Ryczące rakiety
Ryczące rakiety. Izrael znów żyje w cieniu wojny. Tym razem tej, którą sam wywołał
O ile Tel Awiw wygląda jak wymarłe miasto, o tyle w Jerozolimie jest ruch. Owszem, zamknięto wejścia pod Ścianę Płaczu, Wzgórze Świątynne czy do Bazyliki Grobu Pańskiego, a na Starym Mieście niemal wszystkie sklepiki i punkty usługowe, ale Jerozolimczycy jakby mniej przejmują się alarmami. Tu najpierw dociera tzw. wczesne ostrzeżenie od Dowództwa Frontu Wewnętrznego (Home Front Command) o spodziewanym w ciągu kilku minut alarmie. Kiedy zaczynają wyć syreny, na dotarcie do schronu jest tylko 1,5 minuty.
Na ulicach nie widać nie tylko paniki, ale choćby oznak niepokoju. Ludzie spokojnie spacerują po głównej ulicy Jafo, siedzą w kawiarnianych ogródkach. Jest ich mniej niż zwykle, ale wciąż sporo. W schronie na podziemnym parkingu podczas alarmu ukrywa się tylko dwóch Jerozolimczyków i chrześcijańska turystka z Holandii Miriam, emerytowana pracowniczka socjalna. – Wierzę, że Bóg mnie ochroni, ale jeśli mam zginąć, to taka widocznie jego wola – mówi, dziarskim krokiem schodząc na coraz niższe kondygnacje parkingu. – Nasz rząd organizuje loty ewakuacyjne dla swoich obywateli, ale postanowiłam zostać.
Niewykluczone, że to wyraz jerozolimskiego przekonania, że tu działają inne prawa, a rakiety nie dotrą. – Kiedy lecą rakiety, wychodzę na balkon i patrzę w niebo. Nie wierzę, że cokolwiek złego mi się stanie – mówi jeden z mieszkańców miasta. Jakby na przekór wojnie Jerozolimczycy nie zrezygnowali też z hucznego obchodzenia żydowskiego święta Purim – po ulicach przetaczały się grupy poprzebieranych młodych ludzi ze słodyczami i butelką wina w ręku (to tradycja tego święta, by zatrzeć imię złego perskiego urzędnika Hamana, który chciał zgładzić naród żydowski).
Na zakończenie święta urządzono nawet tradycyjną paradę ulicami miasta, choć Dowództwo Frontu Wewnętrznego informowało, że wszelkie zgromadzenia są zakazane.