Znów chodziło o brak umowy kończącej wojnę z Iranem, która rozpoczęła się 28 lutego, a od 8 kwietnia jest w zawieszeniu, choć obie strony wymieniają ciosy. Przez cały ostatni tydzień strona amerykańska budowała opowieść o tym, że do porozumienia jest coraz bliżej. Najpierw Trump zrezygnował z wesela najstarszego syna na Bahamach, potem zapowiedział ważną naradę w Camp David, prezydenckiej rezydencji, gdzie ogłaszane były już ważne decyzje, w końcu przeniósł ową naradę do pokoju sytuacyjnego pod Białym Domem. I znów nici. A sam fakt, że ludzie prezydenta muszą publicznie zapewniać o jego cierpliwości, budzi wątpliwości.
Sami Irańczycy kolejne przejawy strategicznej dwubiegunówki prezydenta USA traktują wzruszeniem ramion. Sugerują przy tym, że w negocjacjach niewiele się dzieje. Gdy Amerykanie opowiadają, że na stole leży przedłużenie rozejmu o 60 dni pod warunkiem udrożnienia cieśniny Ormuz, Irańczycy odpowiadają, że najpierw blokadę muszą zdjąć Amerykanie, potem mają zwrócić Iranowi zamrożone fundusze (ok. 12 mld dol.) i dopiero wtedy mogą negocjować przyszłość programu nuklearnego.
Warto zauważyć, że Trump w zasadzie przestał domagać się ograniczenia irańskiego programu balistycznego i wsparcia dla regionalnych sojuszników, co może oznaczać, że blokada Ormuzu zaczyna być paląca dla USA. Z kolei irańscy negocjatorzy w swoim stylu zaczęli wskazywać na „rosnącą wewnętrzną opozycję wobec negocjacji”, dając do zrozumienia, że lepiej się z nimi się dogadać teraz. I rzeczywiście w mediach i na ulicach uaktywnili się przedstawiciele radykalnego skrzydła reżimu, tzw. frakcji Pajdari, którzy twierdzą, że Iran już wygrał i ustępstwa na rzecz USA będą zdradą.
Obie strony dyplomatycznie się zakiwały, a na spalonym zostali irańscy piłkarze. W odróżnieniu od Polaków zakwalifikowali się na mistrzostwa świata w Kanadzie, Meksyku i w Stanach Zjednoczonych, które rozpoczynają się już 11 czerwca.