Największe kryzysy humanitarne na świecie dotykają obecnie Sudan, Strefę Gazy i Demokratyczną Republikę Konga. Przyczyną ich dramatu są walki zbrojne. Do tego w Sudanie, jak uznaje Organizacja Narodów Zjednoczonych, panuje głód, rezultat szeregu konfliktów trapiących kraj od początku stulecia. W tym starć najnowszych, toczonych w ramach trwającej od ponad dwóch lat wojny domowej.
Wybuchła w kwietniu 2023 r. Zgięły w niej co najmniej dziesiątki tysięcy osób. 13 mln Sudańczyków opuściło swoje domy. Blisko 4 mln uciekło za granice, przede wszystkim do Czadu, Etiopii i Sudanu Płd. Obie strony, czyli rząd i zbuntowane siły paramilitarne, dopuszczają się bezlitosnych zbrodni, czystek etnicznych, niewyobrażalnej przemocy. Także seksualnej – ofiarami gwałtów padają już pięcioletnie dziewczynki. Oblegają miasta i obozy dla uchodźców, ostrzeliwują i grabią szpitale i placówki medyczne. Szczególnie trudna sytuacja panuje w Darfurze, regionie zdewastowanym kilkunastoletnią kampanią, którą rząd w Chartumie, kosztem 300 tys. ofiar śmiertelnych, bezwzględnie wymierzył miejscowym separatystom.
Odległość, malaria, cholera
Jak każdej wiosny, także i teraz Sudan stoi u progu przednówka. Kończy się pora sucha i skromne zapasy z zeszłorocznych zbiorów. Lada moment zacznie się pora deszczowa. – Potrwa do przełomu października i listopada – mówi Samuel Sileshi, szef darfurskiej misji Lekarzy bez Granic, MSF. Organizacji głośno upominającej się o los Sudanu, pracującej tam od 1979 r., obecnie działającej w 11 z 18 sudańskich stanów. MSF wspierają szpitale i placówki medyczne, zajmują się też dystrybucją pomocy humanitarnej. – Szczyt opadów nastąpi w sierpniu i we wrześniu. Będzie padać ulewnie, zwłaszcza w górach, deszcze doprowadzą do gwałtownych wezbrań na rzekach – przestrzega Sileshi.
Niebawem rwące rzeki da się pokonać przede wszystkim łodziami. Mosty? Zachód Darfuru ze wschodem łączy jeden jedyny, uszkodzony podczas zeszłorocznej pory deszczowej most – jego naprawa zaczęła się ledwie kilka tygodni temu. Paraliż systemu transportowego – sam Darfur ma powierzchnię 1,5 raza większą od obszaru Polski, odległości są szalone, drogi w stanie dramatycznym, wraz z deszczami te nieutwardzone pokryją się błotem i staną nieprzejezdne – zbiegnie się nie tylko z największymi w ciągu roku brakami żywności, ale jeszcze z sezonem na malarię. Przenoszące ją komary doskonale czują się w ciepłej wilgoci i w najbliższych miesiącach liczba zachorowań będzie rosła wykładniczo.
Z kolei malaria podwyższy pulę w kumulacji wyzwań zdrowotnych, z którymi – przy odpowiednich zasobach – można by sobie poradzić. Ale w Sudanie z braku dostępu do źródeł czystej wody milionom na co dzień zagraża zachorowanie na cholerę. Chorobami powszechnymi są też zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i mająca ciężki przebieg odra, tak bagatelizowana w Europie. Tymczasem dla najmłodszych dzieci jest niebezpieczeństwem często śmiertelnym. Najpoważniejszym kryzysem medycznym pozostają niedożywienie i głód, dotykające połowę Sudańczyków, w sumie 24,6 mln osób. Z tego 8,5 mln regularnie głoduje. W grudniu zeszłego roku zespół Lekarzy bez Granicy zbadał stan odżywienia 9,5 tys. dzieci poniżej piątego roku życia: 35,5 proc. z nich było niedożywionych, 7 proc. znajdowało w stanie zagrażającego życiu ciężkiego niedożywienia organizmu.
Czytaj też: Sudan się dzieli, południe czeka
Którędy do Darfuru
Darfur walczy o przetrwanie. – Od pokoleń dominuje w nim drobne rolnictwo, ale po ćwierćwieczu walk mieszkańcy pozostają odcięci od swoich pól. Nie zarabiają na życie, są zdani na zewnętrzną pomoc. Nie jest jeszcze za późno, by ją dostarczyć i ich ochronić – zapewnia Samuel Sileshi. Tyle że wyzwaniem jest samo niesienie pomocy. Przed obecną wojną domową Sudan całkiem nieźle radził sobie ze szczepieniami. Teraz różne części państwa kontrolują inne walczące strony. Ten podział i same walki uniemożliwiają prowadzenie skoordynowanej akcji szczepień. Do tego przemieszczanie się dużych grup ludności sprzyja szerzeniu się chorób zakaźnych.
