Świat

Macron po wyborach kręci piruety i pisze „list do Francuzów”. Ten gambit może się udać

Emmanuel Macron przybywa do Bazy Sił Powietrznych Andrews, by wziąć udział w szczycie NATO w Waszyngtonie, 10 lipca 2024 r. Emmanuel Macron przybywa do Bazy Sił Powietrznych Andrews, by wziąć udział w szczycie NATO w Waszyngtonie, 10 lipca 2024 r. Manuel Balce Ceneta/Associated Press / East News
Prezydent może w swoim liście stwierdzać, że „wartości republikańskie” zdobyły „wyraźną większość”, ale równie wyraźną większość mają u Francuzów te formacje, które proponują zmianę, a nie więcej tego samego Macrona.

Po drugiej turze wyborów we Francji trwa pat polityczny. Nikt nie spodziewał się zwycięstwa lewicowego porozumienia, już raczej liczono na wygraną narodowców z Rassemblement National (Zjednoczenie Narodowe). Kiedy RN wygrało wybory do europarlamentu, Emmanuel Macron rozpisał przyspieszone wybory parlamentarne, które wypadły niemal na półmetku jego drugiej (i ostatniej) kadencji.

Macron listy pisze

Biorąc pod uwagę, że poprzednia – skrócona – była bardzo trudna, mniejszościowy rząd macronistów co rusz przepychał reformy specyficznym dla francuskiego ustroju trybem dekretu, rozgrywając głęboką polaryzację opozycji. Spekulowałam, że prezydent gra na odnowienie mandatu i dzięki nowemu otwarciu będzie dążył do budowy szerokiej koalicji w barwach republikańskich, od lewa do prawa przeciwko opcji autorytarnej.

I faktycznie, w środę wieczorem z Pałacu Elizejskiego rozesłano – za pośrednictwem wyłącznie prasy lokalnej – wystosowany przez prezydenta Republiki „List do Francuzów”. Macron wzywa w nim – zaocznie, gdyż przecież list skierowany został bezpośrednio do obywateli – polityków do „szczerego i lojalnego dialogu, dzięki któremu zbuduje się solidną większość, oczywiście pluralistyczną, dla całego kraju”.

List skierowany jest do obywateli, jednak w solidnym i lojalnym piruecie Macron zwraca się w sumie tylko do tych, którzy głosowali, a w każdym razie nie na Rassemblement National: „Co prawda skrajna prawica wygrała w pierwszej turze, dostając prawie 11 mln głosów więcej, ale to Wy w oczywisty sposób odmówiliście jej wstępu do rządu”. I dalej: „Tak naprawdę nikt nie wygrał tych wyborów”, dodał, minimalizując wynik bloku lewicowego.

Niby do obywateli, ale wyraźnie z instrukcją dla polityków Macron zaznaczył, że to on „zdecyduje, kto będzie premierem”, kiedy już utrze się ta jego wymarzona republikańska koalicja wokół „czytelnego planu” osnutego na „wyraźnych i podzielanych [przez wszystkich] wartościach republikańskich”. „To może zająć trochę czasu” – zastrzegł, ale w końcu kompromis ma być „w interesie nas wszystkich”.

Gambit Macrona

Trzeba przyznać, że gambit prezydenta brzmi imponująco. „List do Francuzów” został wysłany, akurat gdy zaczęły się ucierać dwie możliwe wersje wydarzeń: największy w parlamencie Nowy Front Ludowy, czyli porozumienie formacji z lewego skrzydła sceny politycznej, dogadywał się powoli co do osoby premiera – miałby nim być Olivier Faure, sekretarz generalny centrolewicowej Partii Socjalistycznej, jeszcze niedawno giganta rozdającego karty, wciąż świetnie umocowanej w regionach. Tym samym udało się, przynajmniej na pierwszy rzut oka, przekonać do przejścia do drugiego rzędu Jean-Luca Mélenchona, lewackiego nestora bloku, który przy całej swojej lewicowości i wciąż genialnym politycznym wyczuciu listę gaf i żenady ma podobną do, powiedzmy, Janusza Korwin-Mikkego. Być może Nowy Front dałby radę dogadać się z posłami innych formacji i rząd mniejszościowy dostałby parlamentarne placet.

