W tym roku święta upłynęły w Szwecji pod znakiem makabrycznej przemocy względem kobiet. Społeczeństwo od dłuższego czasu było karmione przez media i polityków mantrą o tym, że zło to inni, czyli gangsterzy o imigranckich korzeniach – wystarczy ich deportować i będzie Bullerbyn. Tym razem jednak potworami okazali się rodowici Szwedzi, na pierwszy rzut oka raczej potencjalne ofiary niż sprawcy. A obrazu dopełnia fakt, że do zła przyczyniły się reformy państwa szwedzkiego, które miały przynieść dobro.
Przed południem pierwszego dnia świąt w raczej nudnej miejscowości Boden na dalekiej północy została zamordowana 55-letnia mieszkanka przytulnego drewnianego domu. 22-letni napastnik skatował też dwie nastoletnie córki kobiety i – co ważne – był to człowiek bez żadnych związków z zamordowaną. Nigdy wcześniej jej nie spotkał. Otworzyła mu drzwi, bo miał kupić od niej jakąś rzecz, którą zamieściła na platformie sprzedaży rzeczy używanych.
Mężczyzna maltretował ją przez wiele godzin, a kiedy w końcu jednej z córek udało się wezwać policję, szwedzcy policjanci, słynący z nienadużywania broni, zastrzelili napastnika na miejscu.
Czytaj też: Zabij, zanim dorośniesz: szwedzkie dzieci w duńskich gangach. Rekrutacja trwa
Zbrodnia nieizolowana
Kim był? Pacjentem psychiatrycznym – jego matka od dawna drżała przed atakami furii syna i błagała odpowiednie instytucje o pomoc. Informowała też, że syn przestał brać antypsychotyczne leki. Szkopuł w tym, że w Szwecji prawie się dziś nie zdarza, żeby osoba chora psychicznie była od otoczenia izolowana. Zresztą odpowiednie placówki od lat nie dysponują już odpowiednimi narzędziami przymusu.