyzmy nie dało się dostrzec, ani daru przekonywania, ani pomysłu, jak wyjść z kryzysu. Najlepszym podsumowaniem tej fatalnej operacji piarowej okazała się rozmowa z BBC Bristol, gdy prowadzący spytał: „Przez ostatni tydzień pani polityka doprowadziła nas na skraj kryzysu, Bank Anglii musiał nas ratować. Gdzie pani wtedy była?”. Truss odpowiedziała wymownym milczeniem.

Jednocześnie rośnie wobec niej opozycja w szeregach torysów. Przewodniczy jej Michael Gove, były minister edukacji i sprawiedliwości, jeden z partyjnych weteranów, człowiek o ogromnych ambicjach politycznych – z pewnością sięgających stanowiska, które teraz zajmuje Truss. On i jego zwolennicy atakowali ją za brak słuchu społecznego i cięcia podatków dla najbogatszych w momencie, gdy miliony Brytyjczyków zmagają się z drożyzną i widmem ubóstwa energetycznego. Wokół premierki robiło się już gorąco – i wreszcie zdecydowała się zawrócić. W niedzielę 2 października w czasie konwencji partyjnej w Birmingham (na którą wielu konserwatywnych posłów nawet nie przyjechało) Kwarteng ogłosił, że wycofuje się z planu likwidacji 45-proc. stawki podatkowej. Jeszcze w tym miesiącu ma ogłosić plan budżetowy na najbliższy czas (a nie, jak zapowiadał, w połowie listopada). Dodał jednocześnie, że choć rozumie reakcję rynków na pierwsze pomysły ekipy Truss, to więcej kroków wstecz nie będzie.

Komentatorzy od razu zauważyli, że to ruch czysto wizerunkowy. 45-proc. stawka podatkowa to niecałe 4,5 proc. wartości całego pakietu cięć w daninach. Jak wyliczył na Twitterze Paul Johnson z brytyjskiego Instytutu Studiów Fiskalnych, wartość reform uszczupli się z 45 do 43 mld funtów. Dlatego na stabilność gospodarki decyzja Kwartenga nie wpłynie prawie wcale. Z ekonomicznego punktu widzenia oznacza to, że rynki mogą znów zareagować nerwowo, bo nie mają podstaw wierzyć w plan Truss. Politycznie natomiast zapowiada bardzo ciężką jesień i jeszcze cięższą zimę. Trudno przewidzieć, co będzie dla nowej premierki większym wyzwaniem: opanowanie kryzysu gospodarczego, rosnący poziom niezadowolenia czy opozycja we własnej partii. Żaden z tych jeźdźców apokalipsy sam z siebie nie zniknie. Początek rządów przy 10 Downing Street był dla Truss niełatwy – a dalej będzie tylko trudniej.

Czytaj też: W Irlandii Północnej jest już więcej katolików niż protestantów

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną