Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

USA pokazały nowy superbombowiec B-21 Raider. Jak latający spodek ze skrzydłami

Amerykańska firma Northrop Grumman przedstawiła B-21 Raider, nowy, zaawansowany technologicznie bombowiec Stealth opracowany dla Sił Powietrznych USA. Palmdale, Kalifornia, 2 grudnia 2022 r. Amerykańska firma Northrop Grumman przedstawiła B-21 Raider, nowy, zaawansowany technologicznie bombowiec Stealth opracowany dla Sił Powietrznych USA. Palmdale, Kalifornia, 2 grudnia 2022 r. Dawid Swanson / Forum
Nowy bombowiec B-21 Raider zapewnić ma powietrzną dominację Ameryki w XXI w. To historyczny moment nie tylko dla sił strategicznych USA.

To pierwszy nowy bombowiec pokazany od 34 lat, pierwszy samolot bojowy szóstej generacji, pierwsza strategiczna maszyna uderzeniowa zaprojektowana i wyprodukowana w XXI w.

„Wytoczenie” bombowca w fabryce jego producenta w Palmdale w Kalifornii jest z pewnością największym wydarzeniem w lotnictwie wojskowym przynajmniej od czasu pokazania nowego „powszechnego” myśliwca JSF/F-35. O ile jednak maszyna taktyczna od początku miała być pewnym kompromisem, o tyle w przypadku bombowca zarówno wytwórca, jak i zamawiający prześcigają się w jego superlatywach. Oczom świata ukazał się ostateczny i zrozumiały dla wszystkich dowód na to, że wyścig zbrojeń jest faktem, a Ameryka nie zamierza oddać swojej „pole position”. Jaki więc jest B-21 Raider?

Czytaj też: W czasie wojny Amerykanie kłócą się o samoloty

Pokazany, ale nie całkiem odtajniony

Gdy samolot wyłonił się zza mgły sztucznego dymu, świateł i narzuconej zasłony, ukazała się sylwetka bardzo przypominająca latające spodki z wczesnej epoki komiksów science fiction, tyle że z przyprawionymi skrzydłami. Nowy samolot przypomina swojego poprzednika B-2, też wyprodukowanego przez firmę Northrop Grumman, ale w kilku szczegółach istotnie się różni. „Kopuła” kabiny wystaje nad niemal płaską powierzchnię płata nośnego i sporą „miskę” (mieszczącą podwozie i główny ładunek bombowca – uzbrojenie). Wloty powietrza do silników są umieszczone jak w B-2, na górze kadłuba, ale mają zupełnie inny, spłaszczony kształt. Oszklenie kabiny też jest inne, mniej panoramiczne z przodu, ale z dodatkowym oknem po bokach. Krawędź powierzchni nośnej jest inna niż w B-2, wydaje się pozbawiona charakterystycznego „dziobu” na przodzie. Bardzo widoczną różnicą jest kolor. Nowy samolot odchodzi od czerni i ciemnych szarości powłok antyradarowych B-2 na rzecz barwy jasnoszarej. Nie ma jednak pewności, czy jest to docelowe malowanie.

W ogóle nie ma za dużo informacji na temat samolotu, a zdjęcia pozwolono robić tylko od przodu. Najprawdopodobniej chodzi o nieujawnianie dalszych szczegółów jego konstrukcji, jak np. umiejscowienie i kształt dysz silników. To szczegół decydujący bowiem o termicznym śladzie maszyny, jednym z elementów kluczowych dla zachowania cechy stealth – obniżonej wykrywalności.

