Uprowadzony kraj
Uprowadzona Wenezuela. Waszyngton rękami ludzi starego reżimu tworzy swój protektorat
Zacznijmy od estetyki. U ludzi ze świecznika znikają czerwone berety w stylu Che Guevary, jakie nosili Hugo Chávez i jego następca Nicolas Maduro, porwany w styczniu przez siły specjalne USA. Czerwony beret zastąpiła ciemnobłękitna bluzka ich sukcesorki – niektórzy rzekliby: zdrajczyni – Delcy Rodríguez, rządzącej od czterech miesięcy z nadania największego wroga, czyli Waszyngtonu. Biznesowa kolorystyka sugeruje, że mamy do czynienia już nie z rewolucją, ale z technokracją.
Nad ambasadą USA na jednym ze wzgórz okalających Caracas powiewa amerykańska flaga. Przez ćwierć wieku rządów Cháveza (1999–2013) i Maduro (2013–26) była ona poniewieranym tu symbolem imperium, znienawidzonym przez obóz władzy.
Jednak dla części Wenezuelczyków, nastawionych wrogo do władzy chavistów, jankeskie barwy to kolory sojusznika. Flagi USA pojawiły się na niedawnych demonstracjach studenckich, jak i przed siedzibą prawicowej partii Vente Venezuela – założyła ją Maria Corina Machado, liderka opozycji i pokojowa noblistka z 2025 r., przebywająca wciąż na emigracji. Jeszcze niedawno rządzący chaviści wyklinaliby ludzi celebrujących amerykańskie symbole, nazywaliby ich zdrajcami, być może aresztowali – teraz muszą to wszystko tolerować.
Naftowa potęga
Przypomnijmy, co się stało. 3 stycznia siły specjalne USA zaatakowały Wenezuelę i porwały urzędującego prezydenta Nicolasa Maduro (który dwa lata wcześniej sfałszował wybory) i jego żonę Cilię Flores. W czasie amerykańskiego ataku zginęło 80 osób, głównie z rządowej ochrony. Ku zaskoczeniu wielu prezydent USA Donald Trump nie doprowadził jednak do zmiany ekipy rządzącej w Caracas. Rządzą ci sami ludzie, co wcześniej – jedynie bez uprowadzonego Maduro – tyle że pod kuratelą Stanów Zjednoczonych.