Wyspa na deser
Wyspa na deser? Trump ma apetyt na Kubę. Rząd w Hawanie ugina się przed siłą, ale nie do samej ziemi
„Myślę, że będę miał zaszczyt przejąć Kubę. Byłoby to coś dobrego” – przechwalał się prezydent USA Donald Trump w połowie marca na spotkaniu z dziennikarzami. „Mogę z nią zrobić, co zechcę”.
Sygnał, że Stany Zjednoczone mają apetyt na Kubę, Trump wysłał po raz pierwszy 3 stycznia – od razu po akcji amerykańskich sił specjalnych w Caracas. Jej skutkiem było porwanie prezydenta uzurpatora Nicolasa Maduro i śmierć 83 osób, w tym 32 Kubańczyków z najbliższego otoczenia porwanego. A przede wszystkim – zmuszenie antyamerykańskiego obozu rządzącego do uległości wobec Waszyngtonu. Już wtedy Trump rzucił pierwszą pogróżkę: „Obecny system nie jest dobry dla Kuby. O Kubie jeszcze porozmawiamy, to państwo upadłe”.
Przez kolejne miesiące Trump udzielał osobliwych wykładów na temat Kuby. Niby mówił do Amerykanów i świata, w istocie jednak groził rządowi w Hawanie: „Ten reżim traci oparcie”; „Interwencja wojskowa nie będzie potrzebna, reżim upadnie sam”; „Bez ropy z Wenezueli gospodarka Kuby nie może funkcjonować”; „Jeśli nie wynegocjują z nami jakiegoś rozwiązania i nie wprowadzą szybko radykalnych zmian, przegrają”; „Może uda nam się przejąć Kubę w sposób przyjazny”.
Z czasem Trump zorientował się – a raczej to jego „zorientowano” – że Kuba to nie to samo co Wenezuela; że to reżim mający większą spójność wewnętrzną, lepiej wyszkolone wojsko, dzięki przedsiębiorstwom państwowym dysponujący niemałymi środkami.
Czytaj też: Jezus nas odblokuje.