Gdyby nie skrzydła, naprawdę byłby jak pojazd kosmitów z komiksowego rysunku. Konstruktorzy określają taki układ mianem latającego skrzydła. Pomysł nienowy, bo przetestowany już w czasie II wojny światowej przez niemieckich inżynierów (Horten Ho-229), choć w praktyce zastosowany w seryjnej produkcji wyłącznie przez Amerykanów. Jack Northrop (od jego nazwiska wywodzi się nazwa dzisiejszej firmy) już w 1946 r. przedstawił eksperymentalny prototyp takiej maszyny, jednak bez sukcesu. Latające skrzydło trudno bowiem rozpędzić do naddźwiękowej prędkości, a wówczas na niebie rządziła szybkość. Samoloty bojowe coraz bardziej przypominały smukłe strzały z niewielkimi skrzydłami. Charakterystycznego konturu nie widzieliśmy więc ponownie aż do lat 80. Gdy okazało się, że latające skrzydło ma istotne zalety, m.in. obniżoną wykrywalność i lepszą efektywność na długich dystansach, konstruktorzy porzucili przywiązanie do wysokich prędkości. Pierwszy samolot uderzeniowy, zwany niewidzialnym F-117 Nighthawk, był zbudowany na bazie kanciastego skrzydła, choć jeszcze z wyraźnym kadłubem i motylkowym usterzeniem pionowym. Można go określić jako formę przejściową. Bo już pełnoskalowy bombowiec B-2 to latające skrzydło z pogrubioną centralną częścią kadłuba i gondolami silników, ale bez wystającego usterzenia. Później ten format upowszechnił się w konstrukcjach bezzałogowców – w USA, Europie i w Rosji.

W przypadku B-21 od początku zakładano, że będzie on „mniejszą kopią” B-2, choć z tego, co widać, ta kopia w istotnych szczegółach się różni i nie da się jej nazwać małą. Jak bardzo się różni i jakie dokładnie ma gabaryty, tego nie sposób ocenić bez większej liczby zdjęć i danych, a na te na razie trudno liczyć. Siły powietrzne pokazały jeszcze tylko dwie fotografie, zrobione poza hangarem, też tylko od przodu maszyny. Nowy bombowiec został pokazany, co nie oznacza, że całkiem odtajniony.

Czytaj też: Smok patrzy na tygrysy. Chiny mają problem z wojną w Ukrainie

Szósta generacja. Co to oznacza?

Kształt i cechy zewnętrzne tej maszyny mają oczywiście wpływ na jej osiągi, ale znacznie ważniejsze jest to, czego nie widać. Tu już w całości musimy polegać na komunikatach producenta i zamawiającego, firmy Northrop Grumman i US Air Force. B-21 został określony mianem pierwszego samolotu bojowego szóstej generacji. Czyli? Hasłowy opis mówi niewiele, ale zawiera wszystkie „modne” sformułowania – że to „cyfrowy bombowiec”, ma wszystkie dane „w chmurze”, posiada „otwartą architekturę”, która pozwala na stałą i łatwą modernizację bez tworzenia nowych odmian (w amerykańskiej terminologii – blocków). Szczegółów kryjących się za tymi szlagwortami nie znamy, ale skoro ma to być szósta generacja, to można sobie wyobrazić, że będzie korzystać z bardziej zaawansowanych technologii materiałów, sensorów, komputerów, łączności i napędu niż takie maszyny jak F-22 czy F-35. A zatem tzw. fuzja sensoryczna, świadomość sytuacyjna załogi czy współpraca z systemami bezzałogowymi będą podniesione na wyższy poziom.

Co to konkretnie oznacza? B-21 zapewne nie będzie operował samotnie, a w ugrupowaniu z dronami, z którymi będzie się nie tyle „porozumiewał”, ile je „rozumiał”. Że służyć będzie nie tylko za supernowoczesną latającą ciężarówkę na bomby, ale i platformę zbierania i przekazywania informacji w domenie powietrznej, kosmicznej, cyfrowej, oczywiście również do systemów lądowych i morskich (bardziej tych drugich, bo chodzi o odległe misje). Że będzie węzłem w sieciocentrycznym systemie walki, a nie pojedynczą superbronią. Za tym pójdzie dalsze odciążenie załogi od zadań ściśle lotniczych, które będą wykonywać zaawansowane komputery ze sztuczną inteligencją, by mogła się skupić na krytycznej komunikacji, w której człowiek wciąż będzie niezastąpiony. Bo kwestia wykrywania, identyfikacji, neutralizacji celów też będzie po stronie całego systemu. B-21 został zaprojektowany tak, jakby w przyszłości można było w ogóle zrezygnować z ludzkiej załogi.

