Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Rewolucji z tego nie będzie. Kubańczykom jest ciężko, ale Trumpa się nie boją, nie chcą tu Miami

Ulice Hawany, 25 lutego 2026 r. Ulice Hawany, 25 lutego 2026 r. Yamil Lage / AFP / East News
Samoloty wciąż tu dolatują, choć żeby wrócić, muszą tankować w Meksyku. Na prowincji nie ma prądu, a w Hawanie podświetlone są nawet pomniki. Kuba jest złożonym przypadkiem.

Czy jest trudno? Oczywiście, że jest trudno. Brakuje prądu, paliwa, ludzie nie mogą dojechać do pracy. A praca to godność, szacunek do siebie. Bez niej przychodzą ci do głowy różne złe rzeczy, nasz naród to naród ludzi pracy. To chyba boli najbardziej – Ruben, szpakowaty mężczyzna po czterdziestce, nie chce specjalnie narzekać na rzeczywistość. Mówi, że to niezgodne z duszą Kubańczyków. Uśmiecha się i powtarza ulubione slogany o „ludziach, którzy zawsze się śmieją z własnego nieszczęścia”, jak opisuje swoich rodaków.

Peso i dolary

Rozmawiamy regularnie, bo Ruben jest hotelowym cinkciarzem – wymienia obcokrajowcom walutę po kursie lepszym niż oficjalny. Na Kubie handel dolarami czy euro w drugim obiegu istniał od zawsze. Wyspa przechodziła przez różne reżimy finansowe, od dwuwalutowości i tzw. CUC, peso convertible, waluty stworzonej w 1994 r. dla obcokrajowców i sztucznie zrównanej z dolarem amerykańskim, po sytuację bieżącą, gdy obowiązuje peso kubańskie. Problem w tym, że mało kto chce go używać. W hotelowych restauracjach, kawiarniach na starówce czy nielicznych oficjalnych sklepach ceny są podawane w dolarach, uliczni handlarze też wolą obce pieniądze, peso czasem traktuje się jak ostateczność, jeśli ktoś już je wymieni. Trzeba wydać, bo potem nie będzie co z tym zrobić.

A jest to waluta znacząca, choć głównie objętościowo. 100 dol. na ulicy można wymienić na 50 tys. pesos, co odpowiada ośmiu–dziewięciu średnim pensjom i w praktyce oznacza gruby zwitek banknotów.

Ruben widzi mnie i wie, że zaraz wyciągnę wielokrotność liczby 10 w dolarach, więc już na wszelki wypadek przelicza sterty swoich wymiętych pieniędzy.

Reklama