Dwaj kosiarze
Trump i Netanjahu. Dwa bratanki i ten sam pomysł: wystarczy wysadzić wszystko w powietrze
Przed weekendem prezydent Donald Trump zawarł kolejny deal z samym sobą. Ogłosił, że Izrael i Liban zgodziły się na zawieszenie broni. Będzie ono obowiązywać przez 10 dni – do niedzieli 26 kwietnia. Zapowiedział też, że zaprosi prezydenta Libanu Josepha Aouna i premiera Izraela Beniamina Netanjahu do Białego Domu „na pierwsze znaczące rozmowy między Izraelem a Libanem od 1983 r.”, które mają doprowadzić do zawarcia pokoju.
Dodajmy, że rozmowy bezprzedmiotowe. Liban nie toczy z Izraelem żadnej wojny. Jeśli już ona trwa, to między Izraelem i Hezbollahem – to ta szyicka organizacja musiałaby się zgodzić na zawieszenie broni. Albo prezydent Aoun musiałby nakazać libańskiej armii siłowe rozbrojenie Hezbollahu. Oba rozwiązania są mało prawdopodobne. Tym bardziej że zgodnie z Trumpem Izrael może zachować szeroki na 10 km pas ziemi libańskiej – w praktyce matecznik Hezbollahu – jako „strefę bezpieczeństwa”.
Jednocześnie nawet oficerowie Sił Obronnych Izraela przyznają, że ta „strefa bezpieczeństwa” nie powstrzyma Hezbollahu przed atakami w głąb Izraela. 3 kwietnia jeden z izraelskich generałów powiedział dziennikarzom, że całkowite rozbrojenie Hezbollahu będzie niemożliwe bez okupacji całego Libanu.
Wojna, pokój i polityka
Prezydent Trump nie rozwiązał więc żadnego problemu leżącego u podstaw tego konfliktu, którego koniec właśnie ogłosił. Jakby liczył, że jego każde słowo stanie się ciałem. Mógł mieć taką nadzieję, bo gdy zamykaliśmy ten numer POLITYKI, walki w Libanie rzeczywiście wygasły. – Ale to chwilowe i wynika raczej z zaskoczenia – tłumaczy znany libański publicysta Rami Churi. – Zaskoczony był wyraźnie Netanjahu, który jeszcze dzień wcześniej mówił o walce aż do zwycięstwa.