Mafia do rozbiórki
Anatomia upadku Orbána. Zrozumiał, że ani służby, ani armia, ani policja nie wykonają jego rozkazów
ALEKSANDER KACZOROWSKI: – Jak to się stało, że Viktor Orbán tak gładko pogodził się z porażką?
BÁLINT MAGYAR: – Kto panu to powiedział? Orbán zrobił niemal wszystko, żeby nie oddać władzy. W ostatniej chwili cofnął się przed użyciem siły. Nie dlatego, że nie chciał, tylko dlatego, że musiał. Trzy tygodnie przed wyborami kapitan Bence Szabó z jednostki zajmującej się zwalczaniem cyberprzestępczości ujawnił, że członkowie służb specjalnych mają dość wykorzystywania ich przez reżim do walki z opozycją. Chodziło m.in. o próbę zinfiltrowania sieci informatycznej partii Tisza. Dwa tygodnie przed wyborami oficer armii kpt. Szilveszter Pálinkás opowiedział z kolei, jak syn Orbána organizował misję wojskową w Czadzie (oficjalnie: aby walczyć z terroryzmem i zapobiegać migracjom – przyp. red.). Gaspar Orbán to chrześcijański fundamentalista po elitarnej szkole wojskowej w Anglii. Powiedział Pálinkásowi, że należy jechać do Afryki, choćby miała zginąć połowa uczestników misji.
Jaki z tego wniosek?
Propaganda rządowa straszyła ludzi, że Péter Magyar wyśle żołnierzy na Ukrainę, gdy tymczasem rząd już w 2023 r. rozważał wysłanie żołnierzy do Czadu! Nic dziwnego, że armia miała dość reżimu. Orbán półtora miesiąca przed wyborami wypłacił sześciomiesięczne wynagrodzenie żołnierzom, policjantom i funkcjonariuszom służb specjalnych. Chciał kupić lojalność struktur siłowych, mieć je po swojej stronie. Wiedział, że jeśli odroczy wybory pod pretekstem zagrożenia ze strony Ukrainy albo jeśli unieważni wybory w razie niekorzystnych dla siebie wyników, wybuchną protesty społeczne. Przygotowywał się, żeby je stłumić.
Dlaczego tego nie zrobił?