Jeszcze kilka godzin przed listem bardziej prawdopodobny wydawał się scenariusz, w którym zwarliby szyki centryści Macrona z republikanami (którzy właśnie zmieniają nazwę na Republikańską Prawicę) i tak wzmocnieni kontynuowaliby politykę poprzednich rządów mniejszościowych pod patronatem prezydenta. Nabijając w ten sposób kolejne punkty zarówno RN, jak i już zwycięskiej lewicy.

Tymczasem wezwanie prezydenta oznacza tyle: wszystko zablokuję, póki porozumienie na lewicy będzie trwało. Bo co prawda nikt nie odmawia „republikańskości” socjalistom czy zielonym, ale komuniści to już zdecydowanie przesada, a ta cała Francja Niepokorna (La France insoumise – macierzyste ugrupowanie Mélenchona) to jest jednak okropna. Nawet rynki, co potwierdza Reuters, wolałyby, żeby do władzy doszli narodowcy z RN niż Nowy Front Ludowy z szalonymi pomysłami podnoszenia płacy minimalnej, indeksowania płac w budżetówce względem inflacji, zamrażania cen koszyka produktów podstawowych i, co gorsza, powrotu do wieku emerytalnego (60 lat) i podniesienia podatków najbogatszym.

Tylko że to właśnie Francja Niepokorna ma najwięcej posłów w nowej Assemblée Nationale (parlamencie) i to nieoczekiwanie dobremu wynikowi Mélenchona i jego świetnemu refleksowi socjaliści zawdzięczają, że jeszcze się liczą (na początku 2022 r. notowali oszałamiające poparcie rzędu 6 proc.). Bez ferworu nowej lewicy wegetowaliby tak, jak w Polsce wegetowało SLD przed zawarciem triumwiratu z Wiosną i Razem. Byłby to więc rozwód nie tylko wymuszony, ale i raczej na pewno wyjątkowo niekorzystny dla rozwodzonego.

Czytaj też: Francuska ruletka z wyborami. Czy Macron też zgotuje sobie polityczne Waterloo?

Koniec Republiki

Poza tym Emmanuel Macron może w swoim liście stwierdzać, że „wartości republikańskie” uzyskały „wyraźną większość”, ale równie wyraźną większość mają u Francuzów te formacje, które proponują zmianę, a nie więcej tego samego Macrona. Gambit może się udać – ale jest też oczywiste, że będzie to ostatnia taka kadencja i ostateczny koniec systemu republikańskiego, który okazuje się politycznie niemal każdy – oczywiście pluralistyczny – ale z pewnością nie demokratyczny w rozumieniu szacunku dla woli obywateli.

Tymczasem dopóki politycy się nie dogadają, szefem rządu pozostanie dotychczasowy prezes rady ministrów Gabriel Attal, który zapowiedział, że „oddaje się do dyspozycji prezydenta”, ale na razie jego dymisja nie została przyjęta. Mimo wszystko rząd wycofał projekt najnowszej reformy systemu zasiłków dla bezrobotnych.

Może najśmieszniejsze jest – dla słoni z bardzo długą pamięcią – że dziś fetyszyzujący Republikę i republikańskość Emmanuel Macron zaczynał kampanię przed pierwszą kadencją zapewnieniami, że Francja musi stać się wreszcie prawdziwą „demokracją liberalną” (tzn. skończyć z tymże republikanizmem).

A najciekawsze jest to, że wedle konstytucji prezydent wcale nie musi powoływać premiera – dotychczas tak było, ale na mocy zwyczaju. Tylko że aby przełamać siłę zwyczaju i dyktaturę prezydenta ciążącą na francuskim życiu politycznym, trzeba by się było ponadpartyjnie dogadać. Na co oczywiście wszyscy czekamy.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Żyjmy Lepiej

Nie dla psa czekolada. Jak karmić, żeby nasz pupil nie tył i nie chorował

Prof. dr hab. Piotr Ostaszewski o tym, jak powinien jeść pies, żeby nie tył i nie chorował.

Anna Dobrowolska
26.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną