Oni lecą na plażę, ja na wojnę. Relacja dziennikarki „Polityki” z drogi do Izraela
Na razie do Izraela nie latają żadne samoloty. Pojawiły się informacje, że być może lotnisko Ben Guriona pod Tel Awiwem zostanie otwarte w najbliższych dniach, ale tylko po to, by przyjąć ewakuowanych z całego świata Izraelczyków, których za granicą w chwili wybuchu wojny było ok. 100 tys. W tej chwili do Izraela da się dostać właściwie przez przejście w Ejlacie, czyli od strony Egiptu – czy to przez Kair, czy przez Szarm el-Szejk. Wjazd od strony Jordanii jest o tyle niemożliwy, że także tam nie da się dotrzeć samolotem. Zostaje więc Egipt. Ja wybrałam lot czarterowy LOT-u do Szarm el-Szejk.
Za żadne skarby
W kolejce podróżnych lecących na wczasy all inclusive do Szarm el-Szejk nastroje dopisują.
– Skoro nie zamknęli nieba nad Egiptem, jest bezpiecznie – pociesza się grupa znajomych. – O, właśnie pojawiła się informacja, że Amerykanie polecili swoim obywatelom jak najszybszy wyjazd z Egiptu, czyli może być różnie – dodaje pan Zbigniew.
Z przyjaciółmi leci na krótki wypoczynek do pięciogwiazdkowego hotelu – zamierza sączyć drinki i złapać trochę słońca. Na informację, że ja nie jadę do żadnego hotelu, tylko planuję przedostać się do Izraela, robią wielkie oczy.
– Służyłem w siłach pokojowych ONZ na Wzgórzach Golan. Byłem w Syrii w czasie wizyty papieża – to był czas drugiej intifady. Po izraelskiej stronie ciągle coś wybuchało, nawet u nas zdarzały się zamachy, w tym raz z udziałem małego dziecka z bombą, które ojciec położył za ciężarówką. Eksplozja zabiła i dziecko, i kierowcę. Ale teraz za żadne skarby bym tam nie pojechał – mówi kolega pana Zbigniewa.
To absolutnie zrozumiałe. Nikt nie pcha się przecież do kraju ogarniętego otwartym konfliktem, o którym wiadomo, kiedy się zaczął, ale nie wiadomo, kiedy się zakończy.