B-21 ma być przede wszystkim zdolny do działania w przestrzeni powietrznej silnego, dobrze uzbrojonego przeciwnika. Nie ma tajemnicy, że intencją wojskowych i zadaniem dla konstruktorów było zbudowanie maszyny zdolnej do utrzymania amerykańskiej dominacji w starciu z Chinami, w momencie gdy kraj ten wykazuje coraz bardziej agresywną postawę polityczną, a technologicznie zdaje się szybko gonić Amerykę. Dlatego dla B-21 kluczowa miała być zdolność penetracji, niezauważonego wejścia w silnie bronioną przestrzeń powietrzną, a także – co było przedmiotem sporów koncepcyjnych – utrzymywania się w niej przez dłuższy czas. Oczywiście nadal zachować miał klasyczne cechy bombowca strategicznego, czyli duży udźwig uzbrojenia, koniecznie zamkniętego w kadłubie, oraz globalny zasięg, wspomagany tankowaniem z latających cystern załogowych, paliwowych dronów zaopatrzeniowych (takie znaleźć się mają nawet na lotniskowcach).

Czytaj też: Na Bałtyku robi się groźnie. Czy Polska ma się czym bronić?

Narobić bałaganu na podwórku

Samolot ma być przede wszystkim wykonawcą misji uderzeniowych na teatrze zachodniego Pacyfiku czy – jak kto woli – we wschodniej Azji. A jeśli poradzi sobie nad olbrzymim i pustym Pacyfikiem, to poradzi sobie wszędzie na świecie. Pacyficzne przeznaczenie sugeruje nawet nazwa. „Raider” to hołd dla bohaterów odwetowego nalotu na Japonię po ataku na Pearl Harbor, zaplanowanego i wykonanego w kwietniu 1942 r. przez zespół ppłk. Jamesa Doolittle’a, nazwany „raiderami”. Po zdemontowaniu wszystkich ciężkich elementów wyposażenia z pokładu lotniskowca wystartowały wtedy w misję bez powrotu, z lądowaniem „na dziko” w Chinach i ZSRR nieprzeznaczone do tego bombowce B-25 Mitchell. Ameryka wykazała legendarną pomysłowość, brawurę i wolę walki. Wraz z nadejściem B-21 Raider wszyscy potencjalni przeciwnicy mają wiedzieć, że gdy zajdzie potrzeba, Ameryka będzie w stanie narobić im niezłego bałaganu na podwórku, zanim się zorientują.

Dlaczego Ameryka w ogóle potrzebuje nowego bombowca? Bo ma ich mało, bo są stare, bo wciąż przewagę w wojnie daje miażdżąca i precyzyjna siła ognia, najlepiej zastosowana z zaskoczenia, a przynajmniej bez wykrycia przez przeciwnika. Nie dostarczą jej maszyny taktyczne, wielozadaniowe, ale niewielkie, o małym zasięgu i dlatego potrzebujące lotnisk lub lotniskowców w pobliżu teatru działań. Do dalekich uderzeń, zwłaszcza wyprzedzających i o miażdżącej sile, bombowiec jest niezbędny. Według dostępnych danych siły strategiczne USA dysponują ok. 140 samolotami bombowymi trzech typów, ale połowa z nich to leciwe B-52. Stara flota oznacza problemy z awaryjnością. Dlatego B-21 ma być zamówiony w liczbie ponad stu sztuk mimo ceny sięgającej 700 mln dol. O tempie i modernizacyjnej determinacji świadczy to, że już teraz w produkcji jest sześć egzemplarzy, które omijają tradycyjny cykl projektowania, oblotu prototypów, testów i poprawek konstrukcji. Za dziesięć lat, a może wcześniej, ten szary „latający spodek” będzie więc trzonem amerykańskich sił bombowych, a w razie potrzeby dostarczycielem broni jądrowej w ramach powietrznej części nuklearnej triady.

Czytaj też: Amerykańska broń jądrowa w Polsce? Nie łudźmy się

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Fotoreportaże

Jaki sens szycia? Mamy w Polsce mistrzów, uczniów brak

Krawiectwo miarowe odradza się powoli, bo i powoli rośnie społeczna chęć podkreślenia ubiorem statusu, aspiracji oraz zwykłej satysfakcji z własnego wyglądu. Coraz mniejsze grono mistrzów ma pełne ręce roboty, a następców nie widać.

Marcin Piątek
05.02.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną