Bloodbath, czyli krwawa jatka, masakra – tak wyniki zeszłotygodniowych wyborów lokalnych w Wielkiej Brytanii podsumowuje znana redakcja „Politico”. Ma na myśli laburzystowski rząd premiera Keira Starmera. Gdyby rezultaty z kilku tysięcy gmin przełożyć na siatkę wyborów parlamentarnych – tylko 4 z 15 ministrów obecnego rządu zatrzymałoby mandaty w Izbie Gmin, a dotąd marginalna prawicowa Reform UK przejęłaby rządy – z populistą Nigelem Farage,em jako premierem. Oczywiście nigdy takie przełożenie dokładnie się nie odwzorowuje, a wybory parlamentarne odbędą się dopiero za trzy lata. W procentach oddanych na partie głosów przewaga partii Farage’a jest wyraźna, ale nie dramatyczna – 26 proc., wobec pozostałych – Partii Pracy, konserwatystów, Liberalnych Demokratów i Zielonych – po ok. 16–18 proc. Większość Farage’a w Izbie Gmin wynikałaby z jednomandatowej ordynacji, w której zwycięzca, choćby jednym głosem, bierze wszystko.
Klęska Partii Pracy wynika z rozczarowania po przejęciu przez nią władzy w 2024 r. – z ogromną wówczas przewagą. Dziś wyborcy są sfrustrowani brakiem odczuwalnej poprawy na wszystkich polach: kosztów życia, płac, ochrony zdrowia, mieszkalnictwa. Nienajlepiej się powodzi krajowi, a sam Starmer nie porywa, nie ma charyzmy przywódczej, nigdy nie brylował w parlamencie ani w mediach. Niemniej mimo tej „krwawej łaźni” laburzyści utrzymają władzę, co najwyżej zmieniając premiera. Farage nie przejmie rządów, ale niewątpliwie wpłynie na poglądy dużej części społeczeństwa. Odpływa do niego klasa robotnicza w dawnych bastionach Labour w północnej i środkowej Anglii. Podoba się jej silna narracja antyimigracyjna, krytyka „oderwanych od życia” londyńskich elit, obrona rzekomo zagrożonej suwerenności narodowej.