Rewolucji z tego nie będzie. Kubańczykom jest ciężko, ale Trumpa się nie boją, nie chcą tu Miami
Czy jest trudno? Oczywiście, że jest trudno. Brakuje prądu, paliwa, ludzie nie mogą dojechać do pracy. A praca to godność, szacunek do siebie. Bez niej przychodzą ci do głowy różne złe rzeczy, nasz naród to naród ludzi pracy. To chyba boli najbardziej – Ruben, szpakowaty mężczyzna po czterdziestce, nie chce specjalnie narzekać na rzeczywistość. Mówi, że to niezgodne z duszą Kubańczyków. Uśmiecha się i powtarza ulubione slogany o „ludziach, którzy zawsze się śmieją z własnego nieszczęścia”, jak opisuje swoich rodaków.
Peso i dolary
Rozmawiamy regularnie, bo Ruben jest hotelowym cinkciarzem – wymienia obcokrajowcom walutę po kursie lepszym niż oficjalny. Na Kubie handel dolarami czy euro w drugim obiegu istniał od zawsze. Wyspa przechodziła przez różne reżimy finansowe, od dwuwalutowości i tzw. CUC, peso convertible, waluty stworzonej w 1994 r. dla obcokrajowców i sztucznie zrównanej z dolarem amerykańskim, po sytuację bieżącą, gdy obowiązuje peso kubańskie. Problem w tym, że mało kto chce go używać. W hotelowych restauracjach, kawiarniach na starówce czy nielicznych oficjalnych sklepach ceny są podawane w dolarach, uliczni handlarze też wolą obce pieniądze, peso czasem traktuje się jak ostateczność, jeśli ktoś już je wymieni. Trzeba wydać, bo potem nie będzie co z tym zrobić.
A jest to waluta znacząca, choć głównie objętościowo. 100 dol. na ulicy można wymienić na 50 tys. pesos, co odpowiada ośmiu–dziewięciu średnim pensjom i w praktyce oznacza gruby zwitek banknotów.
Ruben widzi mnie i wie, że zaraz wyciągnę wielokrotność liczby 10 w dolarach, więc już na wszelki wypadek przelicza sterty swoich wymiętych pieniędzy.