Jakby tego było mało, z zewnętrznych podmiotów szczepionki do Sudanu może sprowadzać jedynie UNICEF, Fundusz Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci. Tak zdecydował wygnany ze stołecznego Chartumu rząd Sudanu, urzędujący w mieście Port Sudan, czyli na wybrzeżu Morza Czerwonego, po drugiej stronie kraju, ponad 1 tys. km od Darfuru w linii prostej. – UNICEF-owi wolno przywieźć szczepionki tylko do Port Sudan. Nie da jednak rady przewieźć jakiegokolwiek transportu znad morza do Darfuru. Uniemożliwiają to starcia zbrojne, a za chwilę również pora deszczowa – mówi Samuel Sileshi.
Nie ma połączeń lotniczych, a sudański rząd zablokował import szczepionek z sąsiedniego Czadu. Właśnie z Czadu płynie większość pomocy, w tym żywność. Można by ją dostarczać sprawniej, gdyby nie przeszkody biurokratyczne. Darczyńcy, także ci z organizacji zasłużonych i rozpoznawalnych czy agencje ONZ, muszą starać się o uzyskanie serii zgód. Jeśli wsparcie ma przyjechać przez Czad, potrzebne są dokumenty wywozowe wydane przez władze czadyjskie. Zielone światło musi zapalić jeszcze rząd Sudanu. I to nie jest wszystko, bo kluczowe przejście przez granicę z Czadem kontrolują ścierające się z armią rządową Siły Szybkiego Wsparcia. One też na przejazd pomocy muszą się zgodzić.
Czytaj też: Królestwo Żółtej Góry
Wszystkiego za mało
Sekretarz generalny Lekarzy bez Granic Christopher Lockyear mówił niedawno w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, że obie strony paraliżują – z premedytacją lub przez wojenny rozgardiasz – przepływ pomocy humanitarnej. Choć pracownicy organizacji, ich pojazdy oraz infrastruktura – a w przypadku Lekarzy bez Granic także szpitale, przychodnie, ich personel i pacjenci – są celami regularnych ataków (sami MSF odnotowali ich pond 80 od początku wojny domowej), to organizacje – w tym MSF – nie korzystają z wojskowej eskorty. Po to, by zachować neutralność i nie narazić się na zarzut stronniczości i nie współpracować z którąkolwiek z walczących stron.
Na terenach kontrolowanych przez Siły Szybkiego Wsparcia konwoje były wstrzymywane tygodniami i obłożone wyssanymi z palca mytami i podatkami. Jak się to wszystko pododaje, to wychodzi, że przerzut tony pomocy z Czadu do Darfuru kosztuje aż 300 dol., równowartość ponad 1 tys. zł. Pomoc można wozić przez przejście w Adré. Przez pół roku przejechało przez nie 1,1 tys. ciężarówek jadących do Darfuru. To sześć ciężarówek dziennie dla całego niedożywionego i głodującego regionu. I oczywiście o wiele za mało. Na zaspokojenie potrzeb jednego tylko obozu dla uchodźców Zamzam, leżącego na południu Darfuru, dającego schronienie ok. 700 tys. osób, potrzeba dzień w dzień 13 ciężarówek.
– Przy ogromnej skali potrzeb nie ma szans, by pomoc dotarła do wszystkich potrzebujących – zastrzega Sileshi. – Potrzebne jest wsparcie dodatkowych dawców i innych organizacji, w tym ONZ, które mają możliwości i mandat do tego, by działać w Sudanie. Kłopotem są oczywiście fundusze, a te wyraźnie stopniały po rozmontowaniu przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa agencji pomocowej USAID, wcześniej najhojniej na świecie łożącej na interwencje humanitarne. Samuel Sileshi już dostrzega cięcia w amerykańskim systemie pomocy: – W Darfurze chleb jest podstawą diety. Jest drogi i jedna z organizacji rozdawała go 700 tys. osób. Po decyzjach Donalda Trumpa środki się wyczerpały, chleba się nie rozprowadza. Podobne ograniczenia spotkały organizacje, które zajmowały się zaopatrzeniem w wodę, dostarczaniem schronień czy podstawową opieką medyczną. I jak stwierdza Samuel Sileshi, skutki podobnych działań są natychmiastowe i mają długoterminowe konsekwencje.