Globalny rozejm przedłużony
I Trump i Jinping przede wszystkim potrzebują spokoju
Podczas swojej pierwszej kampanii prezydenckiej Donald Trump przekonywał: „Nie możemy pozwolić, żeby Chiny nadal gwałciły nasz kraj”. Słowa te padły w kontekście chińskiej nadwyżki handlowej w wymianie ze Stanami Zjednoczonymi i szerzej – niesprawiedliwości w dwustronnych relacjach. Zakończenie tego stanu rzeczy było wówczas kluczową obietnicą przyszłego prezydenta USA.
W dniach 13–15 maja Trump gościł w Pekinie u głównego „gwałciciela”, czyli przewodniczącego Xi Jinpinga – miał być wcześniej, ale wojna z Iranem skłoniła go do przełożenia wizyty. Gospodarz nie miał mu tego za złe i przyjął go z pełną pompą. Były dzieci wiwatujące na cześć Amerykanina, wizyty w miejscach, dokąd inni oficjalni goście nie docierają, np. w Świątyni Nieba, wielki bankiet i róże. Podziwiając je w pałacowym ogrodzie, Trump powiedział, że nigdy nie widział piękniejszych, na co Xi obiecał, że przyśle mu kilka krzewów.
Sielanka była jednak pozorna. Generalnie Amerykanin komplementował swojego gospodarza („Jesteś wielkim przywódcą, każdemu to mówię”), a Xi ostrzegał – przede wszystkim w sprawie Tajwanu. Ta – zdaniem Pekinu – „zbuntowana wyspa”, a w praktyce niezależne państwo, choć uznawane tylko przez kilka rządów na świecie, „coraz bardziej zbliża się do kontynentu w wyniku amerykańskiego samookaleczenia międzynarodowego”, jak napisał znany brytyjski historyk Niall Ferguson.
Jego zdaniem Chiny nadal nie wykluczają siłowego zajęcia wyspy, która przez dekady była ostoją amerykańskich wpływów w regionie, a dziś jest największym producentem zaawansowanych półprzewodników. Jednak wobec osłabienia globalnej pozycji USA (rozbicie zachodnich sojuszy) i ich zaangażowania w konflikty z wyboru, jak ten z Iranem, Pekin liczy, że Tajwan podda się bez walki, jeśli straci wiarę w amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa.