Metodą mobilizacji własnych wyborców i przyciągnięcia niezdecydowanych ma być atak na Ukrainę. Na tyle frontalny, że ktoś niezorientowany mógłby dojść do wniosku, że Orbán nie rywalizuje z Péterem Magyarem, stojącym na czele opozycyjnej partii Tisza, lecz z sąsiadem ze wschodu. I osobiście z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim, patrzącym z plakatów rozwieszanych przez Fidesz, ugrupowanie węgierskiego premiera.
Orbán przedstawia Ukrainę jako wichrzycielkę i egzystencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa Węgier. Obiecuje, że nie da ich wciągnąć do toczącej się od 2022 r. wojny. Twierdzi, że chcą tego Kijów i Bruksela. Kontrolowany przez Fidesz parlament przyjął uchwałę, w której sprzeciwił się finansowemu i militarnemu wspieraniu Ukrainy i jej wejściu do Unii Europejskiej. Zatrzymano konwój bankowy jadący z Austrii na Ukrainę, rutynowy i zgodny z europejskimi procedurami. Konwojentów puszczono, ale 40 mln dol., 40 mln euro i 9 kg złota zatrzymano. Lider Fideszu oskarża Ukraińców o rozmyślne opóźnianie naprawy rurociągu „Przyjaźń”, pompującego ropę z Rosji i uszkodzonego w rosyjskim ataku. Emocjonalnie zareagował na sugestię zniecierpliwionego Zełenskiego, że można by przekazać adres węgierskiego premiera ukraińskim żołnierzom, by porozmawiali z nim swoimi sposobami.
Przed poprzednimi wyborami, które odbywały się już po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji, Orbán z powodzeniem grał na antyukraińskiej strunie. Tym razem taka taktyka, wyraźnie zintensyfikowana od początku marca, nie przyniosła odbicia poparcia, przynajmniej nie od razu. Sondaż z początku miesiąca pokazał, że Fidesz odzyskał jedynie 2 pkt proc., co nie wystarcza do wyrównania straty do Tiszy. Ośrodki badawcze niezależne od rządu szacują, że poparcie dla niej jest o 12–14 pkt proc.