Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Wybory w Bułgarii. Oto nowa europejska stolica populizmu? Radew wygrywa

Rumen Radew, były prezydent Bułgarii Rumen Radew, były prezydent Bułgarii Daniel Yovkov / Hans Lucas Agency / Forum / Forum
W przeprowadzonych w niedzielę przyspieszonych wyborach Progresywna Bułgaria, nominalnie lewicowe ugrupowanie założone niedawno przez byłego prezydenta Rumena Radewa, zdobyło 38,7 proc. głosów. Teraz rozpoczyna się poszukiwanie koalicyjnego partnera.

Zgodnie z przedwyborczymi sondażami Progresywna Bułgaria bez większych problemów pokonała pozostałe ugrupowania, uzyskując 38,7 proc. głosów (wyniki exit poll Alpha Research). Drugie miejsce zajęła formacja GERB, której pełna nazwa brzmi: Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii. To centroprawicowa partia, należąca do Europejskiej Partii Ludowej i dominująca w odchodzącej właśnie koalicji rządowej. GERB zwyciężył w wyborach w październiku 2024 r., zdobywając 25,5 proc. poparcia, co przełożyło się wówczas na 69 mandatów w 240-osobowym parlamencie.

Tym razem proeuropejscy chadecy uzyskali jedynie 14,8 proc. głosów. Trzecie miejsce przypadło wspólnej liście, na której znalazła się partia Kontynuujemy Zmianę, startująca razem z Demokratyczną Bułgarią – to dwie formacje o orientacji socjalliberalnej, ale mające w swoich programach silny element populistyczny, zwłaszcza w zakresie polityki gospodarczej.

Czytaj także: Kim jest Rumen Radew

Drugi Fico?

Dla Progresywnej Bułgarii brak większości i to, że ruch został zdefiniowany dopiero w marcu, oznacza konieczność znalezienia koalicyjnego partnera. To nie będzie dla Radewa łatwe zadanie. On sam jest postacią mocno kontrowersyjną, choć typową dla bułgarskiej polityki ostatnich lat. Bułgarom brakuje bowiem politycznej stabilności – w niedzielę poszli do urn po raz ósmy w ciągu zaledwie pięciu lat.

Radew był prezydentem kraju, ma za sobą też karierę w wojsku, gdzie służył jako pilot myśliwca. W kampanii wyborczej budował wizerunek człowieka walczącego z elitami i korupcją, obrońcy interesów mniej zamożnych wyborców. Komentatorzy niejednokrotnie wytykali mu hipokryzję, przypominając, że wywodzi się z klasy politycznej, która przez dekady na korupcję dawała przyzwolenie.

Reklama