Rzeczywistość nie chce się dostosować do zapewnień Władimira Putina o „rychłym zwycięstwie” w Ukrainie. 9 maja, po paradzie upamiętniającej zwycięstwo w drugiej wojnie światowej, czarował swoich propagandzistów, że „sprawa zbliża się do końca”. Jak objaśniał, jedynie wymagania pola bitwy sprawiły, że tym razem przez Plac Czerwony nie przejechały kolumny ciężkiego sprzętu, ponoć bardziej potrzebnego na froncie niż w Moskwie. Rzecznik Putina dodawał, że kameralność obchodów i króciutka lista zagranicznych gości wynika jedynie z rocznicowej nieokrągłości.
Parada była błyskawiczna i chodziło raczej o obawy przed ukraińskimi dronami, które z powodzeniem rażą cele w głębi rosyjskiego terytorium. Aby uniknąć wizerunkowego blamażu, a pewnie i z lęku o własne bezpieczeństwo, Putin wyprosił – za pośrednictwem Donalda Trumpa – krótkie zawieszenie broni. A na tę okoliczność Wołodymyr Zełenski, były komik, wydał dekret, w którym zezwolił prezydentowi Rosji na organizację defilady.
Skromna parada obnażyła słabości. Od wielu tygodni nie ma wyraźnych postępów na froncie, choć spowolnienie może być chwilowe i wynikać z przygotowań do letniej ofensywy. Niemniej przy obecnym tempie podboju zajęcie tylko całego Donbasu, co Putin stawia jako warunek zakończenia wojny, potrwa jeszcze ponad 30 lat. Koszty wojny coraz mocniej odczuwają zwykli Rosjanie. Nie słabnie fala oburzenia na trwające od końca marca przerwy w dostępie do internetu i blokowanie nierosyjskich serwisów społecznościowych. Wyłączenia mają m.in. utrudniać sterowanie dronami przez Ukraińców, ale interpretowane są jako atak na prywatną sferę rosyjskich obywateli i odebranie im jednego z nielicznych praw.
Niezadowolenie jest tym większe, że trudniej i drożej się żyje.